środa, 31 grudnia 2014

Kolegia

   Za moich czasów zebrania redakcyjnego kolegium w „Słowie Polskim-Gazecie Wrocławskiej” odbywały się zazwyczaj dwa razy dziennie. Rano ocenialiśmy najnowszy wydrukowany numer (rzadziej wpadając w zachwyt, częściej wytykając błędy) oraz planowaliśmy kolejne wydanie (koncentrując się na tematach kreowanych, na wypadek braku samograjów - ważnych wydarzeń bieżących). Po południu omawialiśmy wstępne, uzupełniane potem do późnego wieczora, makiety poszczególnych kolumn i ewentualnie łataliśmy dziury na niektórych stronach, urządzając czasem łapanki na autorów („Napisz coś o…”). Ot, redakcyjny kołowrót. W dzienniku to powtarzające się niemal co dobę, swoiste perpetuum mobile.

   Mimo koordynujących dziennikarską robotę kolegiów, zdarzało się nam np. wydrukować - bardzo rzadko, ale jednak - ten sam tekst dwukrotnie. Bywało, że w tym samym numerze!

05.2008

wtorek, 30 grudnia 2014

Cztery redakcje, jeden redaktor naczelny

   Gdy pod koniec 2003 wydawnictwo Polskapresse zadecydowało o połączeniu „Gazety Wrocławskiej”, „Słowa Polskiego” i „Wieczoru Wrocławia” w jeden tytuł, jego dotychczasowi redaktorzy naczelni zostali zdenominowani do roli zastępców jednego nowego szefa tych trzech redakcji naraz. Został nim „spadochroniarz” Julian Beck. Zarazem nie przestał on kierować na odległość „Dziennikiem Łódzkim”. Jego poczwórne rządy trwały pół roku, aż do pełnego rozruchu „Słowa Polskiego-Gazety Wrocławskiej”.

   Trudno mi się było do Becka przyzwyczaić. Zwłaszcza że miewał dość specyficzne preferencje tematyczne, czego doświadczałem jako redaktor kolumn z wiadomościami z kraju i ze świata. Uwielbiał np. czytać wszystko o królowej Wielkiej Brytanii Elżbiecie II. Nie ukrywał wtedy rozanielenia. Źle natomiast przyjmował choćby wzmianki o żonie ówczesnego prezydenta RP - Jolancie Kwaśniewskiej. Nazywał ją przy mnie (ani bracie, ani swacie) „głupią babą”.

   Zaskoczył wszystkich w redakcji, gdy raz polecił mi przerobić gotową już stronę i umieścić na czołówce wcale tego dnia nie najważniejszy materiał o Tomaszu Lisie. Ten znany dziennikarz telewizyjny został wówczas zawieszony w pracy w TVN m.in. dlatego, że był wysoko notowany we wstępnych sondażach potencjalnych kandydatów na nowego prezydenta RP. Wyprzedzała go tylko - tak się jakoś złożyło - Jolanta Kwaśniewska. Nie uniknąłem nazajutrz pytań niezorientowanych kolegów, czemu zrobiłem Lisowi kampanię wyborczą. „Szef kazać” - wyjaśniałem im pół żartem, pół serio.

   Czasem odpowiadało mi poczucie humoru Becka, choć wyglądało ono w pewnych sytuacjach na powtarzalne. Np. kiedy wchodził spóźniony na nasiadówki redakcyjnego kolegium, miał zwyczaj pytać na powitanie: „Cośmy już zdążyli uchwalić”.

   Panta rhei… Tomasz Lis na prezydenta w 2005 jednak nie kandydował, zdążył natomiast zaliczyć także Polsat i wrócić do telewizji publicznej. Jolanta Kwaśniewska też zrezygnowała ze startu w tych wyborach i stała się osobą prywatną. Julian Beck - człowiek pozornie nie do zastąpienia - trzy lata po niepodzielnych rządach we wrocławskich dziennikach został zdymisjonowany zarówno z funkcji wiceprezesa Polskapresse, jak i redaktora naczelnego „Dziennika Łódzkiego”. I tylko Elżbieta II, niczym jedyny symbol trwałości, jak królowała, tak miłościwie panuje (a może raczej damuje?) nadal.
 
05.2008

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Komplemenciarz

   Jacka Czynajtisa w roli prezesa Domu Wydawniczego „Gazeta Wrocławska” wspominam mile. Dał się lubić, potrafił mobilizować do roboty komplementami. Np. podczas jednego z towarzyskich spotkań integracyjnych całego zespołu redakcyjnego (odbywały się takowe w weekendy, mniej więcej raz w roku, w Szklarskiej Porębie, Sobótce i innych atrakcyjnych miejscowościach) wyznał wobec wszystkich obecnych, że wierną czytelniczką moich felietonów jest jego żona. Którą zresztą nigdy nie miałem przyjemności poznać osobiście.

05.2008

niedziela, 28 grudnia 2014

Och, szwagier!

   Staszek Drozdowski miał być człowiekiem kina. Jako drugi reżyser, współtworzył m.in. filmy „Och, Karol!”, „Kogel-mogel”, „Chce mi się wyć”, „Konsul” i „Szeszele”.

   Ponieważ ma szwagra Andrzeja Bułata, który w 1991 był redaktorem naczelnym „Gazety Robotniczej” – Staszek stał się dziennikarzem. A pracę w tej redakcji zaczął od afery z komiksem - o tyle nietypowym, że nie rysunkowym, lecz fotograficznym.

   Działo się to w czasach, kiedy „Gazeta Robotnicza” nie była już organem prasowym upadłej PZPR, lecz spółdzielnią dziennikarską z Bułatem jako jej prezesem. Piątkowy „Magazyn Tygodniowy GR” wciąż sprzedawał się w nakładzie ponad pół miliona egzemplarzy. Co prawda sukces czytelniczy nie szedł w parze z reklamowym, ale jeszcze w 1992 spółdzielnia odnotowywała znaczące zyski. Wtedy jednak zarząd - celowo lub wskutek nieudolności - szybko doprowadził do poważnych strat, inwestując kupę pieniędzy w kontrowersyjny pomysł wydania fotograficznego komiksu autorstwa Drozdowskiego.

   Działania sterników spółdzielni (powtarzam za książką pt. „Media i władza” pod redakcją Piotra Żuka, za zamieszczoną tam publikacją „Wolna prasa w niewoli” autorstwa dziennikarzy ukrytych pod pseudonimami Beata Kowalska i Adam Nowak) miały wszelkie znamiona nielegalnego wyprowadzania pieniędzy z firmy. Sporą częścią budżetu przy produkcji komiksu były bowiem rekwizyty (samochód, meble) i kostiumy (markowa odzież), których nie rozliczono, lecz przekazano w wieczyste użytkowanie ekipie realizatorskiej i wykonawcom. Wówczas ten rodzaj finansowych nadużyć nie był jeszcze procederem dobrze znanym organom ścigania. Natomiast przeciwnicy takiego stylu gospodarowania spółdzielczą kasą nie wpadli na pomysł, by za niegospodarność złożyć na swego prezesa obywatelskie doniesienie do prokuratury.

   Tymczasem komiks okazał się bublem, którego mało kto chciał kupić. Zdecydowana większość nakładu zaległa w magazynie i aby nie pomnażać strat o systematycznie rosnące koszty składowania, przekazano w końcu tę makulaturę do przemielenia na papier toaletowy.

   Nieszczęsny komiks okazał się gwoździem do trumny: spółdzielnia dziennikarska popadła w poważne długi. Wówczas jej kierownictwu z Bułatem na czele udało się wmówić mi i innym szeregowym członkom, że jedynym ratunkiem przed całkowitą likwidacją „Gazety Robotniczej” będzie powołanie spółki z niemieckim wydawcą Verlagsgruppe Passau jako głównym udziałowcem. Co też się stało. Bawarscy kapitaliści przejęli redakcję niemal za bezcen.

   W 2002 Drozdowski awansował na redaktora naczelnego „Gazety Wrocławskiej”. Poprzednio, już po wpadce z komiksem, był w niej głównie dziennikarzem sportowym o - trzeba to przyznać - encyklopedycznej znajomości tematyki, którą się zajmował.

   W 2004 Drozdowski miał nadzieję - zresztą nie tylko on - że „komisarz” z centrali wydawnictwa Polskapresse Julian Beck namaści go na szefa organizowanego wówczas „Słowa Polskiego – Gazety Wrocławskiej. Został jednak skutecznie wydymany przez Agnieszkę Niczewską, robiącą karierę „po trupach” potencjalnych konkurentów.

   W 2005 Drozdowski założył we Wrocławiu tygodnik „Piątek”, obejmując funkcję jego redaktora naczelnego. Po bodajże ośmiu wydanych numerach tytuł padł.

   W 2007 Drozdowski odnalazł się w Warszawie, gdzie został pełniącym obowiązki redaktora naczelnego „Super Expressu”. Obecnie jest pierwszym zastępcą redaktora naczelnego tego tabloidu, który pod jego rządami zanotował wzrost czytelnictwa.

   Drozdowski trafił tam zapewne za protekcją Jacka Czynajtisa - wiceprezesa zarządu i dyrektora handlowego spółki Murator, wydającej m.in. „Super Express”. Żadni z nich szwagrowie. Tyle tylko, że kilka lat wcześniej Drozdowski został nominowany na szefa „Gazety Wrocławskiej”, gdy wydawnictwem przy tej redakcji kierował właśnie Czynajtis. Zwyczajni kumple, po prostu.

   Prywatnie normalny Staszek jest facetem nader sympatycznym i można się z nim sensownie dogadać. Kiedy jednak ktoś lub coś go wnerwi, dostaje ataku wścieklizny i wtedy lepiej unikać bezpośredniego kontaktu. Taki doktor Jekyll i mister Hyde…

04.2008

sobota, 27 grudnia 2014

Szefowie w roli dziennikarzy

   Inaczej wygląda lista moich redakcyjnych szefów, ułożona na podstawie oceny ich talentów pisarskich - czysto dziennikarskich. Tu najwyżej sklasyfikowałem równie świetnego publicystę, co felietonistę. Na podium umieściłem też wybitnego niemcoznawcę i mistrza Polski żurnalistów w ortografii.

   1. Maciej Wełyczko

   2. Julian Bartosz

   3. Andrzej Bułat

   4. Zdzisław Balicki

   5. Aleksander Kubisiak

   6. Stanisław Drozdowski

   7. Agnieszka Niczewska

   8. Iwona Zielińska

   9. Zbigniew Gapiński

   10. Mieczysław Zawadowski

   11. Witold Lassota

   12. Julian Beck

   13. Zdzisław Urbanek

   14. Wiesław Mielcarski
 
04.2008

piątek, 26 grudnia 2014

Ranking redaktorów naczelnych

   Ulegając modzie na tworzenie różnych list (od „przebojów” do „Macierewicza”), spróbowałem sklasyfikować swoich redaktorów naczelnych (od najlepszego do najgorszego). W tym subiektywnym rankingu szefów, w którym wziąłem pod uwagę głównie ich umiejętności kierowania zespołem, przodują dwaj, prominentni w tamtych czasach, politycy: pierwszy reprezentował Stronnictwo Demokratyczne, drugi - Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.

   1. Witold Lassota - „Ilustrowany Kurier Polski”, Bydgoszcz

   2. Zdzisław Balicki - „Gazeta Robotnicza”, Wrocław

   3. Maciej Wełyczko - „Panorama Dolnośląska”, Wrocław

   4. Mieczysław Zawadowski - „Gazeta Robotnicza”

   5. Zbigniew Gapiński - „Dziennik Wieczorny”, Bydgoszcz

   6. Zdzisław Urbanek - Polskie Radio, Bydgoszcz

   7. Andrzej Bułat - „Gazeta Robotnicza” i „Gazeta Wrocławska”

   8. Stanisław Drozdowski - „Gazeta Wrocławska”

   9. Iwona Zielińska - „Gazeta Wrocławska”

   10. Julian Bartosz - „Gazeta Robotnicza”

   11. Aleksander Kubisiak - „Gazeta Robotnicza”

   12. Julian Beck - „Słowo Polskie-Gazeta Wrocławska”

   13. Agnieszka Niczewska – „Słowo Polskie-Gazeta Wrocławska”

   14. Wiesław Mielcarski - „Gazeta Wrocławska”
 
04.2008

czwartek, 25 grudnia 2014

Apostołowie idiotami?

   Poważany dziennikarz katolicki Jan Turnau podzielił się z czytelnikami informacją, że będąc sekretarzem profesorów biblistów trzech wyznań chrześcijańskich (także prawosławnego i protestanckiego), wspólnie przekładających Nowy Testament z greki na język polski - odkrył, że w oryginale Dziejów Apostolskich święci Piotr i Jan, najbliżsi współtowarzysze Jezusa Chrystusa, byli niepiśmiennymi „idiotai”. Ten jednoznacznie dziś brzmiący przymiotnik postanowiono przetłumaczyć na: „ludźmi prostymi”.

04.2008

środa, 24 grudnia 2014

Do i od Boga: chrystolog apostatą

   Poczytałem sobie co nieco (wiedza ubogaca) o profesorze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Tomaszu Węcławskim (od 2008 - Tomaszu Polaku).

   O człowieku, który był znanym księdzem rzymskokatolickim. Moralnym autorytetem. Wybitnym teologiem. Autorem m.in. popularnego podręcznika akademickiego do chrystologii.

   Intelektualista ten z własnej woli przestał być kapłanem, stał się apostatą. 21 grudnia 2007, w wieku 55 lat, publicznie wyrzekł się nie tylko Kościoła, ale i wiary. Zanegował boskość Jezusa Chrystusa, a religię katolicką uznał za fałsz. Został ekskomunikowany.

   Co o tym sądzić mnie - agnostykowi, umiejscowionemu gdzieś między wiarą a rozumem - bliżej jednak rozumu niż wiary? Niezbadane są wyroki ludzkie…
 
04.2008

wtorek, 23 grudnia 2014

Ze żłobka Bonda i Norrisa

   W portalu internetowym Nasza Klasa znalazłem profil syna Łukasza i… dowiedziałem się o nim kilku nieznanych mi dotychczas szczegółów. Że w latach 1970-74, a więc przed swymi narodzinami w 1978, był członkiem „żłobka o profilu kształcenia nieletnich agentów specjalnych” pod patronatem Jamesa Bonda, z wychowawcą Chuckiem Norrisem. Że w liceum - to już na poważnie - miał ksywę „Kłykcio”. I że w Akademii Ekonomicznej studiował nie tyle informatykę i zarządzanie (tak jakoś sobie utrwaliłem w pamięci), co zarządzanie i marketing.

   Swoją edukacyjną drogę Łukasz opisuje tak:

   1984-1992: Szkoła Podstawowa nr 6 w Jeleniej Górze i Szkoła Podstawowa nr 65 we Wrocławiu.

   1992-1996: III Liceum Ogólnokształcące we Wrocławiu.

   Akademia Ekonomiczna we Wrocławiu, kierunek: zarządzanie i marketing, 5-letnie studia dzienne.

   Ewangelikalna Wyższa Szkoła Teologiczna (dawne Biblijne Studium Teologiczne) we Wrocławiu, kierunek: teologia, 3-letnie studia dzienne.

   I dodaje oławską filię wrocławskiej Szkoły Praktycznego Języka Angielskiego „Eagle”, w której jest już nie uczniem, lecz nauczycielem.

   Na pytanie: „Czym się aktualnie zajmuję”, odpowiada: „Pracuję jako pastor w Kościele Chrześcijan Baptystów. Poza tym jestem instruktorem szachowym, uczę języka angielskiego i parę innych rzeczy…”.

   Natomiast w rubryce: „O sobie” odnotował: „Jestem człowiekiem, który doświadczył prawdziwości słów JEZUSA CHRYSTUSA „Ja przyszedłem, aby (ci, którzy MI zaufają) mieli życie – i mieli je w obfitości”. Moje hasło to: „BÓG, szachy& rock’n'roll!”. Pozdrawiam!!! :)”.
 
04.2008

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Czarna owca

   Koledzy po fachu znanej dziennikarki śledczej Doroty Kani wspominają, jak wykrzykiwała ona na całą redakcję: „Mam aferę!”. Gdy ktoś dopytywał: „Jaką?”, odpowiadała: „Jeszcze nie wiem. Jadę po kwity”.

   To rzeczywiście bulwersujący przykład zawodowego cynizmu. Szkoda tylko, że głośno potępiany dopiero po ujawnieniu afery z pożyczeniem przez Kanię 245 tys. zł od teściowej przebywającego w tym czasie w areszcie lobbysty Marka Dochnala…

04.2008

niedziela, 21 grudnia 2014

Szefowski trójkąt

   Na przełomie wieków redaktorami naczelnymi trzech głównych dzienników dolnośląskich były osoby tworzące prywatnie małżeński trójkąt. „Słowu Polskiemu” szefował Piotr Adamczyk, „Gazecie Wrocławskiej” – jego pierwsza żona Iwona Zielińska, a regionalnemu wydaniu „Gazety Wyborczej” – jego druga żona Barbara Piegdoń.

04.2008

sobota, 20 grudnia 2014

Dołowanie "Gazety Wrocławskiej"

   ”Gazeta Wrocławska” jest najgorzej „czytającym się” dziennikiem regionalnym w Polsce. Tak to, niestety, wynika z najnowszych badań PBC General.

   Pod względem poczytności „Gazeta Wrocławska” (13,04 proc.) przegrywa na Dolnym Śląsku zarówno z „Gazetą Wyborczą” (20,58 proc.), jak i „Faktem” (17,20 proc.). Żaden dziennik regionalny w innych województwach nie daje się wyprzedzić aż przez dwa tytuły prasy ogólnopolskiej.

   Moim zdaniem, „Gazeta Wrocławska” najbardziej zadołowała za czasów rządów Andrzeja Bułata na początku lat 90. XX wieku, gdy żegnała się ze starym tytułem – „Gazeta Robotnicza”. Przekształcając się, skutecznie odzwyczaiła od siebie wielu dotychczasowych czytelników, na czym najbardziej skorzystała „Gazeta Wyborcza”.

   Zwróciłem uwagę, że zdecydowanie najpoczytniejszym dziennikiem w swoim regionie jest zielonogórska „Gazeta Lubuska”, z imponującym wskaźnikiem 51,44 proc. Redaktorem naczelnym jest tam była szefowa „Gazety Wrocławskiej” Iwona Zielińska, a sekretarzem redakcji - były wiceszef tejże redakcji Maciek Wilczek.

   Czy gdyby Zielińska i Wilczek nadal kierowali „Gazetą Wrocławską”, to miałaby ona poczytność „Gazety Lubuskiej”? Sądzę, że wątpię. Poczytność raczej nie zależy aż tak bardzo od tego, kto redaguje dany tytuł. Bardziej liczą się imponderabilia.

04.2008

piątek, 19 grudnia 2014

Czas i pieniądz

   Zauważyliście, że w hipermarketach, gdzie natrętnie rzucają się w oczy reklamy promocji, nie ma na widoku żadnego zegara? Ile tam straciliśmy czasu (i pieniędzy), uświadamiamy sobie zazwyczaj dopiero przy kasie - z wydruku na paragonie.

   Zapewne wytknie mi ktoś, że przecież niemal każdy klient ma jakiś zegarek przy sobie. Jednak czy w szale zakupów mamy czas pomyśleć o kontrolowaniu, która jest godzina (i ile nas ta rozpusta kosztuje)?

04.2008

czwartek, 18 grudnia 2014

Biznes nie dla mnie

   Wydaje się, że to najprostsza recepta: chcesz być bogaty, zajmij się biznesem. Ba! Jak jednak sobie poradzić z pewnymi dylematami moralnymi? Z przeświadczeniem, że - skoro jestem z biednej rodziny - pierwszy milion powinienem ukraść? Albo dorobić się fortuny na cudzej krzywdzie, wyzyskując innych ludzi? Przy takich rozterkach, jedynym uczciwym sposobem na wielkie pieniądze pozostaje mi gra w lotto i liczenie na szczęście.

04.2008

środa, 17 grudnia 2014

Babiniec

   W gorącym społecznie i politycznie roku 1980 przedłożyłem szefostwu redakcyjnej centrali we Wrocławiu pisemną „Informację o oddziale wojewódzkim „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze”.

   Miał on - nie licząc współpracowników - 4-osobową obsadę. Służbowo podlegały mi dziennikarki Bożena Bryl i Halina Szegżda oraz sekretarka Marzena Szymańska.

   Nieprzypadkowo skierowałem taki oto wniosek: „Brakuje przede wszystkim jeszcze jednego pełnoetatowego dziennikarza, koniecznie mężczyzny. Wówczas oddział, oprócz pełnienia swojej zasadniczej i bardzo czasochłonnej funkcji informacyjnej, mógłby szerzej podejmować tematy publicystyczne”.

   Poprzestano na tzw. posiłkach, czyli delegowaniu do pomocy dziennikarzy z Wrocławia i częstszym podsyłaniu do Jeleniej Góry samochodu służbowego na wyjazdy „w teren”.
 
04.2008

wtorek, 16 grudnia 2014

Uczynny imiennik

   Z czasów rezydowania w Jeleniogórskim Ośrodku Prasowym mile wspominam sąsiedzką współpracę z Adasiem Pierzchałą, gdy był on redaktorem naczelnym „Nowin Jeleniogórskich”. Podobnie jak z jego poprzednikiem Staszkiem Pelczarem, także z nim nie miałem żadnego poważniejszego nieporozumienia.

   Gdyby było inaczej z jego punktu widzenia, chyba bym to odczuł. Pierzchała bowiem, na co dzień bardzo spokojny i uczynny wobec wszystkich wokoło, po alkoholu potrafił zachowywać się niezbyt przyjemnie wobec osób, z którymi miał jakieś porachunki.

   Niekiedy woziłem się samochodem Adasia, kiedy on akurat jechał do Wrocławia i z powrotem. Pozostaje jedną z nielicznych osób, której jestem coś dłużny. Za benzynę. Zazwyczaj dbałem o to, by nie mieć komukolwiek cokolwiek do spłacenia - dlatego tak dobrze pamiętam, że akurat z tym moim imiennikiem mam rachunek z nieuregulowaną rubryką „winien”.

   A poza tym… podobała się mi jego córka. I imponowała też, bo znała język szwedzki.
 
04.2008

poniedziałek, 15 grudnia 2014

To się czyta!

   Żyje we Wrocławiu dziennikarz, którego autentycznie podziwiam za charakter pisma. W twórczym tego pojęcia znaczeniu. W jego felietonach nie ma łatwizny w graniu na emocjach niewybrednego czytelnika. Nie ma agresywnej złośliwości. Jest - emanująca na czytelnika myślącego - pogoda ducha. Jest wyrozumienie dla niedoskonałości ludzkiej natury. A wszystko to autorstwa człowieka z czarującym poczuciem ciepłego humoru. Wyrażającego swoje refleksje bez egzaltacji czy infantylizmu, niełatwych do uniknięcia przy takich łagodnych klimatach. Gdyby miał on okazję współpracować z Jeremim Przyborą i Jerzym Wasowskim - może mieliśmy „starszych panów trzech”? Moim zdaniem, pasowałby do tej pary.

    Tym dziennikarzem jest Andrzej Górny, obecnie drukujący się w „Gazecie Wrocławskiej”. Ma on swoich zaprzysięgłych fanów również jako redaktor „Jaj” Grubego - oryginalnych krzyżówek dla amatorów zaskakujących skojarzeń.

   Uważany jest w dziennikarskim światku za znakomitego znawcę „Ogniem i mieczem”, „Potopu” i „Pana Wołodyjowskiego”. Nie sprawdzałem, bom z Trylogii Sienkiewicza cienki.

   Pewnego razu - jakoś zapamiętałem ów szczegół - chodził po redakcji i dociekał, co oznacza „pantałyk” występujący wyłącznie w związku frazeologicznym „zbić kogoś z pantałyku” (w sensie: zbić z tropu, pozbawić pewności siebie, wprawić w zakłopotanie, zmieszać). Pytał o to i mnie, ale sensownej odpowiedzi nie dostał.
 
04.2008

niedziela, 14 grudnia 2014

Kupa śmiechu

   W intermedialnej rywalizacji na najgłupszy żart primaaprilisowy zasłużone zwycięstwo należy się tym razem TVP 1. W głównym wydaniu 1-kwietniowych „Wiadomości” poinformowano, że każdy emeryt lub rencista, z dochodem poniżej tysiąca złotych miesięcznie, otrzyma za darmo 42-calowy telewizor plazmowy, jeśli udokumentuje, że ma opłacony abonament rtv.

   Tak telewizja publiczna zadrwiła sobie ze swoich chlebodawców, na dodatek tych najbiedniejszych i najsłabszych, z których niejeden dał się nabrać na ten koszmarny dowcip, wystawiając się na pośmiewisko różnym tępakom. Zdumiewający przykład schamienia!
 
04.2008

sobota, 13 grudnia 2014

Dekomunizacja pieśni starszej od komunizmu

   Od żony – nauczycielki muzyki dowiedziałem się, jak to jeden z pedagogów, śpiewając przy dzieciach znaną pieśń myśliwską: „Pojedziemy na łów…”, zamienił słowa „towarzyszu mój” na „przyjacielu mój”.

   Zauważyłem z rozbawieniem, że powinno się też zdekomunizować np. „towarzyszy broni” (znaczy – żołnierzy tak o sobie mówiących), „towarzyszy sztuki drukarskiej” (jak siebie nazywali zecerzy, gdy w młodości byłem krótko jednym z nich), a nawet Koreańczyków z „Samsunga” (czyli tych południowych, nie północnych) za umieszczanie na powitalnym ekranie smartfona Galaxy napisu „Life companion” (Towarzysz życia).

    Żona dodała, że pieśń „Pojedziemy na łów…” pochodzi z połowy XVII wieku. Nie ma zatem nic wspólnego ze znacznie później zaistniałą ideologią marksistowską.

   Tak to jest, gdy komuś każdy „towarzysz” kojarzy się tylko i wyłącznie z członkiem. Partii komunistycznej, ma się rozumieć.
 
12.2014

piątek, 12 grudnia 2014

Domator

   Jestem odludkiem czy ideowcem? – zastanawiam się, gdy kolejny raz, dziękując koleżankom i kolegom z dolnośląskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za pamięć i zaproszenie na organizowane przezeń okolicznościowe imprezy, pozostaję w domu. Chyba jednym i drugim naraz…

   Znów np. nie będzie mnie na tradycyjnym spotkaniu wigilijnym z udziałem księdza. Kiedy byłem na takiej przedświątecznej wieczerzy ostatni raz i opłatkiem ze mną dzielił się powszechnie lubiany (nawet przez niewierzących) kardynał Henryk Gulbinowicz, ja – agnostyk – czułem się nazbyt nieswojo, nieco obłudnie.

   Od pewnego czasu jestem nieobecny również na całkowicie świeckich spotkaniach towarzyskich byłych pracowników Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego. Tam z kolei ja – abstynent – źle się czułem wśród pijących i nawet ciekawe rozmowy (zapamiętałem zwłaszcza tę w cztery oczy z goszczącym u nas – dziennikarzy – ówczesnym ministrem obrony narodowej Jerzym Szmajdzińskim, który nie ukrywał wtedy trudnych relacji ze swym przyjacielem, zwierzchnikiem sił zbrojnych, prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim).

   W ogóle nie uczestniczę w dorocznych, organizowanych we Wrocławiu mistrzostwach dziennikarzy w strzelectwie. Bom… zdeklarowany pacyfista.

12.2014

czwartek, 11 grudnia 2014

Co mi zagrać na pożegnanie

   Obudziłem się 10.12.2014 o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć, bo zacząłem myśleć, co rodzinka powinna mi zagrać na… moim pogrzebie, po uprzednim spopieleniu. Inspiracją było niedawne pożegnanie również skremowanego aktora Stanisława Mikulskiego, który identycznie jak wcześniej kardiochirurg Zbigniew Religa, zamiast księdza i pieśni religijnych, zażyczył sobie świeckiego celebranta i „What a wonderful world” Louisa Armstronga.

    Po obudzeniu się żony, zakomunikowałem jej wolę odtworzenia na swoim pogrzebie „Do kołyski” Dżemu. Ślubna – skądinąd muzykolog – zareagowała… śmiechem. Bynajmniej nie dlatego, że w tekście wybranego utworu jest też coś o Bogu, w którego nie wierzę. Poważniej przyjęła życzenie alternatywne, by puścić przez głośnik „In memoriam” Steve Hacketta. Jak nagram na płytkę, to usłyszę w zaświatach.

12.2014

środa, 10 grudnia 2014

Zarobić na nekrologu swojego dziennikarza

   Jeszcze do niedawna w „Gazecie Wrocławskiej”, będącej spadkobierczynią pogrzebanych przez jej niemieckiego właściciela trzech różnych dzienników: „Gazety Robotniczej”, „Słowa Polskiego” i „Wieczoru Wrocławia”, dolnośląski oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy RP żegnał byłych żurnalistów tych redakcji nekrologami, za które nie płacił ze swoich skromnych składek członkowskich ani grosza. Po zgonie niezwykle zasłużonego dla miejscowej prasy Michała Żywienia po raz pierwszy wykosztować się musiał.

   Gwoli sprawiedliwości dodam, że Polskapresse, wydająca „Gazetę Wrocławską”, nie skąpiła dotychczas temuż SD RP pieniędzy na dofinansowanie dorocznych spotkań opłatkowych seniorów tutejszego środowiska dziennikarskiego. Mam jednak pewien niesmak…
 
03.2008

wtorek, 9 grudnia 2014

Żywotny Żywień

   Wydawał się mi kimś niezniszczalnym, ale z rakiem nie wygrał.  W wieku 81 lat zmarł redaktor Michał Żywień.

   W 1967 - kiedy ja dopiero zaczynałem pracę w prasie - on był już uznanym weteranem - nie wiekiem, lecz stażem - wrocławskiego dziennikarstwa. Jeszcze niedawno, jako emeryt, zadziwiał witalnością, podróżując po świecie w charakterze pilota i przewodnika turystycznego.

   Łączyła nas miłość do szachów. Ilekroć go spotykałem, zawsze pytał o sukcesy mojego syna Łukasza w tej królewskiej grze.

   Żywień pozostanie we wdzięcznej pamięci bardzo różnych grup ludzi. Organizował wokół siebie wysokich, niewymawiających „r”, niepalących…

   Papierosy były chyba jego - abstynenta - największym wrogiem. Tym zabawniej brzmiała pewna okolicznościowa fraszka Andrzeja Waligórskiego:

   Wszyscy dziwią się w redakcji,

   Co tak dymi w ubikacji?

   A to wsparty o futrynę,

   Żywień niszczy nikotynę.

03.2008

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Redakcyjna samowystarczalność

   Wydawnictwo z kwietnia 1975 ma tytuł „Karkonoski Informator Kulturalny i Turystyczny”. Wydawcą miesięcznika było Towarzystwo Klubów Robotniczych i Chłopskich w Jeleniej Górze. Teksty - m.in. o premierach w miejscowych kinach, w Teatrze im. Norwida i Sali Koncertowej im. Różyckiego, a także o artystach amatorach - podpisane: (kłyk), (k-w) lub (ada). Czyli wszystkie moje.

   „Znakomity obraz - trzeba go koniecznie zobaczyć!” - zachęcałem czytelników po obejrzeniu na przedpremierowym pokazie prasowym filmu „Ziemia obiecana”. Minęły 33 lata, a ja wciąż pozostaję pod wrażeniem tego wybitnego dzieła Andrzeja Wajdy.

   Natomiast w publikacji „Sam na sam z Mają Komorowską” trochę powybrzydzałem na jeleniogórski występ tej aktorki. Nie tylko ja miałem wrażenie, że się zanadto nie wysiliła. Zamiast anonsowanego na afiszach monodramu „Diabły” według Tadeusza Nowaka, przedstawiła montaż wierszy o kobietach w różnym wieku. Duża sala widowiskowa Klubu „Kwadrat” nie sprzyjała utrzymywaniu przez artystkę intymnego, „babskiego” nastroju. W efekcie część publiczności manifestowała rozczarowanie wychodzeniem z sali przez zakończeniem spektaklu.
 
03.2008

niedziela, 7 grudnia 2014

Celny strzał

   Anegdotę trafnie charakteryzującą naszego premiera powtarza naturalnie mu nieżyczliwy Jacek Kurski:

   - Dlaczego Donald Tusk wstaje już o szóstej rano?

   - Żeby móc dłużej nic nie robić!
 
03.2008

sobota, 6 grudnia 2014

Dziecko pyta

   Zachował się także krótki utwór autorstwa - jak to również zaznaczyłem, tym razem na marginesie maszynopisu - 6-letniego syna Łukasza. Tytuł: „Dziwne pytania”, treść: „Kto przekształcił małpę w człowieka? Kto wymyślił starych ludzi? Kto to wie?”.

03.2008

piątek, 5 grudnia 2014

Epitafium

   Najkrótszy zachowany, młodzieńczy utwór poetycki mojego autorstwa jest - jak to zaznaczyłem na marginesie rękopisu - „wierszem pośmiertnym”. Ma tytuł: „Epitafium” i treść: „Byłem synem… Jestem wolny”.

03.2008

czwartek, 4 grudnia 2014

Donosiciel stanu wojennego

   Moje pismo „do Obywatela Jerzego Gołaczyńskiego, posła na Sejm PRL, wicewojewody jeleniogórskiego” ma datę 5.01.1982 i następującą treść:

   „Protestuję przeciwko metodzie „załatwiania” dziennikarza przez nieznaną mi osobę, która doniosła jednemu z pracowników Służby Bezpieczeństwa (stamtąd otrzymałem tę wiadomość), że w sprawach reglamentacji żywności co innego pisałem przez 13 grudnia, a co innego po wprowadzeniu stanu wojennego.

   Oświadczam, że jest to próba ukrycia przez władze handlowe własnej nieudolności i zarazem kłamstwo łatwe do udowodnienia.

   Załączam pełne teksty informacji pt. „Samowola urzędników?” z „Gazety Robotniczej” z 16 listopada 1981 roku (o porównanie z nią donosicielowi chodziło) i pt. „Jeszcze jeden niewypał handlowy” z „GR” z 4 stycznia 1982 roku.

   Teksty te mają łatwą do odczytania myśl przewodnią i jednoznaczny wniosek: musimy przestrzegać centralnych zarządzeń obowiązujących całą Polskę - nawet jeśli są dyskusyjne w treści. Gdzież tu więc niekonsekwencja?”.


   Co prawda zajmie to trochę więcej miejsca, ale pozwolę sobie tu zacytować obie wspomniane publikacje. Starszym czytelnikom - ku przypomnieniu „kartkowych” realiów stanu wojennego, młodszym - ku nauce.

Samowola urzędników?

   Najpierw fragment komunikatu Polskiej Agencji Prasowej sprzed kilku dni. Zawierał wyjaśnienie Ministerstwa Handlu Wewnętrznego i Usług, że w całym kraju obowiązują jednolite zamienniki: za pół litra alkoholu - jedna paczka kawy lub pół kilograma cukierków czekoladowych, a za 12 paczek papierosów - 40 dekagramów cukierków zwykłych lub tyleż wyrobów czekoladowych. „Wszystkie inne decyzje władz lokalnych - czytaliśmy czarno na białym - są nieważne i powinny być niezwłocznie dostosowane do zasad ogólnopolskich”.

   A teraz jeleniogórska rzeczywistość. Otóż miejscowe sklepy nadal praktykują następujące zamienniki: za pół litra alkoholu - 40 dkg wyrobów czekoladowych lub 60 dkg cukierków zwykłych, a za 12 paczek papierosów - 75 dkg cukierków zwykłych i ani grama wyrobów czekoladowych.

   Oto jeszcze jeden przykład na potwierdzenie tezy, że centrala sobie, a teren sobie. Może między innymi dlatego mamy taki porządek, jaki mamy?

   W konkretnej opisywanej sprawie jeleniogórzanie niepijący i niepalący zyskują co prawda na cukierkach zwykłych, tracą jednak wyraźnie na wyrobach czekoladowych i kawie. Niesprawiedliwość oczywista dla wszystkich, może z wyjątkiem uprawiających samowolę urzędników z Wydziału Handlu i Usług Urzędu Wojewódzkiego.

Jeszcze jeden niewypał handlowy

   Zgodnie z centralnymi zarządzeniami, niektóre artykuły spożywcze, dotąd w Jeleniej Górze reglamentowane, można tu od stycznia kupować bez kartek. Dotyczy to prawie wszystkich - z wyjątkiem masła - tłuszczy (margaryny, smalcu, oleju, słoniny) oraz kawy naturalnej, kakao i pieczywa cukierniczego.

   Duże było zaskoczenie klientów, gdy 2 stycznia rano w wielu jeleniogórskich sklepach spożywczych odmawiano im sprzedaży wymienionych towarów. Reporter „GR” ma konkretne dowody w postaci pisemnych oświadczeń sprzedawczyń dwóch placówek handlowych w osiedlu Orle oraz u zbiegu ulic Wojska Polskiego i Matejki w bezpośrednim sąsiedztwie… Wydziału Handlu i Usług Urzędu Wojewódzkiego, że nie otrzymały w terminie żadnego zezwolenia od zwierzchników i nie mogły w związku z tym decydować na własne ryzyko.

   Próbowałem uzyskać jakieś wyjaśnienia i ustalić, kto zawinił. Byłem w Wydziale Handlu i Usług UW oraz w obu jeleniogórskich dyrekcjach „Społem” - wojewódzkiej i miejskiej. Dowiedziałem się tylko tyle, że ekspedientki o sprzedaży niektórych artykułów żywnościowych bez kartek powinny już wiedzieć. Na moje pytanie: „Dlaczego więc nie wiedziały?”, nikt nie potrafił rozsądnie odpowiedzieć.

   Na marginesie: nastrój w odwiedzanych przeze mnie w sobotę urzędach był raczej świąteczny i beztroski, a moi rozmówcy jakby zadowoleni z siebie i spełnionych obowiązków. Tak więc rok 1982 jeleniogórskie władze handlowe rozpoczęły od kpin ze zdezorientowanych klientów…

   Przy okazji jeszcze jedna sprawa. Przysłuchiwałem się opiniom klientów i niemal wszyscy byli zgodni, że wycofywanie z reglamentacji tłuszczy, kawy, kakao i ciastek to niewypał. Cieszą się z takiej decyzji tylko etatowi „stacze”.

   Same sprzedawczynie są za utrzymaniem rozszerzonej reglamentacji: - Na towary bez kartek polują ciągle te same babcie i ich wnuczkowie, potrafiący zaliczyć kolejkę po kilka razy przy jednej dostawie. Jak im się zwraca uwagę, to najbardziej kulturalne są odzywki w stylu: „Co to kogo obchodzi?”.
 
03.2008

środa, 3 grudnia 2014

Kto go poznał, powinien polubić

   Nowym przewodniczącym dolnośląskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, do którego należę, wybrany został Staszek Pelczar, stary znajomy z czasów naszej pracy pod Karkonoszami. Wtedy był redaktorem naczelnym „Nowin Jeleniogórskich”, później m.in. szefował dolnośląskiej telewizji i radiu publicznemu.

   Dla mnie jest on postacią bardzo pozytywną. Kto go miał przyjemność poznać bliżej, ten powinien polubić. Typ kulturalnego kolegi o łagodnym usposobieniu. Wyróżnia się cichym i nieśpiesznym sposobem mówienia.

   Te cechy Staszka Pelczara sprawiały, że np. wypowiadane charakterystycznym głosem: „Popatrz, Adaś, z kim ja muszę pracować”, gdy akurat któryś z dziennikarzy „Nowin Jeleniogórskich” w mojej obecności zawracał mu głowę jakimiś pierdołami, brzmiało zupełnie niezłośliwie, wręcz dobrotliwie. A bodaj najczęściej przez niego powtarzany wulgaryzm: „Ja pierdzielę” miał taką intonację, że chyba nie raził uszu nawet szczególnie przewrażliwionych na brzydkie wyrazy.

   W Jeleniogórskim Ośrodku Prasowym razem przeżyliśmy wprowadzenie stanu wojennego. Gdy w końcówce 1981 ówczesne władze na krótko zawiesiły wydawanie prasy, z braku sensownej roboty najwięcej czasu w redakcji spędzaliśmy - oczywiście w szerszym towarzystwie - na grze w kości.
 
03.2008

wtorek, 2 grudnia 2014

Lecieć na chama

   Nawet w konfliktowych sytuacjach można się tak odezwać, by zamiast awantury wywołać uśmiech. Dwa przykłady znane mi jako użytkownikowi miejskiej komunikacji zbiorowej.

   Podjeżdża zatłoczony tramwaj. Chcący do niego wsiąść pasażer zachęca mężczyznę przez sobą, też usiłującego dostać się do środka: „Panie, na chama!”. „A gdzie on?” - reaguje spontanicznie dopingowany.

   Gdy natomiast w tramwaju jest dużo luzu, a mimo to jakaś nieznajoma ci osoba zanadto się do ciebie przykleja, zawsze można jej grzecznie zwrócić uwagę: „Czuję, że ktoś na mnie leci”. Najlepiej jeśli powie tak mężczyzna kobiecie lub na odwrót, chyba że ktoś potrafi też kochać ludzi inaczej…
 
03.2008

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Urlopowa Polanica

   W latach 90. XX wieku spędziłem kilka urlopów w Polanicy, uczestnicząc bardziej lub mniej aktywnie w sierpniowych memoriałach Akiby Rubinsteina - najsilniej obsadzonych międzynarodowych turniejach szachowych, organizowanych w Polsce. Szczególnie kibicowałem młodziutkiemu wówczas, sympatycznemu i skromnemu Bułgarowi Weselinowi Topałowowi - późniejszemu mistrzowi świata FIDE.

   Najlepiej mi tam było w roku, w którym kierowałem biurem prasowym memoriału. Wynagrodzenie stanowiło bezpłatne zakwaterowanie i wyżywienie w eleganckim hotelu „Sana”.
 
03.2008