wtorek, 30 września 2014

Wycinanki

   Kiedy zaczęto publikować w prasie moje teksty, najpierw w „Świecie Młodych” w rubryce z listami czytelników do redakcji, następnie jako współpracownika „Wieczoru Wrocławia”, w końcu jako dziennikarza „Gazety Robotniczej” - przekwalifikowałem się z zabawy dorastających chłopców, czyli z wycinania roznegliżowanych panienek z czasopism kolorowych (całkiem gołych wówczas tam nie drukowano), na wycinanie własnych produkcji, wszystkich jak leci. Zapału archiwisty starczyło mi na kilka lat. Aż zrozumiałem, że tego szybko powiększającego się zbioru nie będę w stanie przewertować z uwagą nawet ja sam. I wyrzuciłem makulaturę na śmietnik.

   Jeśli ktoś chce badać moją dziennikarską - z przeproszeniem - twórczość, zawsze może się do niej  dokopać w poszczególnych redakcjach albo w niektórych większych bibliotekach z czytelniami.

02.2008

poniedziałek, 29 września 2014

Dworcówka

   We Wrocławiu jest linia tramwajowa „O”, wiodąca dookoła centrum miasta. Jej trasa przebiegała również obok mojego domu przy al. Słowackiego. Gdy my, podwórkowa gówniarzeria, widzieliśmy zbliżającą się „zerówkę” (zwaną też „okólną”), popisywaliśmy się głośnym: „O, największa kurwa jedzie!”. Był to bowiem jedyny tramwaj z przystankami przy trzech największych miejscowych dworcach kolejowych: Głównym, Świebodzkim i Nadodrzu. A w czasach mojej młodości właśnie tam - zwłaszcza na pierwszym z wymienionych - najczęściej dyżurowały tanie prostytutki.

   Pochlebiam sobie, że nigdy nie skorzystałem, bo po prostu nie musiałem, z seksu za kasę.

02.2008

niedziela, 28 września 2014

Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom...

   Tego domu we Wrocławiu dawno już nie ma. Stał przy alei Słowackiego 19, na rogu z też już nieistniejącą ulicą Kujawską. Obecnie tutaj, naprzeciw gmachu Urzędu Wojewódzkiego, w sąsiedztwie mostu Grunwaldzkiego, jest plac Społeczny.

   To miejsce, gdzie z chłopaka wyrastałem na mężczyznę. Gdzie starszy od nas, dzieciaków, Zbigniew Paryżak pozwalał nam, cherlawym kandydatom na kulturystów, korzystać ze swojej piwnicznej siłowni. Gdzie na trawniku graliśmy do upadłego gumowymi (o skórzanych mogliśmy pomarzyć) piłkami, które niekiedy pękały pod kołami przejeżdżających w pobliżu samochodów. Gdzie na skwerkowej ławce pocałowałem pierwszą dziewczynę o imieniu Józka (jak ona miała na nazwisko? - nie mogę sobie przypomnieć), broniącą się przed moimi zalotami… ślinotokiem. Gdzie straciłem cnotę z Alą N. (jej nazwisko oczywiście pamiętam). Gdzie kolegowałem się z Teosiem Rosjanem, zafascynowanym Beatlesami i fizycznie nawet podobnym do Ringo Starra. Gdzie za postrach podwórka robił Krzysiek Gaworski, zawsze gotów do bitki o cokolwiek. Gdzie najbardziej charakterystyczną postacią był Kazio paralityk, który swe kalectwo podobno zawdzięczał rodzicom, Świadkom Jehowy, przeciwnym operacji z transfuzją krwi. Gdzie w kiosku przy przystanku tramwajowym z samego rana kupowałem „Gazetę Robotniczą”, by móc już przy śniadaniu poczytać znane mi co najmniej w przeddzień, bo przez siebie napisane, informacje. Gdzie zachodziłem od kuchni do restauracji „Pod Złotą Kaczką”, by kupować za półdarmo zupę na wynos. Gdzie na rozległym placu od czasu do czasu instalował się cyrk albo lunapark…

   Ech, „to se ne vrati” - jak powiadali starożytni Amerykanie!

02.2008

sobota, 27 września 2014

Rozum i wiara

   Mimo że data urodzenia Jezusa Chrystusa nie jest znana choćby w przybliżeniu (naukowe hipotezy różnią się nawet o całe lata!), to Boże Narodzenie świętujemy w Kościele rzymskokatolickim zawsze konkretnego dnia - 25 grudnia. Natomiast Wielkanoc obchodzimy corocznie w różnych terminach, mimo że data zmartwychwstania szerzej już wtedy identyfikowanego Jezusa Chrystusa powinna być znana nawet z dokładnością do kilku godzin.

   Wiem: rozum i wiara nie muszą być kompatybilne, ale żeby ich niespójność wywoływała aż takie rozterki intelektualne…

01.2008

piątek, 26 września 2014

Jakież to polskie...

   Zaczynali w niesławie, stali się bohaterami - to droga, jaką przeszli żołnierze Legionów Polskich pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Mieli oni tak serdecznie dość społecznego niezrozumienia wśród rodaków swojej misji wzniecenia ogólnonarodowego powstania w zaborze rosyjskim, że w finale oryginalnej wersji wspaniałej pieśni z 1916 „My, Pierwsza Brygada” śpiewali:

   „Skończyły się dni kołatania 
   Do waszych serc - jebał was pies!”

   Jednak gdy tylko nastała niepodległość, kontrowersyjny fragment ocenzurowano, przerabiając na poprawniejszy nie tylko politycznie:

   „Skończyły się dni kołatania
   Do waszych serc, do waszych kies!”

   Chciałoby się powtórzyć za Stanisławem Wyspiańskim: „A to Polska właśnie…”.

01.2008

czwartek, 25 września 2014

Rządzącym i opozycji - do sztambucha

   Politykom o moralności Kalego (takich mamy w Polsce większość!) dedykuję…

   Rządzącym - anegdotę:

   „Przychodzi Mosze do Juliana Tuwima.

   - Mistrzu, mam pomysł na nowy szmonces.

   - Słucham.

   - Spotyka się dwóch Żydów…

   - I co dalej?

   - Dalej to już sam mistrz z pewnością coś wymyśli”.

   Czy muszę dodawać, że Mosze symbolizuje polityka partii u władzy, a mistrz - pilnie poszukiwanego cudotwórcę (premier Donald Tusk nim przecież nie jest, mimo swoich przedwyborczych obiecanek).

   Opozycji z kolei (z poprzednim szefem rządu Jarosławem Kaczyńskim na czele) należy się aforyzm:

   „Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą - jak, żaden nie potrafi”.

   Natomiast dla rządzących i opozycji razem wziętych (z tzw. lewicą włącznie) mam cytacik z Józefa Piłsudskiego:

   „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.

   Sio!

01.2008

środa, 24 września 2014

Unikatowy paluch

   Panie są dość zgodne: mam - ich zdaniem - ładne dłonie.

   Najbardziej wyróżnia je pewien anatomiczny - mało komu znany - szczegół. Mianowicie oba najkrótsze i zarazem najgrubsze palce są osadzone na elastycznej jak guma kości, mogę więc je odchylać, bez uruchamiania nadgarstka, we wszystkie strony, także do tyłu. Taka ciekawostka przyrodnicza. Nie spotkałem się z czymś podobnym u żadnego innego „ludzia”.

01.2008

wtorek, 23 września 2014

A psik!

   Ilekroć wychodzę z miejsca zaciemnionego na ostre słońce, tylekroć psikam. Taki mimowolny odruch.

   Automatycznie psika również syn Łukasz, ale w innej sytuacji. Robi to zawsze przy pierwszym kęsie jedzonej czekolady.

01.2008

poniedziałek, 22 września 2014

Metryka prawdę ci powie

   Dwa akty zgonu osób, bez których nie zaistniałbym na tym świecie…

   Mój ojciec, Aleksy Kłykow, urodzony 26.04.1905 w Słupcy, zmarł 24.07.1987 w Łodzi. Miał więc wtedy ponad 82 lata. Nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Najprawdopodobniej po prostu starość.

   Nie przeżył mojej matki Haliny Kłykow, mimo że jej zgon nastąpił w wieku niespełna 66 lat. Urodzona 11.05.1927 w Łodzi, zmarła 8.04.1993 we Wrocławiu. Nigdy nie zapomnę, jak towarzyszyłem jej w przeddzień śmierci, gdy, cała opuchnięta, była transportowana karetką z mieszkania przy ul. Zaporoskiej (tuż przy pl. Powstańców Śląskich) do szpitala na Brochowie. Podłączona tam do kroplówki, nazajutrz już nie żyła. Wykończyły ją torbiele. Nawet leżąc, narzekała na potworne bóle.

   Ojciec, starszy od matki o ponad 22 lata, w dniu swojej śmierci był… wdowcem. A to dlatego, że przeżył swoją drugą żonę Kazimierę (jej nazwisko rodowe: Wszelaka). Pamiętam, że gdy odwiedzałem ich czasem w mieszkaniu przy ul. Kaszubskiej we Wrocławiu, on przedstawiał mi ją jako swą gosposię. Z pewnością była znacznie młodsza od mojej rodzicielki!

   Matka umierała jako rozwiedziona. Po rozstaniu z Aleksym miała kilku partnerów życiowych, w tym Tasiosa Cyterokisa (Greka z pochodzenia) i Józefa Kalwasińskiego (ojca mojej siostry Ani).

   Z aktów zgonu rodziców wynika, że moimi babciami i dziadkami byli: ze strony matki - Stanisława Sagiejewska i Michał Cieniewski, a ze strony ojca - Otylia Jędrzejewska i Bazyli Kłykow. Nie dane mi było poznać nikogo z tej czwórki.

   Jeszcze jeden ważny szczegół. Ojciec zawsze był Kłykow, matka po ślubie z nim - też Kłykow. Ja natomiast w akcie urodzenia jestem Adam Kłyków. Skąd ta kreseczka nad „o”? Ponoć to rezultat spolszczania obco brzmiących nazwisk w pierwszych latach po II wojnie światowej.

01.2008

niedziela, 21 września 2014

Oszczędzanie na korekcie

   W PRL-u teksty dziennikarskie przed ich wydrukowaniem czytali nie tylko redaktorzy i korektorzy, także składający je linotypiści i - a jakże - czujni cenzorzy. Dobrze, że te czasy minęły.

   Źle, że już w III RP, gdy „Gazeta Robotnicza” przekształcała się w „Gazetę Wrocławską”, nasz wydawniczy decydent postanowił zaoszczędzić na korekcie! Przez pewien czas ograniczony do minimum zespół redakcyjnych korektorów czytał niemal wyłącznie płatne ogłoszenia, bo wszelkie błędy w nich kosztowały najdrożej.

01.2008

sobota, 20 września 2014

Nazwisko się zgadza, zdjęcie - nie

   Klasyką prasowych pomyłek jest publikowanie od czasu do czasu fotografii osób innych niż to wynika z podpisu pod zdjęciem. Zdarza się tak zwłaszcza wówczas, gdy dwie różne, mniej rozpoznawalne persony, mają identyczne nazwisko i niekiedy także imię.

01.2008

piątek, 19 września 2014

Nie mój grzech, proszę księdza

   Pod publikacjami prasowymi podpisują się - nazwiskiem lub pseudonimem - ich autorzy. Nie zawsze jednak są oni jedynymi winowajcami błędów, zauważonych dopiero po wydrukowaniu.

   Teoretycznie każdy napisany przez dziennikarza tekst powinien być przeczytany przed wydrukowaniem co najmniej przez dwóch redaktorów i korektora. Ich obowiązkiem jest wyłapać pomyłki i nanieść poprawki.

   W praktyce bywa różnie. Wbrew pozorom, nie byłem zadowolony, gdy np. moje felietony niekiedy trafiały na łamy gazety bez uważniejszego przeczytania ich przez kogokolwiek po drodze, w redakcji bowiem miałem opinię piszącego „czysto”, czyli takiego, po którym nie trzeba nic adiustować.

   W konsekwencji zdarzały się niedoróbki i nieścisłości. Pół biedy, gdy było to „l” zamiast „ł” lub podobna literówka, jeśli nie zmieniała ona znaczenia jakiegoś wyrazu, nie czyniąc choćby „sadu” z „sądu”. Gorzej, gdy w felietonie o Iraku przejęzyczyłem się i zamiast „Bagdad” napisałem „Belgrad”. Wiadomo skądinąd, że najtrudniej robić korektę własnego tekstu - można go czytać wielokrotnie, a mimo to przeoczyć ewidentnego kiksa.

   Do niniejszych wynurzeń zainspirowało mnie znalezione w starych papierach „Wyjaśnienie” z 1985, w którym przepraszam księdza parafii ewangelicko-augsburskiej w Jeleniej Górze-Cieplicach Alfreda Neumanna za nazwanie go „pastorem”. Podczas rozmowy ze mną ksiądz Neumann, mówiąc o sobie, ani razu nie użył słowa „pastor”, i ja to w napisanym wywiadzie z nim w pełni uszanowałem. Skąd więc awantura po wydrukowaniu publikacji? Ano stąd, że jeden z korektorów, bez konsultacji z autorem, przekraczając swoje kompetencje służbowe, nazwał protestanckiego duchownego po swojemu, co prawda zgodnie z definicją słownikową, ale niezgodnie z nomenklaturą obowiązującą już wówczas w polskim Kościele luterańskim.

01.2008

czwartek, 18 września 2014

Pisane do kalendarza

   Od czasu do czasu dziennikarze mają okazję legalnie dorobić poza macierzystą redakcją. Mnie m.in. prosił Wiesiu Geras, by napisać na konkretne tematy do redagowanego przez niego „Kalendarza Wrocławskiego” - wydawnictwa Towarzystwa Miłośników Wrocławia.

   W rocznikach 1997 i 1998 są więc moje teksty o wynikach ogólnonarodowych głosowań w poprzednich latach. Podsumowałem wybory prezydenckie i parlamentarne oraz referenda w sprawach powszechnego uwłaszczenia obywateli i nowej Konstytucji RP.

01.2008

środa, 17 września 2014

Temperamentny jak szachista

   W grudniu 1994, w specjalnym wydaniu kończącej swój 45-letni żywot „Gazety Robotniczej”, przekształcanej odtąd - po zakupie dziennika przez niemiecki koncern wydawniczy z Passau - w „Gazetę Wrocławską”, znalazły się krótkie wizytówki dziennikarzy redakcji, autorstwa obdarzonego tzw. lekkim piórem Andrzeja Górnego.

   O mnie napisał tak: „Jako szachista jest jedynym nadającym się na sprawozdawcę parlamentarnego. Tylko jego temperament zniesie wolty naszych ustawodawców. Udaje nie widzącego, że to nie szlachetne szachy opisuje, lecz grę w durnia albo i salonowca”.

   Z opinią o posłach oczywiście się zgadzam, ale co do mojego temperamentu… Zapraszam powtarzających stereotyp o „refleksie szachisty” do partyjki blitza!

01.2008

wtorek, 16 września 2014

Ma głowę do szachów i interesów

   Z mandatem delegata z Wrocławia, pod koniec 1996 uczestniczyłem w walnym zjeździe sprawozdawczo-wyborczym Polskiego Związku Szachowego. Na 2-dniowe obrady do Warszawy wybrałem się z prezesem Dolnośląskiego Okręgowego Związku Szachowego Grzegorzem Antkowiakiem.

   Razem przenocowaliśmy w hotelu. Mieliśmy czas na porozmawianie na różne tematy, ale nie zaowocowało to jakąś bliższą znajomością. Jako czynny wówczas dziennikarz, byłem ostrożny w nawiązywaniu ściślejszego kontaktu z nim. Wolałem utrzymać pewien dystans.

   Wspominam ten epizod, bo Antkowiak, rocznik 1960, to nader interesująca postać. Nie tylko dobry szachista, ale i liczący się biznesmen. Z wykształcenia inżynier informatyk, absolwent Politechniki Kijowskiej. Po studiach pracował w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu nad konstrukcją tzw. inteligentnej miny. W 1989 założył pierwszy z sieci kantorów wymiany walut Gant. Potem zajął się też budową mieszkań oraz wynajmem lokali biurowych i usługowych.

   Niewątpliwie Antkowiak ma głowę do robienia interesów. W efekcie już niejednokrotnie trafiał na listę 100 najbogatszych Polaków w dorocznym rankingu tygodnika „Wprost”.

01.2008

poniedziałek, 15 września 2014

Szachy na dodatek

   Syn Łukasz lubił grać w szachy, ale nie traktował ich priorytetowo. Mimo to jeszcze na przełomie lat 1991-92 był w kadrze narodowej juniorów do lat 14, powoływanej przez Polski Związek Szachowy.

   W pojedynkach w tempie klasycznym na poważnych turniejach (partii granych towarzysko nie liczę) wygrywał z obecnymi arcymistrzami, m.in. z Pawłem Jaraczem, Robertem Kempińskim i Bartoszem Soćką. Remisował z Piotrem Bobrasem i Marcinem Kamińskim.

   Zdobył brązowy medal w indywidualnych mistrzostwach Polski do lat 14 w Białej Podlaskiej w 1992. Jeszcze na dwie rundy przed końcem tego finału samodzielnie liderował, na finiszu jednak został wyprzedzony przez dwóch kolegów.

01.2008 

niedziela, 14 września 2014

Współtworzyłem scenografię

   Uważam sam siebie za plastyczny antytalent, ale zdarzyło się mi być współautorem scenografii. W 1967 wraz ze Staszkiem Porowskim i Andrzejem Jagielskim z sekcji fotograficznej klubu „Piwnica Świdnicka” opracowałem dekorację w postaci zestawu zdjęć wielkiego formatu do monodramu Sławomira Kryski „Ta śmieszna pamięć”, wykonywanego przez wrocławską aktorkę Joannę Keller.

01.2008

sobota, 13 września 2014

Guziki z sierpem i młotem

   Odnalazłem spisane na gorąco w 1967 wrażenia z mojego całodziennego statystowania w filmie „Zabijaka” Stanisława Lenartowicza, gdzie wcieliłem się w napoleońskiego wojaka. A to było tak:

   Nie bez emocji poszukiwałem w garderobie odpowiedniego dla siebie munduru w stosie nieco przybrudzonych i przepoconych ciuchów. Górna część ubioru „grała” już podobno w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, zaś dolna - w „Wojnie i pokoju” Sergiusza Bondarczuka.

   Ubawiłem się, gdy przy swoich spodniach francuskiego żołnierza odkryłem, naszyte z obu stron od stopy do kolana, guziki, na których wygrawerowano radzieckie symbole: sierp i młot. Detale te jednak w ujęciach bez zbliżeń na pewno nie mogły być zauważone przez widzów w kinie bądź telewizji.

   Scenę, w której wystąpiłem, kręcono na ul. Cieszyńskiego we Wrocławiu, gdzie tło dla filmowej akcji stanowił zabytkowy Arsenał. Podczas zdjęć żar lał się z nieba, a my, 32-osobowy oddział wojskowy, musieliśmy wielokrotnie defilować przed kamerą w pełnym rynsztunku - umundurowani i uzbrojeni.

01.2008     

piątek, 12 września 2014

Uważać na tytuły

   Gnioty na czysto partyjne tematy mogły mieć - z braku czytelników - byle jaką treść, ale z samymi ich tytułami - szczególnie rzucającymi się w oczy - trzeba było uważać. Żeby przypadkiem nie puścić do druku kolumny „Krzyki przed Zjazdem PZPR”, z prezentacją jednej z dzielnic Wrocławia o takiej właśnie nazwie. Albo żeby pisząc o ponadplanowym czynie produkcyjnym dolnośląskich prządek, nie wyeksponować wielkimi literami ich zbyt dwuznacznej deklaracji: „Damy szybciej, więcej, taniej!”. A to się w historii „Gazety Robotniczej” zdarzało.

01.2008

czwartek, 11 września 2014

Partia w działaniu

   Za późnego Gomułki i wczesnego Gierka, jednym z najważniejszych dziennikarzy „Gazety Robotniczej”, organu prasowego Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu, był kierownik działu partyjnego. Funkcję tę pełnił dość ponury z natury Henryk Smolak, co jeszcze dodawało mu powagi. Pisywał wypracowania o „partii w działaniu”, zazwyczaj nudnawe. Plan „paszy objętościowej” (jak w zawodowym slangu nazywaliśmy podobne publikacje w kontrze do „paszy treściwej”, czyli ciekawych tekstów dla normalnych czytelników) wykonywał z reguły - jak przystało na tamte czasy - z nadwyżką. A że mało kto je dobrowolnie czytał… Chyba nikt z politycznych nadzorców specjalnie się tym nie przejmował. Mieliśmy zresztą uzasadnione wrażenie, że bardziej niż na jakość zwracali oni uwagę na długość artykułów o „przewodniej sile narodu”.

01.2008

środa, 10 września 2014

Polityka, czyli mieszanie w układach

   Dokładny tytuł mojej pracy magisterskiej z 1979, napisanej pod kierunkiem prof. dr. hab. Mariana Orzechowskiego, brzmiał: „Potoczne wyobrażenia dolnośląskich dziennikarzy o polityce jako zjawisku społecznym”. Był to taki studencki wkład w kompleksowe badania kultury politycznej społeczeństwa polskiego, zainicjowane w 1977 przez naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego.

   Podstawę mojej pracy stanowiła ankieta zawierająca kilkadziesiąt pytań, ułożonych przez prof. Orzechowskiego. Odpowiedziało na nią ok. 50 dziennikarzy, mniej więcej co ósmy zatrudniony wówczas w dolnośląskich mediach.

   Aby zanadto nie przynudzać, ograniczę się do skrótowego plonu pierwszego pytania ankiety: „Co oznacza dla Pana (Pani) słowo „polityka”?”. Samych definicji naukowych jest mnóstwo; odpowiedzi dziennikarzy też były bardzo zróżnicowane - od zbliżonych do encyklopedycznych po zupełnie własne.

   Politykę kojarzyli przede wszystkim z władzą (z jej zdobywaniem, sprawowaniem i utrzymywaniem), z kierowaniem państwem i rozumianą jak najszerzej celową działalnością społeczną.

   Niektóre co ciekawsze interpretacje: „Polityka to sprawowanie władzy i sterowanie procesami społecznymi, a także określanie celów gospodarczych: ku czemu zmierzamy i jakimi drogami”; „Całokształt poczynań państwa jako reprezentanta interesów wszystkich obywateli”; „Świadome działanie na rzecz realizacji jakiegoś programu”; „Odpowiedni sposób postępowania w odpowiedniej sytuacji”; „Mieszanie w układach”.

   Pytania wprost: „Co to jest „kultura polityczna”?” w ankiecie nie było. Sam odpowiedziałem, że rozumiem przez nią m.in. zdolność społeczeństwa do analizy zjawisk i procesów politycznych, zakres udziału obywateli w działalności politycznej, stan przestrzegania przez rządzących i rządzonych norm regulujących życie polityczne.

   Podkreśliłem, że istotny wpływ na poziom kultury politycznej mają media (nazywane wówczas przeze mnie „środkami komunikacji społecznej”). Prasa, radio, telewizja - przekazując na bieżąco nowe informacje i poddając je interpretacji - z pewnością kształtują poglądy swych czytelników, słuchaczy bądź widzów.

01.2008

wtorek, 9 września 2014

Wykształciuch

   Składam samokrytykę: szkolnym orłem to ja nie byłem. W osiągnięciu lepszych wyników w nauce niewątpliwie przeszkodziły mu dłuższe nieobecności w szkole, spowodowane wagarami.

   Niemniej moje, najważniejsze dla ucznia, świadectwo dojrzałości z 1971, kiedy jeszcze nie stawiano ocen celujących („szóstek”), nie wygląda najgorzej. Język polski - dobry, język rosyjski - dostateczny, wiedza o Polsce i świecie współczesnym - bardzo dobry, historia - bardzo dobry, propedeutyka nauki o społeczeństwie - bardzo dobry, matematyka - dostateczny, fizyka - dobry, chemia - dostateczny.

   To końcowe oceny z wszystkich przedmiotów w klasie maturalnej. Może powinienem się nieco wstydzić „czwórki” z polskiego, ale przyczyną tego zaniżonego stopnia była zapewne nielubiana przeze mnie gramatyka.

   Natomiast dyplom ukończenia studiów na „Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta we Wrocławiu” (tak się w PRL-u ta uczelnia oficjalnie nazywała) lepiej wyglądać nie mógł. Cytuję: „Adam Kłykow, urodzony dnia 17.12.1949 r., odbył studia magisterskie w Instytucie Nauk Politycznych w zakresie nauk politycznych z wynikiem bardzo dobrym i po spełnieniu wymogów określonych obowiązującymi przepisami uzyskał w dniu 11.07.1979 r. tytuł magistra nauk politycznych”.

   Dyplom ten powinienem zrobić już w 1978, był to jednak rok poważnych zmian w moim życiu: urodzin syna i przeprowadzki z Bydgoszczy do Jeleniej Góry. To sprawiło, że po absolutorium zabrałem się do pisania pracy magisterskiej z pewnym opóźnieniem. Nie musiałem się zresztą spieszyć. Nikt w domu i redakcji mnie nie poganiał do niezwłocznego wyrobienia papierka legitymującego pełne wyższe wykształcenie.

01.2008

poniedziałek, 8 września 2014

Szczęśliwy traf

   Trafiłem na początku 2008 swą rekordową wygraną. Za „ósemkę” w multilotku za 2,50 dostałem 520 złotych (208-krotne przebicie).

   Jak na regularne granie w lotto od osiągnięcia pełnoletności, to co najwyżej nagroda pocieszenia. Jednak wciąż nie tracę nadziei na milion, trzymając się zarazem paru hazardowych reguł.

   Po pierwsze: systematycznie płacę w kolekturze dobrowolny podatek od szczęścia - nie modląc się o fortunę niczym Żyd w starej anegdocie, w której zniecierpliwiony Bóg rzecze do niego: „Icek, daj mi wreszcie szansę i zagraj!”.

   Po drugie: nie kombinuję, co by było, gdyby… Np. gdybym pomnożył multilotkową stawkę, to wygrałbym proporcjonalnie więcej. Znacznie bardziej prawdopodobne byłoby bankructwo. A więc umiar nade wszystko!

01.2008 

niedziela, 7 września 2014

Magister honoris causa

   Na sprezentowanej mi honorowej karcie wstępu do najbardziej znanego wrocławskiego klubu studenckiego „Pałacyk” przed moim nazwiskiem jest słówko „magister”. Dokument ten był ważny na rok 1969. Zrobiono więc ze mnie absolwenta uczelni w wieku niespełna 20 lat. W rzeczywistości studia zacząłem w 1971, a skończyłem w 1979.

01.2008 

sobota, 6 września 2014

Dziecko na wesoło

   Wygrzebałem też odpis trzech anegdot, które wysłałem w 1982, podpisując się imieniem i nazwiskiem żony, do tygodnika „Kobieta i Życie”, do rubryki: „Humor w krótkich majteczkach”. Pamiętam, że przynajmniej jeden z dowcipów wydrukowano; nie pamiętam, który.

   Oto pełna treść listu.

   Łukasz (lat 4) potrafi już dobrze pisać i czytać. Lubi się tym popisywać. Na spacerze sylabizuje napis na szyldzie: „Pie… czy… wo… Pieczywo!”. „A wiesz, co to jest?” – pyta tata. „Wiem: chlebek, bułki, rybki”. „A dlaczego rybki?”. „Bo mamusia też je piecze”.

   Łukasz lubi oglądać mapę pogody w „Dzienniku Telewizyjnym”. Pyta w pewnym momencie, co oznaczają pokazywane strzałki. Otrzymuje odpowiedź, że kierunki wiatru. „Acha, oznaczają, czy wiatr jest lewy, czy prawy” - dopowiada sobie głośno.

   Łukaszowi nie smakowała pewnego dnia kapusta. „Synku - reklamuje mama - ta kapusta jest dobra, młoda”. „Ja wolę kapustę poważną”.

01.2008

piątek, 5 września 2014

Seks w "Europie"

   Gdy w lutym 1978 rozpocząłem pracę w oddziale wojewódzkim „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze, przydzielone mi mieszkanie w uzdrowiskowej dzielnicy Cieplice było jeszcze w budowie. Przez kilka miesięcy kwaterowałem więc na koszt Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego w hotelu „Europa”.

   Z tamtego okresu zachował się maszynopis jednego z moich felietonów, który nie został zakwalifikowany do druku z przyczyn obyczajowych. Decydenci uznali, że tekst jest nazbyt frywolny.

   Co prawa, to prawda. Oto fragment tego felietonu:

   „Mieszkałem jakiś czas w hotelu "Europa" w Jeleniej Górze. Ma on to do siebie, że na tradycyjne pytanie, co słychać, mogę dać rozwiniętą odpowiedź, bo ściany mają tam uszy, takie są przenikliwe (…).

   Następnej nocy zostałem zbudzony gdzieś około pierwszej odgłosami z sąsiedniego pokoju:

   - Władek, kochany… Jeszcze nie… Och… Jesteś cudowny… Już, kończ… Błagam, nie mogę dłużej…

   Po kwadransie, z tego samego pokoju:

   - Kocham cię, Czesiek… Jestem twoja… Ach… Tak pragnęłam z tobą… Jeszcze trochę… Aaaa…

   Do Władka i Cześka przemawiał ten sam kobiecy głos. Panowie byli zdecydowanie mniej rozmowni”.

   No proszę, jaki erotyk mi wyszedł. A może nawet pornol!
 
01.2008

czwartek, 4 września 2014

Różnić się z klasą

   Już w III RP wymyśliłem sobie wspólną rozmowę o polityce jednego z najbardziej radykalnych polskich antykomunistów i jednego z najbardziej ortodoksyjnych polskich komunistów, ze mną na dokładkę. Łączyło nas chyba tylko to, że wszyscy trzej mieszkaliśmy (i mieszkamy nadal) we Wrocławiu.

   Udało się mi namówić na takie spotkanie i legendarnego lidera „Solidarności Walczącej” z czasów stanu wojennego, doktora fizyki z politechniki - Kornela Morawieckiego, i przewodniczącego Związku Komunistów Polskich „Proletariat”, doktora politologii z uniwersytetu - Zbigniewa Wiktora. Obaj zademonstrowali w redakcji „Gazety Wrocławskiej”, że można różnić się pięknie.

   O zachowanie Wiktora nie musiałem się obawiać, bo znałem go osobiście jeszcze ze studiów politologicznych jako uosobienie spokoju. Morawiecki okazał się równie zrównoważony - nie wyglądał w każdym razie na kogoś, kto niegdyś w telewizji symbolicznie wywracał „okrągły stół”.
 
01.2008

środa, 3 września 2014

Zawodnik piłki nożnej

   W jednym z pudełek z dokumentami znalazłem też swoją sfatygowaną legitymację członkowską klubu sportowego Ślęza Wrocław. Ze zdjęciem, na którym jestem bez brody i wąsów, ale za to - o zgrozo! - pod krawatem.

   Legitymacja z 1964 zaświadcza, że jestem „zawodnikiem p. nożnej” (ojejku, ale niefortunny skrót…). I że upoważnia mnie ona do bezpłatnego wstępu na imprezy organizowane przez Ślęzę (oprócz futbolistów, klub ten chlubił się głównie koszykarkami).
 
01.2008

wtorek, 2 września 2014

Karta rowerowa

   Za moich przedmałżeńskich czasów powiadało się, że kawalerowie z panienkami współżyją „na kartę rowerową”. Na wszelki wypadek wyrobiłem ją sobie naprawdę i jest to moje jedyne prawo jazdy.

   Karta rowerowa z 1974 zaświadcza, że wykazałem się „posiadaniem kwalifikacji niezbędnych do kierowania” rowerem lub… wózkiem inwalidzkim. Na stare lata w sam raz.
 
01.2008

poniedziałek, 1 września 2014

Krzyże i odznaki

   W kolekcji otrzymanych odznaczeń najważniejszy jest Złoty Krzyż Zasługi, nadany mi 17.07.1985 uchwałą Rady Państwa. Mam też Srebrny Krzyż Zasługi, przyznany 6.12.1978. O Brązowym Krzyżu Zasługi dla mnie jakoś nie pomyślano.

   Byłem blisko Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski - odznaczenia nazywanego wtedy „chlebowym”. Za jego posiadanie bowiem dostawało się dodatek finansowy do emerytury lub renty. Nie mam KKOOP. Nie ma już takiego specjalnego dodatku.

   Cenię sobie zwłaszcza trzy z dość licznych odznak, którymi zostałem uhonorowany: złotą Towarzystwa Miłośników Wrocławia z 20.10.1973, „Za zasługi dla województwa jeleniogórskiego” z 7.05.1987 i „Zasłużony działacz kultury” z 21.04.1983.
 
01.2008