niedziela, 25 stycznia 2015

Tak się bawią kutasy

   Sąsiad przyuważył, jak na wrocławskim bulwarze Ikara bawią się nocą niektórzy bywalcy okolicznych knajp. Porządnie nalani, wyciągają z rozporków swoje sikawki i współzawodniczą w obszczymurstwie. Nie na odległość, lecz na wysokość. I nie na byle jaką ścianę, lecz na pomnik Lotnictwa Polskiego - upamiętniający znajdujący się tu kiedyś aeroklub…

08.2008

-----

Komunikat z 25.01.2015

   Ponieważ po blisko 9 miesiącach finiszuję z rekonstrukcją ocenzurowanego „Bloga weredyka” i jego dodatków, od teraz w tym miejscu będę publikował nowe teksty już nie z dnia na dzień.

   Polecam Czytelnikom: adamklykow.bloog.pl, adamklykow1.bloog.pl, adamklykow2.bloog.pl, adamklykow3.bloog.pl, adamklykow4.bloog.pl, adamklykow5.bloog.pl (lektura nieobowiązkowa, czytanie ze zrozumieniem - mile widziane).

sobota, 24 stycznia 2015

Pierwszy hazard

   Hazardzistą jestem umiarkowanym. Lubię ryzyko, ale bez przekraczania granic zdrowego rozsądku. A zaczynałem w dzieciństwie od gry, którą nawet nie potrafię nazwać. Mogę natomiast opisać.

   Rozmieniało się pieniądze na jak najdrobniejsze nominały i szukało równie nadzianego forsą kolegi. Następnie na przemian rzucaliśmy monety z wysokości pępka na ziemię, podkręcając je nieco. Wszystko zgarniał do swojej kieszeni ten, który pierwszy choćby minimalnie nakrył jeden pieniążek drugim. Raz w puli było kilkadziesiąt groszy, raz - nawet kilka złotych. I tak w kółko, przeważnie aż do ogołocenia z gotówki przeciwnika (albo siebie). I do podliczenia, ile się wygrało (lub przegrało) np. oranżad w proszku.

07.2008

piątek, 23 stycznia 2015

Akcja ratunkowa

   Latem 2005 wrocławski tygodnik „Panorama Dolnośląska” wpadł w dołek finansowy. Wydawca - spółka powiązana z lubińskim kombinatem „Polska Miedź” - zdecydowała się na radykalne cięcia wydatków i na zmianę kierownictwa redakcji. Nowym redaktorem naczelnym został Maciek Wełyczko, a jego zastępcą - Łukasz Medeksza. Obaj młodzi, ale ze znaczącym już dorobkiem dziennikarskim.

   Do szefowskiego kompletu brakowało im sekretarza redakcji. Kogoś z dużym doświadczeniem zawodowym. Zaproponowali tę funkcję mnie, mimo że wcześniej nie utrzymywałem z nimi żadnych bliższych kontaktów towarzyskich i byliśmy ze sobą na „pan”. Wiedzieli, że od kilku tygodni, po pożegnaniu się ze „Słowem Polskim-Gazetą Wrocławską”, jestem „do wzięcia”.

   - To być może robota tylko na parę miesięcy - uprzedzili lojalnie. - Albo uratujemy tytuł, albo polegniemy razem z nim.

   Zdecydowałem się na to ryzyko bardziej ze względu na chęć współpracy z cenionymi Wełyczką i Medekszą, niż z powodów materialnych.

   Wydawca bowiem szukał oszczędności gdzie się dało i obcinał nie tylko wynagrodzenia. Reglamentował nawet bezpłatne numery „Panoramy Dolnośląskiej”, przydzielając zatrudnionym w niej dziennikarzom po jednym egzemplarzu nieomal za pokwitowaniem.

   Niestety, nie pomogło drukowanie coraz liczniejszych „tekstów sponsorowanych”, czyli publikacji, które pozorując informacje dziennikarskie de facto są reklamami. Niewiele dał także najbardziej kontrowersyjny pomysł pozyskania dotacji z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, za umieszczanie na paginach kolumn - m.in. sportowych - logo symbolizujące człowieka na wózku inwalidzkim.

   W efekcie naszej „akcji ratunkowej” koszty wydawania „Panoramy Dolnośląskiej” wyraźnie zmalały, ale nadal byliśmy zdani na łaskę i niełaskę głównego mecenasa, politycznie powiązanego początkowo z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, a następnie - po wyborach parlamentarnych - z Prawem i Sprawiedliwością. Po 9 miesiącach mojej pracy w tym tygodniku został on zlikwidowany, oficjalnie z przyczyn ekonomicznych.

07.2008

czwartek, 22 stycznia 2015

Kij i marchewka

   Przekaziory doniosły o tym jednym tchem. Kongres USA wezwał żyjących obecnie Polaków do zwrotu mienia zagrabionego niegdyś Żydom przez faszystów i komunistów, a przy okazji pochwalił pośmiertnie niedawno zmarłą Polkę Irenę Sendlerową za bohaterską postawę wobec Żydów eksterminowanych przez hitlerowców podczas II wojny światowej.

   Ciekaw jestem, co Ty, mój Czytelniku, myślisz o owym zestawie, o akurat takim kiju i takiej marchewce. Bo ja zareagowałem nie tylko nie po chrześcijańsku, ale nawet niegodnie ponadwyznaniowego humanisty, mimo że żadnego mienia pożydowskiego nie posiadam, ratujących życie innych ludzi pod groźbą utraty własnego cenię nadzwyczajnie, zaś siebie samego wręcz podejrzewam o - niech mi to ojciec Rydzyk odpuści - filosemityzm.

   A może pismacy połączyli obie informacje z premedytacją, aby wywołać negatywne emocje celowo?…

07.2008

środa, 21 stycznia 2015

Dla niepaplących

   Są tacy dawni znajomi, których automatycznie kojarzę z jakimś utrwalonym w pamięci szczegółem. Tak jest m.in. w przypadku rysownika satyrycznego Roberta „Robsa” Szecówki, który publikował m.in. w nieistniejącym już dolnośląskim tygodniku „Wiadomości”.

   Ilekroć wspomnę o tym byłym wrocławianinie, obecnie mieszkańcu Hamburga - tylekroć mam przed oczami jedną z jego obrazkowych anegdot. Pasażerowie jadą pociągiem w przedziale z napisem: „Dla niepaplących”. 

   Literkowy żart żartem, ale ja całkiem poważnie jestem za takimi wydzielonymi miejscami! Nie tylko bowiem nie palę, ale i gadać z nieznanymi mi gawędziarzami nie lubię.

07.2008

wtorek, 20 stycznia 2015

Poeta, z którego zadrwił los

   Moja fascynacja Norwidem w latach 70. XX wieku nie ograniczała się tylko do czytania jego dzieł, czy słuchania „Bema pamięci żałobnego rapsodu” w wokalno-instrumentalnej interpretacji Czesława Niemena. Zdarzyło się mi - ślad pozostał - napisać trzystrofkowy wiersz na cześć ulubionego poety.

   Zadowolony byłem zwłaszcza z tytułu: „On drwi”. Zawiera sześć liter, z których można ułożyć także nazwisko Norwid. A co do treści, nawiązującej do życiorysu bohatera… Oceńcie sami.

On drwi
Norwidowi…

   Słońce już zgasło,

   krwią opryskując człowiecze twarze,

   opłakujące czasy skończone,

   nie zapomniane.

   On rąk nie łamiąc,

   za swoją trumną samotnie kroczył,

   w przepaść rzucając własne wiersze,

   rzekł: „vademecum”.

   Wnuk je odnalazł,

   i przeczytawszy nic nie powiedział,

   ani łzy jednej nie uronił

   - serce mu pękło.

07.2008

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Norwid poruszający

   Jestem dość odporny na uroki poezji i na wzruszenia związane z jej przeżywaniem. Jak jednak skądinąd wiadomo, niemal od każdej reguły bywają wyjątki.

   Wygrzebałem z domowego archiwum karteluszek z własnoręcznie przepisanym w młodości wierszem Cypriana Kamila Norwida. Przeczytałem po latach i… raz jeszcze ciarki mi przeszły po skórze.

   Napisany na emigracji w USA utwór ma tytuł „Trzy strofki” i taką treść:

   Nie bluźń, żem zranił Cię lub jeszcze ranię,

   Bom Ci ustąpił na mil sześć tysięcy,

   I pochowałem łzy me w oceanie,

   Na pereł więcej!…

   I nie myśl, jak Cię nauczyli w świecie

   Świątecznych uczuć świąteczni czciciele,

   I nie mów, ziemskie iż są marne cele,

   Lecz żyj - raz przecie!…

   I myśl, gdy nawet o mnie mówić zaczną,

   Że grób tylko, co umarłe chowa,

   I mów, że gwiazda ma była rozpaczną,

   I - bywaj zdrowa…

07.2008

niedziela, 18 stycznia 2015

Socjolekt dziennikarski

   Otrzymałem mejla od zupełnie mi nieznanej Beaty Jarosz z Lublina, studentki polonistyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (poprawniej powinno się pisać i mówić: Skłodowskiej-Curie, ale wtedy nie byłoby powszechnie znanego skrótu nazwy tej uczelni: UMCS).

   „Piszę pracę magisterską na temat socjolektu dziennikarskiego, to jest języka charakterystycznego dla określonej grupy zawodowej” - wyjaśniła. I zwróciła się do mnie z prośbą o wypełnienie przesłanej w załączniku dość obszernej ankiety.

   W pierwszym odruchu chciałem zbyć tę korespondencję milczeniem. W drugim - przypomniałem sobie, że ja sam pisałem pracę magisterką o kulturze politycznej dolnośląskich dziennikarzy właśnie na podstawie rozdawanych im ankiet. Niektórzy mi wtedy pomogli, niektórzy - zawiedli. Postanowiłem pójść Beacie Jarosz na rękę.

   Cóżem to ja w tej ankiecie na gorąco –-na podstawie pierwszych skojarzeń - napisał?

   Przede wszystkim zamieściłem zestaw najczęściej używanych przez dziennikarzy prasowych, najbardziej dla nich charakterystycznych słów: czołówka, jedynka, flesz, oficjałka, bieżączka, kryminałek, gotowiec, kwit, adiustacja, winieta, pagina, stopka, rozpiska, makieta, szczotka, lid, layout, deadline itd. Nie zabrakło nawet okrzyku: „ja pierdzielę!”, jako najłagodniejszego przykładu odreagowywania stresu w redakcji.

   Odpowiedziałem też ad hoc na dodatkowe pytania, że ze słowem „dziennikarz” kojarzą się mi także słowa „redaktor, żurnalista, pismak”. Że moją własną definicją dziennikarza niech będzie „rzemieślnik słowa, który używa alfabetu do rzeźbienia rzeczywistości”. Że za cechy pozytywne dziennikarza uznaję głównie pracowitość i całodobową dyspozycyjność (zawodową, nie ideologiczną!), a za negatywne - lenistwo i pracę „od-do”. Że dziennikarz powinien posiąść zwłaszcza umiejętność selekcji zebranego materiału. Że w tekstach dziennikarskich dominują marginalia życia publicznego i nieszczęścia, a pomijane są działania zgodne z prawem.

   Było i takie pytanie z podprowadzeniem do niego: „Etyczny dziennikarz to człowiek charakteryzujący się rzetelnością przekazu, szanujący odbiorcę itp. Czy zna Pan przykłady takich osób w polskich mediach? Jeśli tak, to proszę podać ich nazwiska i krótko uzasadnić swój wybór”.

   Odpowiedziałem następująco: „Pół żartem, pół serio: Adam Kłykow, czyli ja. Każdy dziennikarz powinien uważać siebie za rzetelnego i szanującego czytelników, no i oczywiście takim być naprawdę”.

   Idealista ze mnie, prawdaż? To do kolegów pismaków…

07.2008

sobota, 17 stycznia 2015

Respondent i ankieter

   Zaczepiany przez ankieterów jako potencjalny respondent, na jedno pytanie przeważnie odpowiadam. Natomiast zazwyczaj unikam udziału w dłuższych sondażach. - Przepraszam, nie mam czasu - to moja dyżurna wymówka. Najczęściej zresztą jest ona zgodna z prawdą.

   Raz - w 2007 - sam wcieliłem się okazyjnie w ankietera wrocławskiego oddziału Pentora, jednego z ośrodków badania opinii publicznej. Musiałem się porządnie nagimnastykować, aby zarobić 130 zł. 50 - za pięć kilkunastominutowych wywiadów, na podstawie obszernych kwestionariuszy, z klientami hali targowej „Tęcza” na osiedlu Kosmonautów, m.in. o zaopatrzeniu tej placówki i zakupach w niej. A 80 - za znalezienie czterech osób z dokładnie sprecyzowanym wiekiem i kilkoma innymi szczegółowymi namiarami, korzystających z usług bankowości elektronicznej i mających ochotę na wzięcie udziału w nagradzanej honorarium wymianie poglądów na ten temat.

07.2008

piątek, 16 stycznia 2015

Tomek Duda? Który?

   Najpierw, w „Słowie Polskim-Gazecie Wrocławskiej”, byłem podwładnym Tomka Dudy, a następnie, w „Panoramie Dolnośląskiej”, przełożonym Tomka Dudy. To są dwie różne osoby. Żadnego pokrewieństwa między nimi nie ma. Tak się przypadkowo złożyło, że obaj pracowali jako dziennikarze w tym samym mieście. A poza uprawianym zawodem, łączyło ich jeszcze jednakowe imię i nazwisko.

07.2008

czwartek, 15 stycznia 2015

Szachiści też biją

   Szachy uważane są za sport wyjątkowo bezpieczny. Nic bardziej złudnego! Znane są przypadki nagłych zgonów przy szachownicy. Stres bywa przy niej bardziej zabójczy niż np. w boksie, gdzie przynajmniej można odreagować dając przeciwnikowi w gębę.

   W szachach wystarczy wykonać jeden debilny ruch figurą lub pionem, by przegrać. A w takim ZUS-ie po równie kretyńskim błędzie można spokojnie pracować dalej, jakby nic złego się nie stało.

   Poza tym w szachach też biją. M.in. bije się konia (poprawność nie tylko obyczajowa nakazywałaby raczej bić skoczka). Bije się piona w przelocie. A jeśli ktoś nie bije żadnej bierki ani się nie rusza pionem przez 50 kolejnych posunięć, to tylko remisuje. Po prostu bez bicia wygrać się tu nie da.

   Chyba że poddasz partię bez walki, już w debiucie. Wtedy jednak lepiej w ogóle nie zaczynać gry.

07.2008

środa, 14 stycznia 2015

Na żywo

   Pogaduszki w eterze, między dziennikarzami a radiosłuchaczami lub telewidzami, w programach emitowanych na żywo, bywają ryzykowne. Nie da się przewidzieć, co kto powie.

   Bodaj najgłośniejsze stało się nagranie fragmentu „Rozmów niedokończonych” z Radia Maryja z 1996. Jeden ze słuchaczy, telefonujących do katolickiej rozgłośni dyrektora Tadeusza Rydzyka, zdążył przed przerwaniem połączenia oświadczyć: „Trzy słowa do ojca prowadzącego… Chuj ci w dupę”.

   Przed kilkoma dniami sam byłem świadkiem konsternacji, jaką wywołał telewidz dzwoniący do „Szkła kontaktowego” w TVN 24. Nawiązał on do zakończonych mistrzostw Europy w piłce nożnej, w których odpadliśmy z gry już w fazie grupowej nie dostając się do ćwierćfinału. Zapytał, co łączy polskich futbolistów z jajami. I odpowiedział po chwili, że „biorą udział, ale nie wchodzą”. Prowadzący program Grzegorz Miecugow oniemiał chyba jeszcze bardziej niż wówczas, gdy niektórzy z telefonujących nazywają dwóch naszych najsławniejszych bliźniaków „karłami”.

07.2008

wtorek, 13 stycznia 2015

Redakcyjny magiel

   Zainteresował mnie fragment kolegialnego bloga „Piąta władza”, w którym o życiu publicznym, mediach i popkulturze piszą: jeden z najlepszych - moim zdaniem - dolnośląskich dziennikarzy Łukasz Medeksza, jego życiowa partnerka Patrycja Gowieńczyk, zawsze interesujący Leszek Budrewicz i nieznany mi bliżej Dominik Panek.

   1.08.2007 Łukasz poinformował o końcu 3-letniego szefowania Agnieszki Niczewskiej w „Słowie Polskim-Gazecie Wrocławskiej”. I zachęcił do komentowania tego faktu.

   Z zaproszenia skorzystał(a) m.in. najwyraźniej zorientowany(a) w redakcyjnej kuchni Grejs Kely, pisząc: „Problemem „SP-GW” były/są personalne sympatie, antypatie czy roszady. Zamiast skupić się na robieniu dobrej gazety, koncentrowano się na karierkach, obalaniu, plotkowaniu, obsadzaniu… Efekty? Widać”.

   ”Kto po trupach robi karierę, trupem w końcu pada…” - skwitował dymisję redaktor naczelnej „SP-GW” inny anonimowy, ale też zorientowany w temacie internauta. I kontynuował: „Badziewiaste tematy na czołówkach, a przede wszystkim ten chamski styl zarządzania zespołem - to plon tych dokonań. Ciekaw jestem, kiedy za Niczewską potupta Świokło, tam gdzie jej miejsce, czyli do warzywniaka”.

   Te ostatnie słowa, to o Apolonii Świokło, prezesce wrocławskiego oddziału spółki Polskapresse, wydającej wtedy „SP-GW”, a obecnie „Gazetę Wrocławską”. Pani ta wciąż zdaje się trzymać mocno, czego nie można z równą pewnością stwierdzić o zarządzanej przez nią firmie.

07.2008

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Duch Hermaszewskiego nad osiedlem Kosmonautów

   W 30. rocznicę tamtego historycznego lotu, nasze media przypomniały sobie o pierwszym i jak dotychczas wciąż jedynym polskim kosmonaucie Mirosławie Hermaszewskim. Naprawdę warto pamiętać, że PRL była czwartym - po ZSRR, USA i CSRS - państwem, które miało swojego obywatela na orbicie okołoziemskiej.

   Niektórzy dziennikarze nie mogli sobie odmówić odnotowania przy tej okazji, że Hermaszewski za swój wyczyn na sowieckim statku kosmicznym „Sojuz 30″ otrzymał m.in. Order Lenina i honorowy tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, zaś w Polsce w stanie wojennym został - bardziej z rozkazu niż z własnej woli - członkiem rządzącej wtedy państwem 22-osobowej Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Ciekawe też, że już w III RP nasz kosmonauta dwukrotnie kandydował w wyborach parlamentarnych, ale nie dostał się ani do Senatu, ani do Sejmu.

   Mnie, regionalnego patriotę, kontentuje to, że Hermaszewski (generał od 1988) to chłopak z Dolnego Śląska. Urodzony w 1941 na Wołyniu, cudem ocalały z ukraińskiej rzezi, po II wojnie światowej repatriował się z rodzicami do Wołowa, gdzie ukończył szkołę podstawową i liceum. A pierwsze loty, szybowcami, zaliczył na lotnisku Aeroklubu Wrocławskiego. Dokładnie w miejscu, w którym jest obecnie osiedle Kosmonautów i moje na nim mieszkanie.
 
06.2008

niedziela, 11 stycznia 2015

Byle do i od jutra

   Przechodząc na wrocławskim osiedlu Kosmonautów obok sklepu monopolowego, trafiłem na wytaczającego się z niego klienta z butelką alkoholu i w koszulce z nadrukiem: „Od jutra nie piję”.

06.2008

sobota, 10 stycznia 2015

Catering też załatwi

   Jeśli to nie jest przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska, to byłą redaktor naczelną „Słowa Polskiego-Gazety Wrocławskiej” miała zaszczyt zatrudnić miejscowa politechnika. Agnieszka Niczewska robi obecnie karierę w uczelnianym biurze organizacji konferencji na każdy temat, z możliwością bankietowania. Czyli samorealizuje się w usługowej branży nasiadówek i balang. Tylko pozazdrościć (współpracownikom także).

06.2008

piątek, 9 stycznia 2015

Łechtanie babskiej (i szefowskiej) próżności

   Nie mam nic przeciwko zamieszczaniu w gazecie fotek z jej redaktorem naczelnym, jeśli występuje w roli reprezentanta redakcji podczas jakichś uroczystości. Byle tylko była to autopromocja z klasą.

   Granicę śmieszności przekroczyło „Słowo Polskie-Gazeta Wrocławska”, gdy opublikowało w jednym z numerów na przełomie lat 2005-2006 zdjęcie Agnieszki Niczewskiej na balu VIP-ów. Widać, jak wita się z nią Rafał Dutkiewicz. Prezydent Wrocławia, wysokie chłopisko, zgięty w pałąk, całuje dłoń szefowej redakcji. Wybrano akurat ujęcie, na którym Dutkiewicz wygląda niczym lokaj. Pochyla się przed swoją dobrodziejką, by dostąpić zaszczytu cmoknięcia jej w rączkę.

   Oglądaliśmy ten obrazek w redakcji „Panoramy Dolnośląskiej” z niejakim rozbawieniem. „Przegięli” - komentowaliśmy zgodnie.

   Jeśli zdjęcie wydrukowano za wiedzą i zgodą Niczewskiej, świadczy to o niej samej. A jeśli - co możliwe - podwładni sprawili swej przełożonej niespodziankę, świadczy to o stosunkach wewnątrzredakcyjnych pod kierownictwem Agnieszki.

   Tak czy owak, mnie tam przy tym już nie było. I dzięki Bogu, mimo żem niewierzący.
 
06.2008

czwartek, 8 stycznia 2015

Uczulenie na Niczewską

   Jak zrobić karierę zawodową - krótką, ale jednak? Trzeba postępować jak makiaweliczna Agnieszka Niczewska. Płaszczyć się przed zwierzchnikami decydującymi o awansach i pomiatać podwładnymi. Z takimi manierami można było zostać redaktorem naczelnym „Słowa Polskiego-Gazety Wrocławskiej”. I szefować temu dziennikowi trzy lata.

   Pracując tam nie ukrywałem, że Niczewska jest jedyną osobą, na którą mam alergię. Mierziła mnie zwłaszcza jej nieprzeciętna pyszałkowatość. Zapłaciłem za tę szczerość wysoką cenę. Po roku rządów Agnieszki zostałem przez nią wyautowany z redakcji, z którą (początkowo pod szyldem „Gazety Robotniczej”) byłem związany - z niewielką przerwą - niemal od dziecka.

   Zwolnienie miało swój mały plus: przestaliśmy się „tykać”, zaczęliśmy się do siebie zwracać per „pani” i „pan”.
 
06.2008

środa, 7 stycznia 2015

Szczęście i nieszczęścia

   Udzielając mi swego czasu wywiadu, obecny lider Socjaldemokracji RP, były marszałek Sejmu Marek Borowski powiedział m.in., że lubi „czytać liczby”. Znane jest zamiłowanie tego polityka do łamigłówek, nie tylko z cyferkami.

   Ja zdecydowanie wolę umysłowe zabawy z literkami. Dziś np. trochę sobie pofilozofowałem, że słowo „szczęście” wymawiamy (piszemy) z reguły tylko w liczbie pojedynczej, w przeciwieństwie do „nieszczęść”. Zwierciadło życia? Porażek w nim przeważnie więcej niż sukcesów, więc chyba coś w tym jest.

   Często mówimy, że „nieszczęścia chodzą parami”. Raczej nie słychać tego samego o „szczęściach”. Nawet gdy myślimy o dwóch najbardziej znanych w świecie Polakach: „Bolku” (esbecki pseudonim Lecha Wałęsy) i Lolku (młodzieńczy przydomek Karola Wojtyły vel Jana Pawła II). Że już nie wspomnę o bliźniakach Kaczyńskich, którzy też swoich adoratorów mają.

06.2008

wtorek, 6 stycznia 2015

Sławny i osławiony

   Szkoda, że nie kolekcjonowałem - z lenistwa, niestety - różnych dziennikarskich kuriozów z tekstów czytanych przed ich wydrukowaniem. Niejeden fragment mógłby konkurować z humorem z uczniowskich zeszytów.

   Właśnie uśmiechnąłem się po przypomnieniu sobie, jak młoda redaktorka „Panoramy Dolnośląskiej” (bardzo sympatyczna, więc nie mam sumienia wywoływać ją po nazwisku), pisząc w samych superlatywach o pewnym artyście, stwierdziła też, że jest on „osławiony”. I była wyraźnie zdziwiona, gdy tłumaczyłem jej, że to nie jest synonim wyrazu „sławny”, i że to bardziej obraza niż komplement.

06.2008

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Anonim o układzie

   W ostatnich dniach trafił do mnie - członka Rady Osiedla Kosmonautów III we Wrocławiu - odpis donosu, adresowanego jeszcze do poprzedniego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, z duplikatem dla szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusza Kamińskiego, o domniemanych przekrętach zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej „Piast”, dokonywanych pod ochronnym parasolem rady nadzorczej. Nie znam się na przetargach, więc nie potrafię zweryfikować prawdziwości zarzutów.

    Już pierwsze zdanie anonimu: „Zwracamy się do Pana jako ostatniej nadziei na rozbicie UKŁADU, jaki od kilkudziesięciu lat rządzi naszą Spółdzielnią” - zwiastuje, że autorzy są zdeterminowani.

   Wypominają szefowi „Piasta” Jackowi Kopikowi-Nagłowskiemu, że wcześniej był „oddanym zastępcą prezesa Henryka Szmajdzińskiego - ojca przefarbowanego komunisty Jerzego Szmajdzińskiego” i „prezesem drużyny koszykówki w ubeckim klubie Gwardia Wrocław”, a nie wiedzieć czemu przemilczają, że wciąż jest jednocześnie właścicielem prywatnego biura obrotu nieruchomościami.

   Nie brak opisu, jak to jeden z wiceprezesów współżyje w konkubinacie z córką głównej księgowej, z którą ma dziecko i razem mieszkają (są nazwiska, jest dokładny adres).

   Donos ma datę 13.07.2007. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby były jakieś echa tego pisma. Tymczasem nie słychać o jakimś „dalszym ciągu”. Nic się nie potwierdziło?

06.2008

niedziela, 4 stycznia 2015

Galopująca inflacja

   Gdy myślę o Pomarańczowej Alternatywie, to z przyjemnością wspominam nie Mielcarskiego i jemu podobnych, lecz liderów tej jajcarskiej organizacji: Waldemara Fydrycha we Wrocławiu i Krzysztofa Skibę w Łodzi.

   Skiba pozostanie dla mnie bohaterem jednego z najzabawniejszych happeningów PA. Obecny lider Big Cyca, w PRL-u biegał po ruchliwej ulicy z tabliczką z napisem: „Galopująca inflacja”. A kiedy został złapany przez funkcjonariuszy MO, jego koledzy rozrzucili ulotki z informacją: „Milicji udało się zatrzymać galopującą inflację”.

05.2008

sobota, 3 stycznia 2015

Kadrowe nieporozumienie

   Czytelnicy tego bloga zauważyli, że spośród 14 moich szefów - redaktorów naczelnych najgorsze notowania ma Wiesław Mielcarski. Pytają zaciekawieni, kto zacz.

   Odpowiadam z pewnym zażenowaniem, bo wolałbym o nim milczeć. To wynalazek Andrzeja Bułata, gdy ten prezesował spółdzielni dziennikarskiej „Gazeta Wrocławska” i miał największy wpływ na obsadę kluczowej – pełnionej dotychczas przez siebie – funkcji w redakcji.

   Mielcarski pojawił się w naszym środowisku właściwie znikąd. Wiedzieliśmy tylko, że miał jakieś związki z happeningową Pomarańczową Alternatywą oraz z ruchem Wolność i Pokój.

   Nie był zawodowym dziennikarzem. Brak profesjonalizmu nadrabiał arogancją. Dostał naturalną, z racji swojego wyglądu, ksywę „Łysy”. Został zdymisjonowany wkrótce po upublicznieniu przez tzw. życzliwych kompromitujących go zdjęć z alkoholowej libacji w miejscu pracy.

   Podobno Mielcarski był zdolnym specem od biznesu reklamowego. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Tylko po cholerę z kogoś takiego zrobiono redaktora?! I to od razu naczelnego…

05.2008

piątek, 2 stycznia 2015

Best Bester

   Są dziennikarze, którzy nie piszą niczego do druku. Jednak funkcjonowanie redakcji bez nich byłoby niemożliwe.

   Np. w „Gazecie Robotniczej” takim niepiszącym, ale zarazem niezbędnym dziennikarzem, był długoletni sekretarz techniczny Józef Bester, zwany przez młodszych kolegów „Bestersellerem”. Panował on nad redakcyjnym bałaganem - poczynając od makietowania poszczególnych wydań dziennika, a na dysponowaniu samochodami służbowymi kończąc - z zadziwiająca precyzją. Był prawdziwym mózgiem naszej prasowej fabryki. A przy tym zawsze dobroduszny, pogodny, życzliwy…

   Najlepsze cechy charakteru ojca ma jego syn Krzyś Bester. Też już długoletni sekretarz techniczny „Gazety Wrocławskiej”. Za „moich czasów” to on odpowiadał m.in. za tzw. rozpiski, czyli szczegółowe rozmieszczanie tekstów dziennikarskich i reklam na kolejnych kolumnach dziennika. Świetnie sobie z tym radził - co docenialiśmy zwłaszcza wówczas, gdy wybierał się na urlop (czytaj: na grzybobranie) i ktoś z konieczności musiał go zastępować.

05.2008

czwartek, 1 stycznia 2015

Wsad do zbiorówek

   Zbiorówki to żargonowa nazwa, popularnych zwłaszcza w PRL-u, publikacji dziennikarskich, które miały kilkoro ojców i matek. Jeden redaktor „Gazety Robotniczej” - przeważnie jakiś kierownik - wymyślał temat (np. jak na Dolnym Śląsku wygląda zaopatrzenie ludności w papier toaletowy, albo czy zima znów zaskoczyła drogowców) i dodatkowe pytania. Na to zapotrzebowanie „góry” odpowiadali reporterzy z oddziałów w Jeleniej Górze, Legnicy i Wałbrzychu oraz z centrali we Wrocławiu, którzy trzymając się wytycznych pisali tzw. wsad. Po czym koordynator pracy utworzonej naprędce grupy robił z tym, co chciał. Rezultat poznawali czytelnicy.

   Pisanie wsadów do zbiorówek było też moim głównym zajęciem korespondenta ogólnopolskiego dziennika „Sztandar Młodych”. Jak ja nie lubiłem współuczestniczyć w produkowaniu tej dziennikarskiej sieczki!

05.2008