poniedziałek, 30 czerwca 2014

Między socjalizmem a kapitalizmem

   Z jednym z weteranów dziennikarstwa wrocławskiego Czarkiem Żyromskim odtworzyłem pewną aferę prasową z 1968 roku, gdy dopiero zaczynałem swoją długą zawodową przygodę z „Gazetą Robotniczą”. Otóż w gorących dniach tzw. Praskiej Wiosny, czyli politycznej liberalizacji nie po myśli towarzyszy radzieckich, „mój” dziennik wydrukował treść depeszy przywódcy komunistów polskich Władysława Gomułki do swojego odpowiednika zza południowej granicy Aleksandra Dubczeka. Jedno ze zdań, w obowiązującej wówczas partyjnej nowomowie, brzmiało: „Czechosłowacja umacnia jedność rodziny krajów kapitalistycznych” (w oryginalnym dokumencie było oczywiście: „socjalistycznych”).

    Zanim odkryto ten wyjątkowo wredny błąd, gazeta była już od kilku godzin w kioskach. Nazajutrz zamiast klasycznego sprostowania, powtórzono depeszę raz jeszcze, już w prawidłowej wersji, a ponadto zamieszczono komunikat o zwolnieniu z pracy redaktora depeszowego Stefana Włodarczyka, odpowiedzialnego za wczorajsze wydanie (podczas gdy tak naprawdę schowano biedaka przed żądającą czyjejś głowy władzą na podrzędniejszym stanowisku w redakcji).

12.2007

niedziela, 29 czerwca 2014

Windą z kardynałem

   13.12.2007 jedni żyli podpisaniem traktatu reformującego Unię Europejską, inni - rocznicą stanu wojennego, a ja - wieczorem wigilijnym w jednej z sal wrocławskiego hotelu Mercure Panorama. Gościem honorowym na tym tradycyjnym spotkaniu członków dolnośląskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP już po raz dziesiąty był kardynał Henryk Gulbinowicz. Mnie - bezbożnikowi - poszczęściło się dwukrotnie. Były metropolita wrocławski nie tylko podszedł do mnie (jak do wszystkich pozostałych uczestników uroczystości) i przełamał się opłatkiem. Wcześniej zupełnie przypadkowo przejechałem się razem z nim windą, przed którą podał mi rękę ze słowem: „uszanowanie”, na co ja: „nawzajem”.

   Regularna obecność księdza Gulbinowicza na wigiliach u dziennikarzy to głównie zasługa zaprzyjaźnionego z nim dolnośląskiego szefa stowarzyszenia - Waldka Niedźwieckiego. Niemal bez przerwy uśmiechnięty, ponad 80-letni już kardynał (są dwie wersje daty jego urodzenia), nie byłby sobą, gdyby nie pożartował. Z właściwym mu poczuciem humoru zareagował m.in. na życzenie, by mógł się z nami spotkać przed Bożym Narodzeniem jeszcze z czterdzieści razy. Poprosił, by „nie opowiadać bajek”. Zarazem jednak przestrzegł, by „nie wywoływać wilka z lasu”, jego przodkowie bowiem bywali wyjątkowo długowieczni, np. pradziad przeżył 107 lat.

12.2007

sobota, 28 czerwca 2014

Kapelusznik Rokita

   Przeprowadzając wywiad z wieloletnim posłem różnych partii politycznych Janem Rokitą, nie mogłem nie zapytać go o jedną stałą część jego ubioru. Odpowiedział, że kapelusze nosi nie dla ozdoby, lecz dla ochrony głowy, zwłaszcza przed słońcem, aby mu ono nie rozmiękczało mózgu.

12.2007

piątek, 27 czerwca 2014

Tylko nie Giertych

   Rozmawiając z niemal 2-metrowym liderem Ligi Polskich Rodzin Romanem Giertychem, nie czułem się komfortowo nie tylko ze względu na swój zaledwie 175-centymetrowy wzrost (nawiasem pisząc: w starym dowodzie osobistym wpisano mi: „wysoki”!). W światku polskiej polityki obłudników rozmijających się z prawdą jest aż nadto, ale akurat ten dżentelmen jest szczególnie negatywnym wzorcem.

12.2007

czwartek, 26 czerwca 2014

Olszewski i Macierewicz

   Dłuższa rozmowa w cztery oczy z przebywającym we Wrocławiu byłym już wtedy premierem Janem Olszewskim utwierdziła mnie w przekonaniu, że to polityk wielce zrównoważony. Tym bardziej więc nie mogę się nadziwić, że to właśnie on „wymyślił” Antoniego Macierewicza na ministra spraw wewnętrznych w swoim rządzie - na własną zgubę.

12.2007

środa, 25 czerwca 2014

Felietonista Korwin-Mikke

   Nie mam wątpliwości: najzdolniejszym dziennikarzem wśród polityków jest ekscentryczny lider Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke. Zauważyłem w bezpośrednich rozmowach z nim, że upaja się oryginalnymi skojarzeniami i zaskakującymi puentami. Widać to zresztą także w jego licznych felietonach. O ile jednak nie mam nic przeciwko konsekwentnemu pisaniu przez niego np. słowa „demokracja” jako „d***kracja” - o tyle mówienie, że władza ma prawo strzelania do strajkujących i innych protestujących, wydaje się mi być przekroczeniem granic nie tylko zdrowego rozsądku, instynktu samozachowawczego również.

12.2007

wtorek, 24 czerwca 2014

Gadane Leppera

   Z polityków spoza Dolnego Śląska, w ostatnich latach bodaj najczęstszym gościem we Wrocławiu był mieszkaniec wsi Zielnowo koło Darłowa, lider Samoobrony Andrzej Lepper. Postać to równie ruchliwa, co wygadana. Zawsze miał czas dla dziennikarzy i nie ukrywam, że lubiłem z nim rozmawiać. Nigdy bowiem nie przynudzał i nie przesadzał z nowomową. A że od czasu do czasu wypsnęło się mu coś nazbyt kompromitującego, jak choćby sławetne: „Czy można zgwałcić prostytutkę?”… Ten nie robi błędów, kto nic nie mówi.

12.2007

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Szkoda Kubackiego

   Wrocławianinowi Rafałowi Kubackiemu mało było tytułu mistrza świata w judo i roli Ursusa w ekranizacji „Quo Vadis”. Próbował jeszcze zrobić karierę polityczną, decydując się nawet na zaskakującą woltę partyjną z Unii Wolności do Samoobrony. Z całkiem prywatnej sympatii do niego chciałem mu pomóc w poprawie nadszarpniętego wizerunku medialnego, gdy ostatnio kandydował na posła z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zaproponowałem kampanię pod hasłem: „Siła argumentu”, ale nie wyraził zainteresowania. Z pewnością przegrałby wybory i z moimi radami, może jednak zyskałby trochę więcej głosów elektoratu.

12.2007

niedziela, 22 czerwca 2014

Przebiegły Schetyna

   Nie dałem się też zwieść charakterystycznemu, pozornie przyjaznemu uśmiechowi lidera dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetyny - obecnego wicepremiera, ministra spraw wewnętrznych i administracji. Dla mnie polityk ten pozostanie przede wszystkim pojętnym uczniem Machiavellego i Richelieu.

12.2007

sobota, 21 czerwca 2014

Kameleon Czarnecki

   Zaczynał od Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, był nawet prezesem tej partii. Skończył (?) w Samoobronie, dzięki której dostał się do Parlamentu Europejskiego. To oczywiście najbardziej znany wrocławski kameleon polityczny Ryszard Czarnecki. Nigdy nie miałem złudzeń, że jego uprzejmość wobec mnie w bezpośrednich kontaktach, to li tylko wyraz jego wyrachowania, a nie autentycznej sympatii.

12.2007

piątek, 20 czerwca 2014

Smektała na serio

   Zdzichu Smektała, kolega z „Gazety Wrocławskiej”, pisze dowcipne felietony i poczucie humoru niewątpliwie ma. Z jednym wyjątkiem: nie potrafi się śmiać z samego siebie. Jest wyjątkowo czuły na krytykę. Wygląda na to, że nie stać go na autoironię.

   Mam przechlapane za wytknięcie mu jednej wady pośród rozlicznych zalet? A niech tam…

12.2007

czwartek, 19 czerwca 2014

Sekunda decyduje

   Jedna chwila potrafi wpłynąć na całe życie. Tę banalną prawdę uzmysławiam sobie szczególnie, ilekroć wspomnę o Ryśku Juszczaku - jednym z moich najbliższych kolegów z czasów juniorskich. Zamarzyła się mu kariera żużlowca. Niestety, szybko uległ ciężkiemu wypadkowi na torze wrocławskiego Stadionu Olimpijskiego. Został kaleką. Żyje z ciągłym bólem.

   Nie ma nic cenniejszego dla człowieka niż jego zdrowie…

12.2007

środa, 18 czerwca 2014

Na kłopoty Szczyrbak

   - Zatelefonuj do niego, on ci na pewno odpowie - radziliśmy sobie nawzajem w redakcji „Gazety Wrocławskiej”, gdy brakowało nam czyjejś opinii „za” lub „przeciw” do rubryki „Pytanie na czasie”.

   Rzeczywiście: Tadeusz Szczyrbak był niezawodny. Ktoś, kto zaliczył kilka diametralnie różnych partii, od lewicowej po prawicowe, nie miał kłopotów, by dać głos na każdy temat i zgodnie z prośbą dziennikarza - na „tak” lub „nie”.

12.2007

wtorek, 17 czerwca 2014

Witek wędrowniczek

   W demokratycznej III RP urodzaj partii taki, że wędrowanie z jednej do drugiej czy piątej nadzwyczajnie nie dziwi. Co innego w PRL, gdy było ich tylko trzy. Znałem działacza, który zaliczył członkostwo we wszystkich! Władysław Witek ze Szklarskiej Poręby zaczynał w Stronnictwie Demokratycznym, potem przepisał się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, by wreszcie wylądować w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. 

12.2007

poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Pisior" - człowiek Schetyny

   Państwo polskie „praktycznie nie istnieje” - stwierdził minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz. Powiedział, co wiedział. Nie wiedział tylko, że jest akurat nagrywany. No i mamy aferę podsłuchową, która może wstrząsnąć III RP.

   Kto nagrywał głosy z politycznego szamba? Rządzący szukają „nieznanych sprawców” w szeregach opozycji.

   Ja na marginesie zwrócę uwagę, że rzecznikiem prasowym MSW jest Paweł Majcher. Wcześniej był dziennikarzem publicznego radia we Wrocławiu, specjalistą od nagrywania polityków. Kiedy zostawał przybocznym ministra Sienkiewicza, próbowano mu przypinać łatkę „pisiora”. Jak go znam ze wspólnego udziału w konferencjach prasowych - równie trafnie mógłby być uznany za człowieka Grzegorza Schetyny, pozostającego w PO w partyjnej niełasce.

   Co napisawszy, odcinam się od wszelkich skojarzeń…

06.2014    

niedziela, 15 czerwca 2014

Adam K. o Adamach K.

   Dwie anegdoty o znajomych dziennikarzach, którzy przypadkowo mają takie same jak ja imię i inicjał nazwiska.

   W młodości jednym z moich najbliższych kolegów był Adam Kilian, specjalizujący się w tematyce gospodarczej. Utrwaliła się o nim opinia, że do napisania artykułu na każdy temat wystarczą mu rocznik statystyczny i wiadro wody.

   Niespecjalnie natomiast fraternizowałem się z Adamem Karolczukiem, uprawiającym dość specyficzną reporterkę. O nim z kolei mówiono, że czytając jego publikacje można prześledzić, w których knajpach bywał, z niemal każdej bowiem wracał do redakcji z tekstami o niezjadliwym żarciu, o kelnerze dopisującym do rachunku datę swego urodzenia itp. krytyką gastronomicznych patologii.

12.2007

sobota, 14 czerwca 2014

Pod pseudonimem

   Nie wszystko, co dziennikarz napisze, ukazuje się w druku pod jego imieniem i nazwiskiem. W moim przypadku najczęściej, zwłaszcza pod krótszymi tekstami, podpisywałem się pseudonimem.

   Początkowo - tylko łatwo rozpoznawalnym (kłyk).

   Wkrótce nastąpił dłuższy okres, w którym niemal codziennie potrafiłem sam zapełniać swoimi informacjami na różne tematy całą stronę w gazecie. Wtedy poszerzyłem repertuar sygnatur o (k-w) i (ada), by czytelnicy mieli wrażenie redagowania kolumny przez przynajmniej parę osób.

   Później występowałem już niemal wyłącznie pod bardziej zaszyfrowanym (pro). Wziętym od pierwszych liter rodowego nazwiska mojej żony.

   Z rzadka decydowałem się też na (ak). Przy czym akurat takim samym skrótem kończyło swoje publikacje kilku innych redakcyjnych kolegów, mających identyczne inicjały swojego imienia i nazwiska.

12.2007

piątek, 13 czerwca 2014

Ksywa "Literat"

   Każdy z nas zazwyczaj miał jakiś pseudonim, nie przez siebie wymyślony. Koledzy szkolni ochrzcili mnie ksywą „Literat”, bo wyróżniałem się w tym towarzystwie w klasówkach z języka polskiego, zarówno w dyktandach, jak i opracowaniach na różne tematy.

12.2007

czwartek, 12 czerwca 2014

Kłykow i Ałykow

   Przez pewien czas w „Gazecie Wrocławskiej” oprócz mnie pracowała także dziennikarka Agata Ałykow. Mimo podobieństwa nazwisk, nawet się nie kolegowaliśmy i byliśmy ze sobą na „pani” i „pan”. Ot, „dzień dobry”, „do widzenia” - i tyle. Czytelnicy jednak czasem nas mylili. A raz nawet redakcyjna księgowa zapisała jej wierszówkę na moje konto (oczywiście pieniądze te zwróciłem).

   Agata ma siostrę - Agnieszkę Ałykow, która z kolei jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”. Jej nie znam zupełnie, ani razu się z nią nie widziałem.

12.2007 

środa, 11 czerwca 2014

Kłyk czyli kieł

   Moje nazwisko pochodzi zapewne od rosyjskiego słowa „kłyk” - kieł. Pozwolę sobie zwrócić uwagę, że to nie tylko jeden z najważniejszych zębów u ssaków, to także zaczątek rośliny kwiatowej. A więc i coś groźnego, i coś ładnego w jednym. Łącznik, jak sądzę, dwóch cech mojego charakteru, różnego dla wrogów i dla przyjaciół.

   Jeśli się dobrze orientuję, w Rosji najbardziej dziś znanym Kłykowem jest jeden z czołowych tamtejszych rzeźbiarzy o imieniu Wiaczesław. Jego dziełem jest m.in. pomnik generała Żukowa przy placu Czerwonym w Moskwie.

12.2007

wtorek, 10 czerwca 2014

Nerka do wzięcia

   Oddać własną nerkę po swojej śmierci? Jeśli miałaby ona uratować komuś życie - proszę bardzo!

12.2007 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Fanka

   Miałem jedną szczególnie miłą Czytelniczkę moich dziennikarskich felietonów. Była nią mieszkająca niegdyś we Wrocławiu szkolna bibliotekarka Lidia Jasińska. Kobieta, która sama nie tylko pisała i wydawała, ale także sprzedawała tomiki swoich aforyzmów, w większości na temat szeroko rozumianych stosunków damsko-męskich. Ja miałem zaszczyt otrzymywać jej dziełka w prezencie, ze specjalnymi dedykacjami na dodatek. Raz nawet dostałem także mój portret, własnoręcznie przez nią namalowany.

12.2007 

niedziela, 8 czerwca 2014

Prorok jakiś

   Pracując w Bydgoszczy w Dzienniku Wieczornym, współorganizowałem z tamtejszą firmą estradową cykl imprez rozrywkowych dla Czytelników pod hasłem „Urodziny u rodziny”. Na jednym z koncertów wystąpiło dwoje młodych piosenkarzy z Poznania. W duecie tym zwracała uwagę głównie dziewczyna. Wyróżniała się i głosem, i urodą. - Ona może zrobić karierę - prorokowałem za kulisami. Sprawdziło się. Wkrótce o Hannie Banaszak usłyszała cała śpiewająca Polska.

12.2007 

sobota, 7 czerwca 2014

Taki sobie szachista

   W szachy nauczyłem się grać razem z 6-letnim wtedy synem Łukaszem, korzystając z podręcznika napisanego dla dzieci przez Mirosławę Litmanowicz. Lepiej późno niż wcale.

   W przeciwieństwie do syna, nie mogę się pochwalić nadzwyczajnymi wynikami. Co prawda już na pierwszym rankingowym turnieju klasyfikacyjnym, w którym startowałem, wywalczyłem od razu trzecią kategorię zawodniczą (inni zaczynają przeważnie od piątej), a po kolejnym awansowałem na drugą - na tym jednak stanąłem, zatrzymując się w rozwoju.

   Duży sukces osiągnąłem jako działacz, gdy w wyborach do zarządu Dolnośląskiego Okręgowego Związku Szachowego w tajnym głosowaniu zebrałem największą liczbę głosów spośród wszystkich kandydatów. Prezesem został wtedy biznesmen Grzegorz Antkowiak, właściciel sieci kantorów wymiany walut „Gant”, klasyfikowany na liście stu najbogatszych Polaków.

12.2007 

piątek, 6 czerwca 2014

Wyswatałem

   Gdzieś w swoim domowym archiwum przechowuję niecodzienny list, który otrzymałem od pewnego małżeństwa. Podziękowali mi w nim za to, że ich ze sobą poznałem i teraz są szczęśliwą parą. Oboje skorzystali z prasowego zaproszenia na jedno ze spotkań singli w Klubie Samotnych, który zorganizowałem pod patronatem „Gazety Robotniczej” i we współpracy z Dzielnicowym Domem Kultury „Starówka” we Wrocławiu.  Przyszli na imprezę osobno, na niej coś między nimi zaiskrzyło, po czym wyszli już razem, na wspólną drogę życia (zabrzmiało patetycznie, ale niech tak zostanie).

12.2007

czwartek, 5 czerwca 2014

Błazen i profesor

   Bardzo mile wspominam też wywiad, udzielony mi podczas jednego z pobytów we Wrocławiu przez Aloszę Awdiejewa.  - Z powołania jestem błaznem - mówi o sobie ten rosyjski artysta z polskim obywatelstwem. Poza rozśmieszaniem publiki jest on jak najbardziej poważnym doktorem habilitowanym nauk humanistycznych. Pracuje na stanowisku profesora w Wydziale Studiów Politycznych i Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

12.2007

środa, 4 czerwca 2014

Nocą z Daukszewiczem

   Jestem bardziej rannym ptaszkiem niż nocnym markiem. Łazikowanie po Wrocławiu późną porą to u mnie rzadkość. Chyba że spacer zaproponuje tak sympatyczny gawędziarz, jak satyryk Krzysztof Daukszewicz. Kiedy skończyłem wywiad z nim po jednym z jego recitali we Wrocławiu, była już północ. Mój rozmówca miał jeszcze ochotę na relaksową przechadzkę po malowniczo iluminowanym Ostrowie Tumskim. A ponieważ towarzyszący mu muzycy wrócili do hotelu wcześniej i zostaliśmy za kulisami we dwójkę, zgodziłem się - zresztą z przyjemnością - na rolę przewodnika.

12.2007

wtorek, 3 czerwca 2014

Nie do pogodzenia

   Jakże trudno pogodzić osobistą znajomość z politykiem i  pisanie o nim z dziennikarską uczciwością… Przykładem Jan Chaładaj, absolwent Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, działacz ruchu młodzieżowego w tym mieście, później m.in. wiceminister gospodarki.

   W kampanii wyborczej do Sejmu w 2001 bardzo zabiegał u mnie o publicity. Chociaż kandydował na posła z pozycji lidera listy koalicji Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy we Wrocławiu - obawiał się prestiżowej porażki ze startującą z dalszego miejsca Hanną Gucwińską z miejscowego zoo. Co prawda niegdyś też był związany z Dolnym Śląskiem, ale teraz miał etykietkę tzw. spadochroniarza spod Warszawy (mieszka w Komorowie po sąsiedzku z piosenkarką Natalią Kukulską i jest ojcem chrzestnym jej syna - też Jasia). Ostatecznie w wyborach udało się mu z Gucwińską nieznacznie wygrać, mandat zresztą zdobyli oboje. Z rozmiarów zwycięstwa nie mógł być zadowolony, jednak odetchnął z ulgą.

   A potem, gdzieś w połowie kadencji, zdarzyła się głośna afera z głosowaniem Chaładaja w Sejmie „na cztery ręce”, za siebie i nieobecnego sąsiada. - Dałem dupy - przyznawał dosadnie poniewczasie.  Musiałem o jego głupiej wpadce (został przyłapany na podwójnym głosowaniu w sprawie, w której takie oszustwo nie miało żadnego wpływu na wynik) pisać wielokrotnie. W rezultacie nasze kontakty urwały się.

12.2007

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Z walącym się murem w tle

   Kiedy 12.11.1989 wybierałem się do byłej posiadłości antynazistowskiego hrabiego von Moltke w Krzyżowej sprawozdawać dla „Gazety Robotniczej” pamiętną „mszę pojednania” z udziałem Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla, nie zdawałem sobie w pełni sprawy z historycznego znaczenia tego spotkania. Wracając do redakcji, zapamiętałem głównie panujące tego dnia przenikliwe zimno, zakatarzonego niemieckiego kanclerza, głośno czyszczącego sobie nos przy pomocy wielkiej jak flaga białej chusty, i jeszcze inny humorystyczny, mimo powagi chwili, moment, gdy potężnej postury gość wymieniał znak pokoju z wątłym fizycznie gospodarzem, polskim premierem.

   Działo się to akurat w czasie, gdy ostatecznie walił się mur berliński. Jeszcze tydzień wcześniej nikt rychłego zburzenia tamtej złowrogiej budowli nie mógł przewidzieć. 

12.2007

niedziela, 1 czerwca 2014

Szwed - mój przyjaciel

   Bodaj z nikim innym nie spędziłem w pracy dziennikarskiej w terenie tyle czasu, ile z fotoreporterem „Gazety Robotniczej” Tadziem Szwedem. Chętnie m.in. obsługiwaliśmy razem bale sylwestrowe, kilkakrotnie więc pierwsi składaliśmy sobie nawzajem życzenia noworoczne.

   Dobrze się uzupełnialiśmy. Nie tylko służbowo, kiedy on robił zdjęcia, a ja - notatki do wspólnych tematów. Także prywatnie: on lubił ponarzekać, ja potrafiłem cierpliwie go słuchać. Im był starszy, tym gorzej znosił zwłaszcza redakcyjne „wyścigi szczurów” i niedocenianie jego profesjonalizmu przez młodszych szefów redakcji.

  Zmarł w 1999, a jakiejś tam satysfakcji doczekał w 2001. Odtąd coroczna nagroda dziennikarska dla najlepszego dziennikarza dolnośląskiego jest jego - redaktora Tadeusza Szweda – imienia.

12.2007