Kiedy zaczęto publikować w prasie moje teksty, najpierw w „Świecie
Młodych” w rubryce z listami czytelników do redakcji, następnie jako
współpracownika „Wieczoru Wrocławia”, w końcu jako dziennikarza „Gazety
Robotniczej” - przekwalifikowałem się z zabawy dorastających chłopców,
czyli z wycinania roznegliżowanych panienek z czasopism kolorowych (całkiem
gołych wówczas tam nie drukowano), na wycinanie własnych produkcji, wszystkich
jak leci. Zapału archiwisty starczyło mi na kilka lat. Aż zrozumiałem, że tego
szybko powiększającego się zbioru nie będę w stanie przewertować z uwagą nawet
ja sam. I wyrzuciłem makulaturę na śmietnik.
Jeśli ktoś chce badać moją dziennikarską - z przeproszeniem -
twórczość, zawsze może się do niej dokopać w poszczególnych redakcjach
albo w niektórych większych bibliotekach z czytelniami.
02.2008
Rekonstrukcja i kontynuacja bloga założonego 11.11.2007, ocenzurowanego na początku marca 2014 przez anonima z Onetu i szefową Salonu24 - Bognę Janke pod dyktando prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu - sędzi Ewy Barnaszewskiej albo (sprawa jest zagadkowa, stąd ta alternatywa) jakiegoś pożytecznego idioty. Zapraszam też do lektury adam-klykow.blogspot.com i adamklykow.bloog.pl
wtorek, 30 września 2014
poniedziałek, 29 września 2014
Dworcówka
We Wrocławiu jest linia tramwajowa „O”, wiodąca dookoła centrum miasta. Jej
trasa przebiegała również obok mojego domu przy al. Słowackiego. Gdy my,
podwórkowa gówniarzeria, widzieliśmy zbliżającą się „zerówkę” (zwaną też
„okólną”), popisywaliśmy się głośnym: „O, największa kurwa jedzie!”. Był to
bowiem jedyny tramwaj z przystankami przy trzech największych miejscowych
dworcach kolejowych: Głównym, Świebodzkim i Nadodrzu. A w czasach mojej
młodości właśnie tam - zwłaszcza na pierwszym z wymienionych - najczęściej
dyżurowały tanie prostytutki.
Pochlebiam sobie, że nigdy nie skorzystałem, bo po prostu nie musiałem, z seksu za kasę.
02.2008
Pochlebiam sobie, że nigdy nie skorzystałem, bo po prostu nie musiałem, z seksu za kasę.
02.2008
niedziela, 28 września 2014
Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom...
Tego domu we Wrocławiu dawno już nie ma. Stał przy alei Słowackiego 19, na rogu
z też już nieistniejącą ulicą Kujawską. Obecnie tutaj, naprzeciw gmachu Urzędu
Wojewódzkiego, w sąsiedztwie mostu Grunwaldzkiego, jest plac Społeczny.
To miejsce, gdzie z chłopaka wyrastałem na mężczyznę. Gdzie starszy od nas, dzieciaków, Zbigniew Paryżak pozwalał nam, cherlawym kandydatom na kulturystów, korzystać ze swojej piwnicznej siłowni. Gdzie na trawniku graliśmy do upadłego gumowymi (o skórzanych mogliśmy pomarzyć) piłkami, które niekiedy pękały pod kołami przejeżdżających w pobliżu samochodów. Gdzie na skwerkowej ławce pocałowałem pierwszą dziewczynę o imieniu Józka (jak ona miała na nazwisko? - nie mogę sobie przypomnieć), broniącą się przed moimi zalotami… ślinotokiem. Gdzie straciłem cnotę z Alą N. (jej nazwisko oczywiście pamiętam). Gdzie kolegowałem się z Teosiem Rosjanem, zafascynowanym Beatlesami i fizycznie nawet podobnym do Ringo Starra. Gdzie za postrach podwórka robił Krzysiek Gaworski, zawsze gotów do bitki o cokolwiek. Gdzie najbardziej charakterystyczną postacią był Kazio paralityk, który swe kalectwo podobno zawdzięczał rodzicom, Świadkom Jehowy, przeciwnym operacji z transfuzją krwi. Gdzie w kiosku przy przystanku tramwajowym z samego rana kupowałem „Gazetę Robotniczą”, by móc już przy śniadaniu poczytać znane mi co najmniej w przeddzień, bo przez siebie napisane, informacje. Gdzie zachodziłem od kuchni do restauracji „Pod Złotą Kaczką”, by kupować za półdarmo zupę na wynos. Gdzie na rozległym placu od czasu do czasu instalował się cyrk albo lunapark…
Ech, „to se ne vrati” - jak powiadali starożytni Amerykanie!
02.2008
To miejsce, gdzie z chłopaka wyrastałem na mężczyznę. Gdzie starszy od nas, dzieciaków, Zbigniew Paryżak pozwalał nam, cherlawym kandydatom na kulturystów, korzystać ze swojej piwnicznej siłowni. Gdzie na trawniku graliśmy do upadłego gumowymi (o skórzanych mogliśmy pomarzyć) piłkami, które niekiedy pękały pod kołami przejeżdżających w pobliżu samochodów. Gdzie na skwerkowej ławce pocałowałem pierwszą dziewczynę o imieniu Józka (jak ona miała na nazwisko? - nie mogę sobie przypomnieć), broniącą się przed moimi zalotami… ślinotokiem. Gdzie straciłem cnotę z Alą N. (jej nazwisko oczywiście pamiętam). Gdzie kolegowałem się z Teosiem Rosjanem, zafascynowanym Beatlesami i fizycznie nawet podobnym do Ringo Starra. Gdzie za postrach podwórka robił Krzysiek Gaworski, zawsze gotów do bitki o cokolwiek. Gdzie najbardziej charakterystyczną postacią był Kazio paralityk, który swe kalectwo podobno zawdzięczał rodzicom, Świadkom Jehowy, przeciwnym operacji z transfuzją krwi. Gdzie w kiosku przy przystanku tramwajowym z samego rana kupowałem „Gazetę Robotniczą”, by móc już przy śniadaniu poczytać znane mi co najmniej w przeddzień, bo przez siebie napisane, informacje. Gdzie zachodziłem od kuchni do restauracji „Pod Złotą Kaczką”, by kupować za półdarmo zupę na wynos. Gdzie na rozległym placu od czasu do czasu instalował się cyrk albo lunapark…
Ech, „to se ne vrati” - jak powiadali starożytni Amerykanie!
02.2008
sobota, 27 września 2014
Rozum i wiara
Mimo że data urodzenia Jezusa Chrystusa nie jest znana choćby w przybliżeniu (naukowe hipotezy różnią się nawet o całe lata!), to Boże Narodzenie świętujemy w Kościele rzymskokatolickim zawsze konkretnego dnia - 25 grudnia. Natomiast Wielkanoc obchodzimy corocznie w różnych terminach, mimo że data zmartwychwstania szerzej już wtedy identyfikowanego Jezusa Chrystusa powinna być znana nawet z dokładnością do kilku godzin.
Wiem: rozum i wiara nie muszą być kompatybilne, ale żeby ich niespójność wywoływała aż takie rozterki intelektualne…
01.2008
01.2008
piątek, 26 września 2014
Jakież to polskie...
Zaczynali w niesławie, stali się bohaterami - to droga, jaką przeszli żołnierze Legionów Polskich pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Mieli oni tak serdecznie dość społecznego niezrozumienia wśród rodaków swojej misji wzniecenia ogólnonarodowego powstania w zaborze rosyjskim, że w finale oryginalnej wersji wspaniałej pieśni z 1916 „My, Pierwsza Brygada” śpiewali:
„Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc - jebał was pies!”
Jednak gdy tylko nastała niepodległość, kontrowersyjny fragment ocenzurowano, przerabiając na poprawniejszy nie tylko politycznie:
„Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!”
Chciałoby się powtórzyć za Stanisławem Wyspiańskim: „A to Polska właśnie…”.
01.2008
01.2008
czwartek, 25 września 2014
Rządzącym i opozycji - do sztambucha
Politykom o moralności Kalego (takich mamy w Polsce większość!) dedykuję…
Rządzącym - anegdotę:
„Przychodzi Mosze do Juliana Tuwima.
- Mistrzu, mam pomysł na nowy szmonces.
- Słucham.
- Spotyka się dwóch Żydów…
- I co dalej?
- Dalej to już sam mistrz z pewnością coś wymyśli”.
Czy muszę dodawać, że Mosze symbolizuje polityka partii u władzy, a mistrz - pilnie poszukiwanego cudotwórcę (premier Donald Tusk nim przecież nie jest, mimo swoich przedwyborczych obiecanek).
Opozycji z kolei (z poprzednim szefem rządu Jarosławem Kaczyńskim na czele) należy się aforyzm:
„Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą - jak, żaden nie potrafi”.
Natomiast dla rządzących i opozycji razem wziętych (z tzw. lewicą włącznie) mam cytacik z Józefa Piłsudskiego:
„Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.
Sio!
01.2008
01.2008
środa, 24 września 2014
Unikatowy paluch
Panie są dość zgodne: mam - ich zdaniem - ładne dłonie.
Najbardziej wyróżnia je pewien anatomiczny - mało komu znany - szczegół. Mianowicie oba najkrótsze i zarazem najgrubsze palce są osadzone na elastycznej jak guma kości, mogę więc je odchylać, bez uruchamiania nadgarstka, we wszystkie strony, także do tyłu. Taka ciekawostka przyrodnicza. Nie spotkałem się z czymś podobnym u żadnego innego „ludzia”.
01.2008
01.2008
wtorek, 23 września 2014
A psik!
Ilekroć wychodzę z miejsca zaciemnionego na ostre słońce, tylekroć psikam. Taki mimowolny odruch.
Automatycznie psika również syn Łukasz, ale w innej sytuacji. Robi to zawsze przy pierwszym kęsie jedzonej czekolady.
poniedziałek, 22 września 2014
Metryka prawdę ci powie
Dwa akty zgonu osób, bez których nie zaistniałbym na tym świecie…
Mój ojciec, Aleksy Kłykow, urodzony 26.04.1905 w Słupcy, zmarł 24.07.1987 w Łodzi. Miał więc wtedy ponad 82 lata. Nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Najprawdopodobniej po prostu starość.
Nie przeżył mojej matki Haliny Kłykow, mimo że jej zgon nastąpił w wieku niespełna 66 lat. Urodzona 11.05.1927 w Łodzi, zmarła 8.04.1993 we Wrocławiu. Nigdy nie zapomnę, jak towarzyszyłem jej w przeddzień śmierci, gdy, cała opuchnięta, była transportowana karetką z mieszkania przy ul. Zaporoskiej (tuż przy pl. Powstańców Śląskich) do szpitala na Brochowie. Podłączona tam do kroplówki, nazajutrz już nie żyła. Wykończyły ją torbiele. Nawet leżąc, narzekała na potworne bóle.
Ojciec, starszy od matki o ponad 22 lata, w dniu swojej śmierci był… wdowcem. A to dlatego, że przeżył swoją drugą żonę Kazimierę (jej nazwisko rodowe: Wszelaka). Pamiętam, że gdy odwiedzałem ich czasem w mieszkaniu przy ul. Kaszubskiej we Wrocławiu, on przedstawiał mi ją jako swą gosposię. Z pewnością była znacznie młodsza od mojej rodzicielki!
Matka umierała jako rozwiedziona. Po rozstaniu z Aleksym miała kilku partnerów życiowych, w tym Tasiosa Cyterokisa (Greka z pochodzenia) i Józefa Kalwasińskiego (ojca mojej siostry Ani).
Z aktów zgonu rodziców wynika, że moimi babciami i dziadkami byli: ze strony matki - Stanisława Sagiejewska i Michał Cieniewski, a ze strony ojca - Otylia Jędrzejewska i Bazyli Kłykow. Nie dane mi było poznać nikogo z tej czwórki.
Jeszcze jeden ważny szczegół. Ojciec zawsze był Kłykow, matka po ślubie z nim - też Kłykow. Ja natomiast w akcie urodzenia jestem Adam Kłyków. Skąd ta kreseczka nad „o”? Ponoć to rezultat spolszczania obco brzmiących nazwisk w pierwszych latach po II wojnie światowej.
01.2008
01.2008
niedziela, 21 września 2014
Oszczędzanie na korekcie
W PRL-u teksty dziennikarskie przed ich wydrukowaniem czytali nie tylko redaktorzy i korektorzy, także składający je linotypiści i - a jakże - czujni cenzorzy. Dobrze, że te czasy minęły.
Źle, że już w III RP, gdy „Gazeta Robotnicza” przekształcała się w „Gazetę Wrocławską”, nasz wydawniczy decydent postanowił zaoszczędzić na korekcie! Przez pewien czas ograniczony do minimum zespół redakcyjnych korektorów czytał niemal wyłącznie płatne ogłoszenia, bo wszelkie błędy w nich kosztowały najdrożej.
01.2008
01.2008
sobota, 20 września 2014
Nazwisko się zgadza, zdjęcie - nie
Klasyką prasowych pomyłek jest publikowanie od czasu do czasu fotografii osób innych niż to wynika z podpisu pod zdjęciem. Zdarza się tak zwłaszcza wówczas, gdy dwie różne, mniej rozpoznawalne persony, mają identyczne nazwisko i niekiedy także imię.
01.2008
01.2008
piątek, 19 września 2014
Nie mój grzech, proszę księdza
Pod publikacjami prasowymi podpisują się - nazwiskiem lub pseudonimem - ich autorzy. Nie zawsze jednak są oni jedynymi winowajcami błędów, zauważonych dopiero po wydrukowaniu.
Teoretycznie każdy napisany przez dziennikarza tekst powinien być przeczytany przed wydrukowaniem co najmniej przez dwóch redaktorów i korektora. Ich obowiązkiem jest wyłapać pomyłki i nanieść poprawki.
W praktyce bywa różnie. Wbrew pozorom, nie byłem zadowolony, gdy np. moje felietony niekiedy trafiały na łamy gazety bez uważniejszego przeczytania ich przez kogokolwiek po drodze, w redakcji bowiem miałem opinię piszącego „czysto”, czyli takiego, po którym nie trzeba nic adiustować.
W konsekwencji zdarzały się niedoróbki i nieścisłości. Pół biedy, gdy było to „l” zamiast „ł” lub podobna literówka, jeśli nie zmieniała ona znaczenia jakiegoś wyrazu, nie czyniąc choćby „sadu” z „sądu”. Gorzej, gdy w felietonie o Iraku przejęzyczyłem się i zamiast „Bagdad” napisałem „Belgrad”. Wiadomo skądinąd, że najtrudniej robić korektę własnego tekstu - można go czytać wielokrotnie, a mimo to przeoczyć ewidentnego kiksa.
Do niniejszych wynurzeń zainspirowało mnie znalezione w starych papierach „Wyjaśnienie” z 1985, w którym przepraszam księdza parafii ewangelicko-augsburskiej w Jeleniej Górze-Cieplicach Alfreda Neumanna za nazwanie go „pastorem”. Podczas rozmowy ze mną ksiądz Neumann, mówiąc o sobie, ani razu nie użył słowa „pastor”, i ja to w napisanym wywiadzie z nim w pełni uszanowałem. Skąd więc awantura po wydrukowaniu publikacji? Ano stąd, że jeden z korektorów, bez konsultacji z autorem, przekraczając swoje kompetencje służbowe, nazwał protestanckiego duchownego po swojemu, co prawda zgodnie z definicją słownikową, ale niezgodnie z nomenklaturą obowiązującą już wówczas w polskim Kościele luterańskim.
01.2008
01.2008
czwartek, 18 września 2014
Pisane do kalendarza
Od czasu do czasu dziennikarze mają okazję legalnie dorobić poza macierzystą
redakcją. Mnie m.in. prosił Wiesiu Geras, by napisać na konkretne
tematy do redagowanego przez niego „Kalendarza Wrocławskiego” - wydawnictwa
Towarzystwa Miłośników Wrocławia.
W rocznikach 1997 i 1998 są więc moje teksty o wynikach ogólnonarodowych
głosowań w poprzednich latach. Podsumowałem wybory prezydenckie i parlamentarne
oraz referenda w sprawach powszechnego uwłaszczenia obywateli i nowej
Konstytucji RP.
01.2008
01.2008
środa, 17 września 2014
Temperamentny jak szachista
W grudniu 1994, w specjalnym wydaniu kończącej swój 45-letni żywot „Gazety
Robotniczej”, przekształcanej odtąd - po zakupie dziennika przez niemiecki
koncern wydawniczy z Passau - w „Gazetę Wrocławską”, znalazły się krótkie
wizytówki dziennikarzy redakcji, autorstwa obdarzonego tzw. lekkim piórem
Andrzeja Górnego.
O mnie napisał tak: „Jako szachista jest jedynym nadającym się na sprawozdawcę
parlamentarnego. Tylko jego temperament zniesie wolty naszych ustawodawców.
Udaje nie widzącego, że to nie szlachetne szachy opisuje, lecz grę w durnia
albo i salonowca”.
Z opinią o posłach oczywiście się zgadzam, ale co do mojego temperamentu…
Zapraszam powtarzających stereotyp o „refleksie szachisty” do partyjki blitza!
01.2008
01.2008
wtorek, 16 września 2014
Ma głowę do szachów i interesów
Z mandatem delegata z Wrocławia, pod koniec 1996 uczestniczyłem w walnym
zjeździe sprawozdawczo-wyborczym Polskiego Związku Szachowego. Na 2-dniowe
obrady do Warszawy wybrałem się z prezesem Dolnośląskiego Okręgowego Związku
Szachowego Grzegorzem Antkowiakiem.
Razem przenocowaliśmy w hotelu. Mieliśmy czas na porozmawianie
na różne tematy, ale nie zaowocowało to jakąś bliższą znajomością. Jako czynny
wówczas dziennikarz, byłem ostrożny w nawiązywaniu ściślejszego kontaktu z nim.
Wolałem utrzymać pewien dystans.
Wspominam ten epizod, bo Antkowiak, rocznik 1960, to nader interesująca postać.
Nie tylko dobry szachista, ale i liczący się biznesmen. Z wykształcenia
inżynier informatyk, absolwent Politechniki Kijowskiej. Po studiach pracował w
Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu nad konstrukcją
tzw. inteligentnej miny. W 1989 założył pierwszy z sieci kantorów wymiany walut
Gant. Potem zajął się też budową mieszkań oraz wynajmem lokali biurowych i
usługowych.
Niewątpliwie Antkowiak ma głowę do robienia interesów. W efekcie już
niejednokrotnie trafiał na listę 100 najbogatszych Polaków w dorocznym
rankingu tygodnika „Wprost”.
01.2008
01.2008
poniedziałek, 15 września 2014
Szachy na dodatek
Syn Łukasz lubił grać w szachy, ale nie traktował ich priorytetowo. Mimo to
jeszcze na przełomie lat 1991-92 był w kadrze narodowej juniorów do lat 14,
powoływanej przez Polski Związek Szachowy.
W pojedynkach w tempie klasycznym na poważnych turniejach (partii granych
towarzysko nie liczę) wygrywał z obecnymi arcymistrzami, m.in. z Pawłem
Jaraczem, Robertem Kempińskim i Bartoszem Soćką. Remisował z Piotrem Bobrasem i
Marcinem Kamińskim.
Zdobył brązowy medal w indywidualnych mistrzostwach Polski do lat 14 w Białej
Podlaskiej w 1992. Jeszcze na dwie rundy przed końcem tego finału samodzielnie
liderował, na finiszu jednak został wyprzedzony przez dwóch kolegów.
01.2008
01.2008
niedziela, 14 września 2014
Współtworzyłem scenografię
Uważam sam siebie za plastyczny antytalent, ale zdarzyło się mi być
współautorem scenografii. W 1967 wraz ze Staszkiem Porowskim i Andrzejem
Jagielskim z sekcji fotograficznej klubu „Piwnica Świdnicka” opracowałem
dekorację w postaci zestawu zdjęć wielkiego formatu do monodramu Sławomira
Kryski „Ta śmieszna pamięć”, wykonywanego przez wrocławską aktorkę Joannę
Keller.
01.2008
01.2008
sobota, 13 września 2014
Guziki z sierpem i młotem
Odnalazłem spisane na gorąco w 1967 wrażenia z mojego całodziennego
statystowania w filmie „Zabijaka” Stanisława Lenartowicza, gdzie wcieliłem się
w napoleońskiego wojaka. A to było tak:
Nie bez emocji poszukiwałem w garderobie odpowiedniego dla siebie munduru w
stosie nieco przybrudzonych i przepoconych ciuchów. Górna część ubioru „grała”
już podobno w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, zaś dolna - w „Wojnie i pokoju”
Sergiusza Bondarczuka.
Ubawiłem się, gdy przy swoich spodniach francuskiego żołnierza odkryłem,
naszyte z obu stron od stopy do kolana, guziki, na których wygrawerowano
radzieckie symbole: sierp i młot. Detale te jednak w ujęciach bez zbliżeń na
pewno nie mogły być zauważone przez widzów w kinie bądź
telewizji.
Scenę, w której wystąpiłem, kręcono na ul. Cieszyńskiego we Wrocławiu, gdzie
tło dla filmowej akcji stanowił zabytkowy Arsenał. Podczas zdjęć żar lał
się z nieba, a my, 32-osobowy oddział wojskowy, musieliśmy wielokrotnie
defilować przed kamerą w pełnym rynsztunku - umundurowani i
uzbrojeni.
01.2008
01.2008
piątek, 12 września 2014
Uważać na tytuły
Gnioty na czysto partyjne tematy mogły mieć - z braku czytelników - byle jaką
treść, ale z samymi ich tytułami - szczególnie rzucającymi się w oczy - trzeba
było uważać. Żeby przypadkiem nie puścić do druku kolumny „Krzyki przed Zjazdem
PZPR”, z prezentacją jednej z dzielnic Wrocławia o takiej właśnie nazwie.
Albo żeby pisząc o ponadplanowym czynie produkcyjnym dolnośląskich prządek, nie
wyeksponować wielkimi literami ich zbyt dwuznacznej deklaracji: „Damy szybciej,
więcej, taniej!”. A to się w historii „Gazety Robotniczej” zdarzało.
01.2008
01.2008
czwartek, 11 września 2014
Partia w działaniu
Za późnego Gomułki i wczesnego Gierka, jednym z najważniejszych dziennikarzy
„Gazety Robotniczej”, organu prasowego Komitetu Wojewódzkiego PZPR we
Wrocławiu, był kierownik działu partyjnego. Funkcję tę pełnił dość ponury z
natury Henryk Smolak, co jeszcze dodawało mu powagi. Pisywał
wypracowania o „partii w działaniu”, zazwyczaj nudnawe. Plan „paszy
objętościowej” (jak w zawodowym slangu nazywaliśmy podobne publikacje w kontrze
do „paszy treściwej”, czyli ciekawych tekstów dla normalnych czytelników)
wykonywał z reguły - jak przystało na tamte czasy - z nadwyżką. A że mało kto
je dobrowolnie czytał… Chyba nikt z politycznych nadzorców specjalnie się tym
nie przejmował. Mieliśmy zresztą uzasadnione wrażenie, że bardziej niż na
jakość zwracali oni uwagę na długość artykułów o „przewodniej sile
narodu”.
01.2008
01.2008
środa, 10 września 2014
Polityka, czyli mieszanie w układach
Dokładny tytuł mojej pracy magisterskiej z 1979, napisanej pod kierunkiem prof.
dr. hab. Mariana Orzechowskiego, brzmiał: „Potoczne wyobrażenia dolnośląskich
dziennikarzy o polityce jako zjawisku społecznym”. Był to taki studencki wkład
w kompleksowe badania kultury politycznej społeczeństwa polskiego, zainicjowane
w 1977 przez naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego.
Podstawę mojej pracy stanowiła ankieta zawierająca kilkadziesiąt pytań,
ułożonych przez prof. Orzechowskiego. Odpowiedziało na nią ok. 50 dziennikarzy,
mniej więcej co ósmy zatrudniony wówczas w dolnośląskich mediach.
Aby zanadto nie przynudzać, ograniczę się do skrótowego plonu pierwszego
pytania ankiety: „Co oznacza dla Pana (Pani) słowo „polityka”?”. Samych
definicji naukowych jest mnóstwo; odpowiedzi dziennikarzy też były bardzo
zróżnicowane - od zbliżonych do encyklopedycznych po zupełnie własne.
Politykę kojarzyli przede wszystkim z władzą (z jej zdobywaniem, sprawowaniem i
utrzymywaniem), z kierowaniem państwem i rozumianą jak najszerzej celową
działalnością społeczną.
Niektóre co ciekawsze interpretacje: „Polityka to sprawowanie władzy i
sterowanie procesami społecznymi, a także określanie celów gospodarczych:
ku czemu zmierzamy i jakimi drogami”; „Całokształt poczynań państwa jako
reprezentanta interesów wszystkich obywateli”; „Świadome działanie na rzecz
realizacji jakiegoś programu”; „Odpowiedni sposób postępowania w odpowiedniej
sytuacji”; „Mieszanie w układach”.
Pytania wprost: „Co to jest „kultura polityczna”?” w ankiecie nie było. Sam
odpowiedziałem, że rozumiem przez nią m.in. zdolność społeczeństwa do analizy
zjawisk i procesów politycznych, zakres udziału obywateli w działalności
politycznej, stan przestrzegania przez rządzących i rządzonych norm
regulujących życie polityczne.
Podkreśliłem, że istotny wpływ na poziom kultury politycznej mają media
(nazywane wówczas przeze mnie „środkami komunikacji społecznej”). Prasa, radio,
telewizja - przekazując na bieżąco nowe informacje i poddając je
interpretacji - z pewnością kształtują poglądy swych czytelników,
słuchaczy bądź widzów.
01.2008
01.2008
wtorek, 9 września 2014
Wykształciuch
Składam samokrytykę: szkolnym orłem to ja nie byłem. W
osiągnięciu lepszych wyników w nauce niewątpliwie przeszkodziły mu dłuższe
nieobecności w szkole, spowodowane wagarami.
Niemniej moje, najważniejsze dla ucznia, świadectwo dojrzałości z 1971, kiedy
jeszcze nie stawiano ocen celujących („szóstek”), nie wygląda
najgorzej. Język polski - dobry, język rosyjski - dostateczny, wiedza o Polsce
i świecie współczesnym - bardzo dobry, historia - bardzo dobry, propedeutyka
nauki o społeczeństwie - bardzo dobry, matematyka - dostateczny, fizyka -
dobry, chemia - dostateczny.
To końcowe oceny z wszystkich przedmiotów w klasie maturalnej. Może powinienem
się nieco wstydzić „czwórki” z polskiego, ale przyczyną tego zaniżonego stopnia
była zapewne nielubiana przeze mnie gramatyka.
Natomiast dyplom ukończenia studiów na „Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta we
Wrocławiu” (tak się w PRL-u ta uczelnia oficjalnie nazywała) lepiej wyglądać
nie mógł. Cytuję: „Adam Kłykow, urodzony dnia 17.12.1949 r., odbył studia
magisterskie w Instytucie Nauk Politycznych w zakresie nauk politycznych z
wynikiem bardzo dobrym i po spełnieniu wymogów określonych obowiązującymi
przepisami uzyskał w dniu 11.07.1979 r. tytuł magistra nauk politycznych”.
Dyplom ten powinienem zrobić już w 1978, był to jednak rok poważnych zmian w
moim życiu: urodzin syna i przeprowadzki z Bydgoszczy do Jeleniej Góry. To
sprawiło, że po absolutorium zabrałem się do pisania pracy magisterskiej z
pewnym opóźnieniem. Nie musiałem się zresztą spieszyć. Nikt w domu i redakcji
mnie nie poganiał do niezwłocznego wyrobienia papierka legitymującego pełne
wyższe wykształcenie.
01.2008
01.2008
poniedziałek, 8 września 2014
Szczęśliwy traf
Trafiłem na początku 2008 swą rekordową wygraną. Za „ósemkę” w multilotku za
2,50 dostałem 520 złotych (208-krotne przebicie).
Jak na regularne granie w lotto od osiągnięcia pełnoletności, to co najwyżej
nagroda pocieszenia. Jednak wciąż nie tracę nadziei na milion, trzymając
się zarazem paru hazardowych reguł.
Po pierwsze: systematycznie płacę w kolekturze dobrowolny podatek od
szczęścia - nie modląc się o fortunę niczym Żyd w starej anegdocie, w której
zniecierpliwiony Bóg rzecze do niego: „Icek, daj mi wreszcie szansę i zagraj!”.
Po drugie: nie kombinuję, co by było, gdyby… Np. gdybym pomnożył multilotkową
stawkę, to wygrałbym proporcjonalnie więcej. Znacznie bardziej prawdopodobne
byłoby bankructwo. A więc umiar nade wszystko!
01.2008
01.2008
niedziela, 7 września 2014
Magister honoris causa
Na sprezentowanej mi honorowej karcie wstępu do najbardziej znanego
wrocławskiego klubu studenckiego „Pałacyk” przed moim nazwiskiem jest słówko
„magister”. Dokument ten był ważny na rok 1969. Zrobiono więc ze mnie
absolwenta uczelni w wieku niespełna 20 lat. W rzeczywistości studia zacząłem w
1971, a skończyłem w 1979.
01.2008
01.2008
sobota, 6 września 2014
Dziecko na wesoło
Wygrzebałem też odpis trzech anegdot, które wysłałem w 1982, podpisując
się imieniem i nazwiskiem żony, do tygodnika „Kobieta i Życie”, do rubryki:
„Humor w krótkich majteczkach”. Pamiętam, że przynajmniej jeden z dowcipów
wydrukowano; nie pamiętam, który.
Oto pełna treść listu.
Łukasz (lat 4) potrafi już dobrze pisać i czytać. Lubi się tym popisywać. Na
spacerze sylabizuje napis na szyldzie: „Pie… czy… wo… Pieczywo!”. „A wiesz, co
to jest?” – pyta tata. „Wiem: chlebek, bułki, rybki”. „A dlaczego rybki?”. „Bo
mamusia też je piecze”.
Łukasz lubi oglądać mapę pogody w „Dzienniku Telewizyjnym”. Pyta w pewnym
momencie, co oznaczają pokazywane strzałki. Otrzymuje odpowiedź, że kierunki
wiatru. „Acha, oznaczają, czy wiatr jest lewy, czy prawy” - dopowiada
sobie głośno.
Łukaszowi nie smakowała pewnego dnia kapusta. „Synku - reklamuje
mama - ta kapusta jest dobra, młoda”. „Ja wolę kapustę poważną”.
01.2008
01.2008
piątek, 5 września 2014
Seks w "Europie"
Gdy w lutym 1978 rozpocząłem pracę w oddziale wojewódzkim „Gazety Robotniczej”
w Jeleniej Górze, przydzielone mi mieszkanie w uzdrowiskowej dzielnicy Cieplice
było jeszcze w budowie. Przez kilka miesięcy kwaterowałem więc na koszt
Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego w hotelu „Europa”.
Z tamtego okresu zachował się maszynopis jednego z moich felietonów, który nie
został zakwalifikowany do druku z przyczyn obyczajowych. Decydenci uznali, że
tekst jest nazbyt frywolny.
Co prawa, to prawda. Oto fragment tego felietonu:
„Mieszkałem jakiś czas w hotelu "Europa" w Jeleniej Górze. Ma on to do siebie,
że na tradycyjne pytanie, co słychać, mogę dać rozwiniętą odpowiedź, bo ściany
mają tam uszy, takie są przenikliwe (…).
Następnej nocy zostałem zbudzony gdzieś około pierwszej odgłosami z sąsiedniego
pokoju:
- Władek, kochany… Jeszcze nie… Och… Jesteś cudowny… Już, kończ… Błagam, nie
mogę dłużej…
Po kwadransie, z tego samego pokoju:
- Kocham cię, Czesiek… Jestem twoja… Ach… Tak pragnęłam z tobą… Jeszcze trochę…
Aaaa…
Do Władka i Cześka przemawiał ten sam kobiecy głos. Panowie byli zdecydowanie
mniej rozmowni”.
No proszę, jaki erotyk mi wyszedł. A może nawet pornol!
01.2008
czwartek, 4 września 2014
Różnić się z klasą
Już w III RP wymyśliłem sobie wspólną rozmowę o polityce jednego z najbardziej
radykalnych polskich antykomunistów i jednego z najbardziej ortodoksyjnych
polskich komunistów, ze mną na dokładkę. Łączyło nas chyba tylko to, że wszyscy
trzej mieszkaliśmy (i mieszkamy nadal) we Wrocławiu.
Udało się mi namówić na takie spotkanie i legendarnego lidera „Solidarności
Walczącej” z czasów stanu wojennego, doktora fizyki z politechniki - Kornela
Morawieckiego, i przewodniczącego Związku Komunistów Polskich „Proletariat”,
doktora politologii z uniwersytetu - Zbigniewa Wiktora. Obaj
zademonstrowali w redakcji „Gazety Wrocławskiej”, że można różnić się pięknie.
O zachowanie Wiktora nie musiałem się obawiać, bo znałem go osobiście jeszcze
ze studiów politologicznych jako uosobienie spokoju. Morawiecki okazał się
równie zrównoważony - nie wyglądał w każdym razie na kogoś, kto niegdyś w
telewizji symbolicznie wywracał „okrągły stół”.
01.2008
środa, 3 września 2014
Zawodnik piłki nożnej
W jednym z pudełek z dokumentami znalazłem też swoją sfatygowaną legitymację
członkowską klubu sportowego Ślęza Wrocław. Ze zdjęciem, na którym jestem bez
brody i wąsów, ale za to - o zgrozo! - pod krawatem.
Legitymacja z 1964 zaświadcza, że jestem „zawodnikiem p. nożnej” (ojejku, ale
niefortunny skrót…). I że upoważnia mnie ona do bezpłatnego wstępu na imprezy
organizowane przez Ślęzę (oprócz futbolistów, klub ten chlubił się głównie
koszykarkami).
01.2008
wtorek, 2 września 2014
Karta rowerowa
Za moich przedmałżeńskich czasów powiadało się, że kawalerowie z panienkami
współżyją „na kartę rowerową”. Na wszelki wypadek wyrobiłem ją sobie naprawdę i
jest to moje jedyne prawo jazdy.
Karta rowerowa z 1974 zaświadcza, że wykazałem się „posiadaniem kwalifikacji
niezbędnych do kierowania” rowerem lub… wózkiem inwalidzkim. Na stare lata w
sam raz.
01.2008
poniedziałek, 1 września 2014
Krzyże i odznaki
W kolekcji otrzymanych odznaczeń najważniejszy jest Złoty Krzyż Zasługi, nadany
mi 17.07.1985 uchwałą Rady Państwa. Mam też Srebrny Krzyż Zasługi, przyznany
6.12.1978. O Brązowym Krzyżu Zasługi dla mnie jakoś nie pomyślano.
Byłem blisko Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski - odznaczenia
nazywanego wtedy „chlebowym”. Za jego posiadanie bowiem dostawało się dodatek
finansowy do emerytury lub renty. Nie mam KKOOP. Nie ma już takiego specjalnego
dodatku.
Cenię sobie zwłaszcza trzy z dość licznych odznak, którymi zostałem uhonorowany:
złotą Towarzystwa Miłośników Wrocławia z 20.10.1973, „Za zasługi dla
województwa jeleniogórskiego” z 7.05.1987 i „Zasłużony działacz kultury” z
21.04.1983.
01.2008
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)