sobota, 31 maja 2014

Skąd się wziął Malak

   Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku narodził się w „Gazecie Robotniczej” dziennikarz Aleksander Malak. I pisze on nadal, mimo że osoba o takich personaliach w ogóle nie istnieje!

   Nazwisko Malak wzięło się od pierwszych liter imion pięciorga młodych wówczas reporterów „GR”, zwanych przez starszych redakcyjnych kolegów hunwejbinami: Marka Rybczyńskiego, Andrzeja Bułata, Lidki Różyckiej, Adama Kłykowa (to ja) i Krzysia Kucharskiego. Imię pożyczyliśmy od redaktora Aleksandra Kubisiaka, który akurat był pierwszym czytelnikiem naszego pierwszego wspólnego tekstu: reportażu z Kombinatu Górniczo-Hutniczego Miedzi w Lubinie. Zjeżdżaliśmy tam na zmianę (codziennie ktoś inny) do podziemi kopalni i opisywaliśmy pracę górników (produkcyjniak, nie da się ukryć). Gotowe odcinki firmował każdorazowo ów Aleksander Malak.

   Do dziś swe felietony w „Gazecie Wrocławskiej” podpisuje tak Andrzej Bułat, jeden z naszego miedziowego kwintetu.

11.2007 

piątek, 30 maja 2014

Przeleciałem ją

   Polska z lotu ptaka to piękny kraj. Miałem szczęście się o tym przekonać, uczestnicząc w jednym z ogólnopolskich rajdów pilotów i dziennikarzy. W jego trzynastej edycji w czerwcu 1975 przeleciałem ojczyznę od Wrocławia i Łodzi przez Białystok (wspólny start), Kętrzyn, Elbląg i Słupsk (miejscowości etapowe) do Goleniowa (meta dla wszystkich) i Wrocławia, podziwiając zwłaszcza urodę flory. Pełny odlot, bez jakiegokolwiek wspomagania narkotykami.

11.2007  

czwartek, 29 maja 2014

Koniec świata

   Wtedy, w 1953, tego nie rozumiałem, ale zapamiętałem, jak ogromne wrażenie na starszych Polakach zrobiła wiadomość o śmierci Józefa Stalina. Akurat byłem w nieistniejącym już szpitalu chorób zakaźnych przy ul. Piwnej we Wrocławiu, gdzie matka pracowała jako szwaczka i gdzie mogłem jeść darmowe obiady. Zarówno ona, jak i jej koleżanki siedziały przy maszynach do szycia całe zapłakane. I zatrwożone, że bez generalissimusa świat się może zawalić, a kto wie, czy nowa wojna nie wybuchnie…

11.2007

środa, 28 maja 2014

Kosmiczny szok

   Z perspektywy lat może się to wydać cokolwiek zaskakujące, ale mnie bardziej od wyboru Karola Wojtyły na papieża Jana Pawła II w 1978 zdumiała wieść o pierwszym locie człowieka - Jurija Gagarina - w kosmos w 1961.

   Natomiast ogólnoświatowej wojny, bardziej niż w 2001, po atakach terrorystycznych na nowojorskie World Trade Center i waszyngtoński Pentagon, bałem się w 1962, podczas konfrontacji amerykańsko-radzieckiej w związku z kryzysem kubańskim.

   Być może te dwa przykłady są dowodem na to, że im człowiek starszy - tym trudniej go zaszokować.

11.2007  

wtorek, 27 maja 2014

Motoryzacyjny cudotwórca

   Gdy byłem początkującym dziennikarzem, w „Gazecie Robotniczej” o rolnictwie pisał Jerzy Czyż. Miał dwie pasje: uprawianie ogródka działkowego (gdzie zresztą dopadł go śmiertelny zawał serca) oraz… demontowanie i montowanie samochodu marki Syrena, parkowanego w oficynie Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego przy Podwalu. Porozkładanymi i niezabezpieczonymi częściami jego auta niekiedy bawiły się dzieci, roznosząc niektóre detale po okolicy. Mimo to on potrafił z tego, co zostało, nie tylko pojazd złożyć, ale także uruchomić i wyruszyć nim na miasto.

11.2007

poniedziałek, 26 maja 2014

Komplement Frasyniuka

   Męska próżność - czy jest coś takiego? Przekonałem się, że jest, gdym pewnego razu usłyszał od Władysława Frasyniuka, że mam interesujący tembr głosu. Bardzo mnie te słowa zaskoczyły i, nie ukrywam, zadowoliły. Zwłaszcza że ich autora, jednego z liderów „Solidarności”, do dziś cenię za kombatancką przeszłość i lubię za swoisty urok osobisty (ale mi się na końcu „rymnęło”, na dodatek dwuznacznie…).

11.2007  

niedziela, 25 maja 2014

Kucharz i kucharka

   Kiedy prezydentem kraju był Lech Wałęsa, poprosiłem ówczesnego przewodniczącego Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej Aleksandra Kwaśniewskiego o wypowiedź do sondy pod hasłem „Gdybym był bezrobotnym…”. Ku nie tylko mojemu zaskoczeniu stwierdził on, że przede wszystkim próbowałby szukać pracy w zawodzie kucharza.

   Wkrótce decyzją wyborców Kwaśniewski został następcą Wałęsy. Ujawnionego mi oryginalnego pomysłu na zatrudnienie urzeczywistniać nie musiał, w tym przypadku nie spełniło się więc jedno z proroctw Włodzimierza Iljicza Lenina, który uważał, że rządzić państwem można nauczyć nawet kucharkę.

11.2007   

sobota, 24 maja 2014

Z drogi - Gierek jedzie!

   Najbardziej szaleńczą jazdę przeżyłem podczas tzw. gospodarskiej wizyty Edwarda Gierka pod Karkonoszami. Ówczesny I sekretarz KC PZPR wizytował najpierw Jelenią Górę z jej fabryką leków - „Polfą”. Stamtąd udawał się do przodującego kombinatu rolnego w Lubomierzu, miasteczku znanym skądinąd z filmu „Sami swoi”. Redakcyjny samochód w pośpiechu dostał się akurat między auta z ochroniarzami i samym Gierkiem. Chcąc nie chcąc, przez całą krętą drogę na Zgorzelec musieliśmy trzymać tempo dyktowane przez wóz z obstawą. Na szczęście ci pędzący z przodu nieomal spychali mijane pojazdy do rowów i nasz kierowca miał dzięki temu ułatwione zadanie, by dotrzeć do celu bez szwanku.

11.2007 

piątek, 23 maja 2014

Bogobojna

   „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja, zawsze dziewica” - usłyszałem z tzw. automatycznej sekretarki, gdym raz wykręcił numer telefonu do pewnej znanej osobistości. Nagrany głos nie był bynajmniej głosem ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Dzwoniłem bowiem nie do Torunia, do Radia Maryja, lecz do Lewina Kłodzkiego, do domu Czesławy Cieślak vel Violetty Villas. To ona właśnie tak witała wszystkich próbujących z nią porozmawiać.

11.2007

czwartek, 22 maja 2014

Ręczna robota

   Czy można sobie wyobrazić dziennikarza, który jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku, w epoce przedkomputerowej, nie potrafił wystukiwać swoich tekstów na maszynie do pisania? Znałem takiego - był nim Tadeusz Żołnierowicz z bydgoskiego „Dziennika Wieczornego”.

   A czy można sobie wyobrazić dziennikarza, który jeszcze w połowie pierwszej dekady XXI wieku nie posługiwał się komputerem? Stanisław Szelc na przykład. Znany wrocławski satyryk z kabaretu „Elita” i radiowego „Studia 202″ felietony do swojej autorskiej rubryki „Jest w dechę!” w tygodniku „Panorama Dolnośląska” tworzył na jakiejś sfatygowanej - sądząc po czcionkach - maszynie do pisania. Każdy z jego tekstów musiał więc być przepisywany przez kogoś w redakcji do pliku Worda (czasem sam miałem ten zaszczyt, gdy nie udało się mi znaleźć żadnego nudzącego się podwładnego).

11.2007

środa, 21 maja 2014

Mędrcy

   Słuchając Ludwika Dorna, niczym lejtmotyw odświeżam w swojej wybiórczej pamięci fraszkę „Mędrzec” Jana Izydora Sztaudyngera: „Nawet o tym nie wiedział, że ma na dupie przedział”. Były marszałek Sejmu, ksywa „Trzeci bliźniak” (do niedawna beniaminek braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich, obecnie ich polityczny kontestator), a także mimowolny ojciec chrzestny polskich wykształciuchów, jest żywym dowodem na potwierdzenie tezy, że i niekwestionowany intelektualista może swymi złymi cechami charakteru popaść w samoośmieszenie.

   Jeśli miałbym wytypować zupełne przeciwieństwo Dorna, to wskazałbym na Kazimierza Górskiego z jego kultowymi sentencjami: „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie” i „Mecz można wygrać, przegrać, albo zremisować”. Nasz legendarny trener futbolowy filozofował z pewnością na niższym poziomie, ale za to naprawdę dał się lubić za swą prostolinijność i trzymanie się zasad.

   Co dedykuję ku refleksji tzw. osobom publicznym.

11.2007

wtorek, 20 maja 2014

Autsajder

   Zdarzyło się mi usłyszeć o sobie zaledwie jedno słowo, które zaskoczyło mnie swoją trafnością. Onegdaj ówczesna redaktor naczelna „Gazety Robotniczej” Iwona Zielińska powiedziała mi w oczy, że jestem typem „autsajdera” - nie w sportowym, lecz w społecznym tego pojęcia znaczeniu. Na gorąco trochę się obruszyłem. Na chłodno jednak musiałem przyznać, że co prawda to prawda. Bo ja rzeczywiście najlepiej czuję się na uboczu. Ponad bywanie wśród ludzi wolę swój mały, intymny świat.

11.2007

poniedziałek, 19 maja 2014

Ściąga dla pożytecznych idiotów

   Niech będą pochwaleni ludzie władzy III RP! Jestem pożytecznym idiotą i jako taki zagłosuję 25.05.2014 w wyborach do Parlamentu Europejskiego na najlepszego z najlepszych kandydatów. Moje typy spośród „jedynek” to: Krzysztof Bosak (Ruch Narodowy), Ryszard Czarnecki (Prawo i Sprawiedliwość), Jarosław Gowin (Polska Razem), Anna Kalata (Sojusz Lewicy Demokratycznej - Unia Pracy), Ryszard Kalisz (Europa Plus - Twój Ruch), Beata Kempa (Solidarna Polska), Janusz Korwin-Mikke (Nowa Prawica), Władysław Kosiniak-Kamysz (Polskie Stronnictwo Ludowe), Julia Pitera (Platforma Obywatelska). Reprezentacja, że palec (środkowy) lizać!

05.2014 

niedziela, 18 maja 2014

Co za świństwo!

   Zdecydowanie zaniżam statystykę spożycia alkoholu na głowę Polaka. Nie piję, bo mi po prostu nie smakuje. Na kilka łyków zimnego piwa w upał, ewentualnie na lampeczkę co najmniej półsłodkiego szampana bądź kieliszeczek wódki żołądkowej gorzkiej od święta dam się czasem namówić, ale żeby tak do upojenia… Nawet docinki: „kto trzeźwy, ten donosi” w rozbawionym towarzystwie na mnie nie działają. Skuteczniejszym rozweselaczem może być jakiś niewyszukany toaścik, choćby: „kto se piwko z gwinta machnie, temu z ryja ładnie pachnie”.

11.2007

sobota, 17 maja 2014

Żona sekretarza

   Gdy myślę o ludziach lojalnych, spotkanych na swojej drodze - w pierwszej kolejności przywracam w pamięci Anię Chocholak. Dziennikarkę oddziału wojewódzkiego „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze w czasach, gdy nim kierowałem.

   Byłem wówczas szefem żony Pawła Chocholaka, sekretarza organizacyjnego tamtejszego KW PZPR, prawej (a może - w sensie ideowym - lewej) ręki „pierwszego”, Stanisława Cioska. Mimo to nigdy nie odczułem, aby Ania wykorzystywała w redakcji swój prywatny status.

11.2007

piątek, 16 maja 2014

Skok w bok

   Aby podróż do Warszawy na spotkanie dziennikarzy prasy regionalnej ze skądinąd sympatycznym, ale niezbyt atrakcyjnym medialnie premierem Jerzym Buzkiem miała jakiś ciekawszy plon - dodatkowo umówiłem się na wywiad z kontrowersyjnym redaktorem naczelnym tygodnika Nie, Jerzym Urbanem. Z głównego gmachu Rady Ministrów do siedziby tej redakcji jest bliziutko. Urban - rzecznik rządu w czasie stanu wojennego - zaprosił mnie do swego gabinetu, gdzie rozmawialiśmy parę godzin. Sam m.in. wspomniał o swym żydowskim pochodzeniu i rodowym nazwisku Urbach. Miałem wrażenie, że lubi być atakowany i dobrze się czuje w roli skandalisty. Z wyraźnym zadowoleniem perorował np., że dziecko to jeszcze nie człowiek i gadanie z małolatem to strata czasu.

11.2007 

czwartek, 15 maja 2014

Wszędzie dobrze...

   Nie wyobrażam sobie dłuższego życia nie tylko poza Polską, ale i poza Wrocławiem. Jeśli groziłaby mi przymusowa emigracja stąd, to ewentualnie - z miast znanych z autopsji - tylko do Trójmiasta: Gdańska, Sopotu lub Gdyni. Za żadne skarby do Warszawy! Jak na wycieczkę, to raz jeszcze grzbietem Karkonoszy, od Szrenicy do Śnieżki, z wejściem w Szklarskiej Porębie i zejściem w Karpaczu. A jak na wakacje, to raz jeszcze do Baworowej koło Leśnej, do ZMS-owskiego ośrodka wypoczynkowego w pobliżu zamku Czocha, w którym m.in. kręcono zdjęcia do jednej z moich ulubionych komedii filmowych „Gdzie jest generał”.

11.2007 

środa, 14 maja 2014

Podgórska fatamorgana

   W którymś z primaaprilisowych numerów „Gazety Robotniczej” wydrukowałem informację, jak to na jednej z ulic w Karpaczu owalne przedmioty obracają się na przekór prawom fizyki. Puszczona w ruch piłka czy butelka toczy się nie w dół, lecz pod górkę.

   Mój 1-kwietniowy żart był o tyle przewrotny, że zawierał informację jak najbardziej prawdziwą! Po prostu specyficzna konfiguracja podkarkonoskiego terenu sprawia, że w niektórych miejscach ludzki wzrok ulega tam złudzeniu optycznemu - widzimy co innego niż jest w rzeczywistości.

   Nieomal jak w starym kawale politycznym: mówimy „partia”, myślimy „Lenin”, myślimy „Lenin”, mówimy „partia” - i tak co innego mówimy, a co innego myślimy…

11.2007

wtorek, 13 maja 2014

Stąd do wieczności

   Bliski przedwczesnej śmierci byłem kilkakrotnie.

   Szczególnie zapamiętałem 10.05.1967. Na wrocławskim Wzgórzu Partyzantów trwała radosna żakinada. W pewnym momencie pod naporem tłumu załamała się kamienna balustrada, spadając na ludzi stojących na schodach poniżej. Jedna osoba zginęła, kilkadziesiąt zostało rannych. Na słynnym „zdjęciu roku” Stanisława Kokurewicza, któremu udało się uwiecznić moment tej katastrofy, rozpoznałem fragment swojej sylwetki: stałem o metr przed dziurą pod schodami, do której wpadli ci najbardziej poszkodowani…

   Mniej szczęścia miałem kilkanaście lat później, na rowerowej przejażdżce w okolicach Jeleniej Góry. Na jednym ze spadzistych zakrętów wpadłem w poślizg na wysypanym na drogę żwirze i wylądowałem w przydrożnym rowie. Ze złamanym obojczykiem trafiłem do szpitala chorób narządów ruchu w Kamiennej Górze, gdzie przeszedłem operację i dłuższą rekonwalescencję.

11.2007  

poniedziałek, 12 maja 2014

Konkurs mojego życia

   Jak zostać dziennikarzem? Trzeba mając niespełna 18 lat wziąć udział w konkursie dla studentów, niekoniecznie studentem będąc - i wygrać.

   Był listopad 1967. Dopiero co zaliczyłem szkołę zawodową przy gazowni. Zamiast podjąć pracę w wyuczonym fachu ślusarza, zdecydowałem się na poznawanie tajników zecerstwa w zakładach graficznych. Drukowano tam m.in. „Gazetę Robotniczą”. Redakcja ta akurat ogłosiła konkurs dziennikarski dla studentów. Napisałem dwie informacje o możliwości statystowania w filmach i plenerowych zajęciach młodych artystów plastyków. Niebawem zobaczyłem oba teksty w druku. Co ważniejsze - mogłem też przeczytać swoje nazwisko jako laureata głównej nagrody. Z zaproszenia do współpracy oczywiście skorzystałem.

   We wrześniu 1968 dostałem pierwsze stałe wynagrodzenie, tzw. ryczałt. Znacznie więcej dorabiałem wierszówką. Miałem ponadto pewien dodatkowy obowiązek: pracując - kontynuować jednocześnie naukę. Najpierw więc było liceum i matura, potem studia i dyplom magisterski.

11.2007

niedziela, 11 maja 2014

Urósł razem z nimi

   Moje pierwsze zdjęcie wydrukował wiosną 1967 dopiero co wtedy utworzony „Wieczór Wrocławia” (zlikwidowany w 1994 w wyniku fuzji z dwoma innymi miejscowymi dziennikami: „Gazetą Wrocławską” i „Słowem Polskim”). Redaktorzy sami znaleźli je na wystawie fotografii w klubie młodzieżowym „Piwnica Świdnicka” i postanowili opublikować.

   Zdjęcie przedstawiało dwie dziewczynki siedzące na ławce i przeglądające próbne wydanie „WW”. Obrazek nabierał symbolicznego znaczenia w połączeniu z wymyślonym przez mnie tytułem: „Urośnie razem z nami”.

11.2007

sobota, 10 maja 2014

Wychowanek piwnicy

   Chyba najbardziej wychowała mnie „Piwnica Świdnicka”. Był taki klub Związku Młodzieży Socjalistycznej w podziemiach wrocławskiego Ratusza. Spędziłem tam wiele dni i także nocy.

   Początkowo udzielałem się głównie w sekcji fotograficznej, przy okazji podrywając dziewczyny „na zdjęcia”. Potem - gdy już zadebiutowałem w zawodzie dziennikarskim - m.in. kilkakrotnie redagowałem gazetkę corocznych ogólnopolskich festiwali teatrów jednego aktora, firmowej imprezy ówczesnego szefa placówki Wiesia Gerasa.

11.2007

piątek, 9 maja 2014

Czerwone diabły

   Mecz był kiepski, ale liczył się wynik. Po zwycięstwie nad Belgią - nasi futboliści po raz pierwszy wywalczyli przepustkę na mistrzostwa Europy. W kraju euforia. Mnie bylejakość jakoś nie cieszy.

   Z belgijskimi piłkarzami kojarzy się mi legendarna wpadka któregoś z centralnych dzienników w czasach PRL-u. Przypadek sprawił, że tego samego dnia do polskiej stolicy przybyli właśnie oni i najwyższe władze ZSRR. Na pierwszej stronie wielki tytuł: „Witamy przyjaciół z towarzyszem Leonidem Breżniewem”. A na ostatniej (sportowej) - też całkiem pokaźny: „"Czerwone diabły" już w Warszawie”…

11.2007 

czwartek, 8 maja 2014

Na sen

   Mam swój skuteczny sposób na zaśnięcie. Jest nim słuchanie Radia Maryja.

11.2007

środa, 7 maja 2014

Motoryzacyjny analfabeta

   Koronnym dowodem na moją męską nienormalność jest kompletny brak zainteresowania motoryzacją. Nie mam, nigdy nie miałem i nie chcę mieć samochodu. Nie wyobrażam siebie jako kierowcy. Samodzielnie jeździłem tylko rowerem - i starczy.

   Nie zapomnę jednego z moich najbardziej koszmarnych tematów reporterskich. W wyniku redakcyjnej łapanki, miałem raz zebrać na giełdzie samochodowej notowania cen pojazdów. Nic prostszego? Nie dla kogoś, kto z ledwością rozróżniał małego i dużego fiata!

11.2007 

wtorek, 6 maja 2014

Podróże mnie nie kręcą

   Ja tu o wielkim świecie, ale tak naprawdę za granicą bywałem rzadko. Najczęściej w niegdysiejszej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Przeważnie na zakupach w Goerlitz, sąsiadującym ze Zgorzelcem. Kilka razy bawiłem w Dreźnie (m.in. na balu na wewnętrznym dziedzińcu Zwingera) - w ramach współpracy „Gazety Robotniczej” z „Saechsische Zeitung”. Zaliczyłem też Berlin już po zburzeniu muru.

   Interesująca była moja podróż na Węgry, do Budapesztu i Balatonfoldvor nad - jak się można domyślić - Balatonem. Pojechałem tam jako pilot wycieczki „Juventuru”, młodzieżowego biura turystycznego.

   Jeszcze zapamiętałem pobyt na turnieju szachowym w czeskich Pardubicach oraz wspomniane już wyprawy do Leningradu, Homla, Jass, Tyraspola - i to, zdaje się, tyle.

   Bo podróże jakoś mnie nie kręcą, zwłaszcza że ja w językach obcych ani be, ani me, ani kukuryku. Zdecydowanie jestem domatorem, a moimi oknami na świat są telewizor i komputer.

11.2007  

poniedziałek, 5 maja 2014

Ale jazda!

   W 1991 około tygodnia byłem też w radzieckiej jeszcze wtedy części Mołdawii, w naddniestrzańskim Tyraspolu. Również jako opiekun szachowej drużyny juniorów, ale MKS MDK Wrocław Śródmieście.

   Powrót z Tyraspola do domu był najbardziej niesamowitą podróżą mego życia. Najpierw gospodarze podwieźli nas samochodem do ukraińskiej Odessy. Nie zapomnę ubikacji na tamtejszym dworcu kolejowym, bez muszli klozetowych, z przegródkami pozwalającymi oglądać twarze załatwiających się sąsiadów. Do przepełnionego pociągu dostaliśmy się fortelem, a wyrzucenia stamtąd uniknęliśmy przekupując konduktorkę resztkami posiadanych rubli. Kiedy wreszcie znaleźliśmy się po polskiej stronie granicy, w Przemyślu - byliśmy ledwie żywi, ale szczęśliwi, że ta mordęga wreszcie za nami.

11.2007   

niedziela, 4 maja 2014

Jassy i Ceausescu

   W 1988 spędziłem tydzień w Jassach w mołdawskiej części Rumunii. Byłem opiekunem szachowej drużyny juniorów Spartakusa Jelenia Góra. Syn wygrał turniej dla najmłodszych, wspomnienia sportowe są więc przyjemne. Dało się tam zauważyć wszechobecne portrety komunistycznego przywódcy Nicolae Ceausescu, rządzącego niepodzielnie krajem od 23 lat. Rok później ten dyktator - „geniusz Karpat” już nie żył, obalony i rozstrzelany wraz z żoną w wyniku przewrotu wojskowego.

11.2007

sobota, 3 maja 2014

Smród nie zabija

   Kiedy mieszkałem na osiedlu Orlim w Jeleniej Górze-Cieplicach, z widokiem z okna na Karkonosze od Śnieżki po Szrenicę, dozorczynią była kobieta nadzwyczaj rezolutna. Słysząc raz moje narzekania na jakieś brzydkie zapachy na posesji, zareagowała tymi słowy: - Proszę pana, od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a od Czarnobyla i owszem, mimo że nic nie czuć...

11.2007 

piątek, 2 maja 2014

Pociąg przyjaźni

   We wrześniu 1980 załapałem się na jeden z ostatnich „Pociągów przyjaźni” do ZSRR.

   Z Jeleniej Góry trasa wiodła m.in. przez Wilno, Mińsk i Leningrad (obecnie Petersburg) z jego niezwykłymi atrakcjami turystycznymi. Ja jednak najbardziej zapamiętałem masowe chodzenie mieszkańców tego nadnewskiego miasta po jezdniach na czerwonych światłach, przy kompletnym braku reakcji widzących to milicjantów. Piesi lawirowali między pojazdami zupełnie bezkarnie, tyle że na własne ryzyko. Wpadłeś pod samochód - twoja wina, udało ci się pokonać ruchome przeszkody - jesteś chwat.

  Punktem docelowym był białoruski Homel (wymawiany przez miejscowych „Gomiel”). Wcześniej kojarzył się mi on głównie z Lejzorkiem Rojtszwańcem z powieści Ilji Erenburga - żydowskim „krawcem mężczyźnianym”, znanym zwłaszcza z powiedzonka: „Zwalniają, znaczy będą przyjmować”. Sześć lat później miasto to zaczęło mi się kojarzyć przede wszystkim jako jedno z najbardziej poszkodowanych po katastrofie w nieodległej ukraińskiej elektrowni atomowej w Czarnobylu.

11.2007

czwartek, 1 maja 2014

Kobiety, wino i szachy

   W 1988 byłem głównym organizatorem, na zlecenie Polskiego Związku Szachowego, pod szyldem jeleniogórskiego klub Spartakus, pierwszych, wtedy jeszcze nieoficjalnych, mistrzostw Polski dzieci w najmłodszych grupach wiekowych do lat 10, 12 i 14. Czempionaty przedszkolaków mają młodszą historię.

   Gościem honorowym (zaproszonym za pośrednictwem państwa Marii i Jana Maciejów, rodziców Bartka) tego turnieju w domu wypoczynkowym „Uroczysko” w Piechowicach był Aleksander Wojtkiewicz, Łotysz z polskimi przodkami, dopiero co zwolniony z radzieckiego łagru, w którym został uwięziony za odmowę służby wojskowej w Afganistanie. W naszej rozmowie na „dzień dobry” najbardziej interesowało go, jak załatwić alkohol (wtedy chyba jeszcze na kartki) i panienki (wówczas agencje towarzyskie nie funkcjonowały tak jawnie). Ze zdobyciem forsy na przyjemności nie miał żadnych kłopotów. Grał o stawki w blitza i mimo że dawał swym dorosłym partnerom znaczne bonifikaty czasowe - wygrywał z nimi jak chciał.

   Wkrótce Wojtkiewicz otrzymał polskie obywatelstwo i występował w naszej reprezentacji na pierwszej szachownicy. Z pewnością osiągnąłby więcej sukcesów sportowych i żyłby dłużej, gdyby potrafił zapanować nad swoimi nałogami…

11.2007