We wrześniu 1980 załapałem się na jeden z ostatnich „Pociągów przyjaźni”
do ZSRR.
Z Jeleniej Góry trasa wiodła m.in. przez Wilno, Mińsk i Leningrad (obecnie
Petersburg) z jego niezwykłymi atrakcjami turystycznymi. Ja jednak najbardziej
zapamiętałem masowe chodzenie mieszkańców tego nadnewskiego miasta po jezdniach
na czerwonych światłach, przy kompletnym braku reakcji widzących to milicjantów.
Piesi lawirowali między pojazdami zupełnie bezkarnie, tyle że na własne ryzyko.
Wpadłeś pod samochód - twoja wina, udało ci się pokonać ruchome
przeszkody - jesteś chwat.
Punktem docelowym był białoruski Homel (wymawiany przez miejscowych „Gomiel”).
Wcześniej kojarzył się mi on głównie z Lejzorkiem Rojtszwańcem z powieści Ilji
Erenburga - żydowskim „krawcem mężczyźnianym”, znanym zwłaszcza z
powiedzonka: „Zwalniają, znaczy będą przyjmować”. Sześć lat później miasto to
zaczęło mi się kojarzyć przede wszystkim jako jedno z najbardziej
poszkodowanych po katastrofie w nieodległej ukraińskiej elektrowni atomowej w
Czarnobylu.
11.2007
11.2007