piątek, 31 października 2014

Wrocław czy Breslau

   Promocję Wrocławia w świecie utrudnia ciężka do wymówienia i napisania przez cudzoziemców polska nazwa stolicy Dolnego Śląska - zauważyła miejscowa lewicowa eurodeputowana o niełatwym z kolei dla rodaków nazwisku Lidia Geringer de Oedenberg. Miasto to mogłaby przybliżyć innym nacjom jego niemiecka (używana też w języku angielskim) wersja: Breslau - zaproponowała parlamentarzystka. No i zrobiła się awantura niemal jak za Gomułki. W czasach polowań na rewizjonistów.

   Co ja na to? A ja na to: Wrocław, czyli Breslau; Breslau, czyli Wrocław. Bez przekłamywań. Nie tylko i wyłącznie Wrocław, nie tylko i wyłącznie Breslau. Używajmy obu nazw, zgodnie z historycznymi faktami i aktualnymi przewodnikami turystycznymi.

   Podobnie przecież my, Polacy, mówimy i piszemy po swojemu np. o serbołużyckich miastach w Niemczech: Bautzen jest także Budziszynem, Cottbus - Chociebużem, Zittau - Żytawą. Nic mi nie wiadomo, aby nasi zachodni sąsiedzi mieli o to jakieś poważne pretensje.
 
02.2008

czwartek, 30 października 2014

Gry w bibliotece

   Będąc na internetowym głodzie podczas krótkiego braku naprawianego peceta, częściej niż zwykle odwiedzałem bibliotekę i czytelnię „Ikar” na moim osiedlu Kosmonautów we Wrocławiu. Jest tam pięć ogólnodostępnych komputerów. Można z nich korzystać bezpłatnie godzinę dziennie. Zazwyczaj okupują je dzieci, uruchamiając różne gry komputerowe. Trochę mnie zdziwiło, że personel na to zezwala.

   - Nie możemy zabronić - wyjaśniła jedna z bibliotekarek. - Wypożyczamy przecież nie tylko książki i prasę, także kasety wideo i właśnie gry komputerowe.
 
02.2008

środa, 29 października 2014

Skomputeryzowany

   Komputer w moim domu pojawił się w 1992. Syn Łukasz akurat kończył szkołę podstawową i zaczynał naukę w liceum. To głównie dla niego kupiłem komputer firmy Sharp. Jego pojemność nie wystarczyłaby dziś nawet do zainstalowania systemu operacyjnego.

   Obecnie używam już trzeciego komputera. Co prawda po kilkunastu dniach od zakupu zaczął hałasować jak odkurzacz, ale po naprawie gwarancyjnej ma się dobrze i spełnia wszystkie moje zachcianki.

   Drugi komputer też jest na chodzie. Sprezentowałem go córce siostry - Izie.
 
02.2008

wtorek, 28 października 2014

Misska

   Zdarzyło się mi jurorować w jeleniogórskich eliminacjach konkursu piękności Miss Polonia, starszego od konkurencyjnego Miss Polski. Jedna z uczestniczek (pozwolę sobie dyskretnie nie wymieniać nawet jej imienia) szczególnie zabiegała o moje względy.

   Wyglądała świetnie, ale tylko w ciuszkach. Gdy pokazała się w bikini, bardzo dobre wrażenie popsuł zanadto uwypuklony brzuszek. I jeszcze ta jej nieudolna próba naśladowania modelki na wybiegu: nazbyt ekspresyjny chód z karykaturalnym kręceniem tyłeczkiem… Nawet gdybym chciał na nią zagłosować, z pewnością pozostałbym w sędziowskiej mniejszości. Postanowiłem się nie wygłupiać.

   Mimo to już po imprezie niezrażone porażką dziewczę nadal próbowało nawiązać ze mną bliższy kontakt. Ja jednak byłem już wtedy „zajęty” i nie chciałem ryzykować zdrady.

   Raz pomyliła mnie na ulicy z ponoć bardzo do mnie podobnym fizycznie Bolesławem Płazą (za komuny sekretarzem propagandy KW PZPR, a po demokratycznych przemianach – księgarzem). W rezultacie miał on okazję do nawet sympatycznych, ale dość kłopotliwych żartów „między nami mężczyznami”.
 
02.2008

poniedziałek, 27 października 2014

Przekleństwo demokracji

   Uwaga, herezja! Uważam otóż, że władza w PRL, nie mając demokratycznej legitymacji do rządzenia, lepiej dbała o sprawy zwykłych obywateli, niż władza w RP, którą sami sobie wybieramy, a ona zaraz po głosowaniu ma nas „gdzieś” aż do następnej kampanii wyborczej. Po prostu kiedyś komuchy uzurpatorzy bali się gniewu ludu bardziej, niż potem solidaruchy i ich następcy z legalnymi mandatami od narodu.

02.2008

niedziela, 26 października 2014

Założyłem Tottenham

   W moim dzieciństwie na Polu Marsowym Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu znajdowało się mnóstwo boisk futbolowych. Często organizowano tam turnieje drużyn podwórkowych. I ja w nich czasem uczestniczyłem. Raz nawet sam zmontowałem cały zespół. Nazwałem go Tottenham, bo wówczas ten angielski klub był na topie. A poza tym kojarzył się Polakom ze słowami: „to ten cham”, co wielce niektórych małolatów rozweselało.

02.2008

sobota, 25 października 2014

Leśna pustynia

   Żeby zrozumieć ten paradoksalny tytuł, trzeba mieć przed oczami krajobraz po klęsce ekologicznej w Sudetach Zachodnich w latach 80. XX wieku. Szczególnie przeraził mnie rozmiar szkód na szlaku turystycznym ze Świeradowa na Stóg Izerski. Szedłem przez martwy las, z wysuszonymi drzewami. A po drodze cisza jak na pustyni - żadnego śpiewu ptaków. Tak wyglądało wspólne, destrukcyjne dzieło przemysłowych zanieczyszczeń i owadzich szkodników.

02.2008

piątek, 24 października 2014

Ja jako związkowiec

   W niewątpliwie ewolucyjnym i niemal rewolucyjnym społecznie roku 1981 sam zaangażowałem się w aktywną działalność związkową. Ani w ówczesnej prorządowej branżówce, ani w opozycyjnej wobec władzy „Solidarności”. Poszukiwałem trzeciej drogi, zwanej autonomiczną. I chyba zabłądziłem.

   Współtworzyłem w Jeleniogórskim Ośrodku Prasowym, znajdującym się wówczas u zbiegu ulic Okrzei i Pocztowej, koło Związku Zawodowego Dziennikarzy PRL. Z zachowanej dokumentacji wynika, że na zebraniu założycielskim było 9 z 13 członków, reprezentujących tygodnik „Nowiny Jeleniogórskie” oraz miejscowe placówki „Gazety Robotniczej”, „Słowa Polskiego”, Polskiej Agencji Prasowej i Telewizji Polskiej. W tajnym głosowaniu wygrałem pierwszą turę wyborów na przewodniczącego koła (dostałem sześć głosów, przy dwóch dla Artura Schabowskiego i jednym dla Zbyszka Kilara), ale odmówiłem przyjęcia tej funkcji. Tu trzeba wyjaśnić, że obligatoryjnie wybieraliśmy spośród wszystkich 13 członków, bez pytania kogokolwiek z nich wcześniej o zgodę na kandydowanie. Druga tura też nie dała rozstrzygnięcia, w trzeciej natomiast wymaganą bezwzględną większość zebrał fotoreporter Schabowski.

   Ja natomiast zostałem wybrany do 6-osobowego zarządu dolnośląskiego oddziału Związku Zawodowego Dziennikarzy PRL. A potem, z rozpędu, znalazłem się w kolegialnym, 3-osobowym kierownictwie Wojewódzkiego Zespołu Konsultacyjnego Autonomicznych Związków Zawodowych w Jeleniej Górze. Oprócz mnie, byli w nim kierownik domu wypoczynkowego „Mieszko” w Karpaczu Maria Górska (NSZZ Pracowników Funduszu Wczasów Pracowniczych w Polsce) i kierownik Spółdzielni Mieszkaniowej „Informatyk” przy tutejszych Zakładach Elektronicznej Techniki Obliczeniowej Mieczysław Sikora (ZZ Inżynierów). W szeregach lokalnego ruchu autonomicznego mieliśmy też „kadrę kierowniczą jednostek gospodarki uspołecznionej”, pracowników „Samopomocy Chłopskiej”, ochrony przeciwpożarowej, papierni, mleczarni i turystyki, a nawet przedstawicieli kominiarzy. Ponadto na prawach obserwatorów zapisali się przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości.

   Rozmawialiśmy bezpośrednio m.in. z ówczesnym ministrem do spraw współpracy rządu ze związkami zawodowymi Stanisławem Cioskiem. Jedno ze zdań sporządzonego przeze mnie protokołu z tego spotkania brzmi: „Odpowiadając na pytania oświadczył m.in., że jest za dialogiem ze wszystkimi związkami zawodowymi przy jednym, wspólnym stole”. O historycznym Okrągłym Stole wtedy, w 1981, nikt jeszcze nawet nie myślał. Stał się on faktem dopiero w 1989.

   W liście otwartym do radnych Wojewódzkiej Rady Narodowej w Jeleniej Górze, zredagowanym wspólnie przez działające na tym terenie związki branżowe (z ich szefem Bogumiłem Fiedorkiem) i autonomiczne, podkreśliliśmy: „Za zadania na dzień dzisiejszy pierwszoplanowe uważamy przywrócenie obustronnej więzi ekonomicznej między miastem i wsią oraz wyegzekwowanie w praktyce służebnej roli administracji wobec obywateli, tu bowiem widzimy źródła największych obecnie sprzeczności, rodzących najbardziej niebezpieczne dla narodu konflikty”.

   Na co dzień jako związkowiec statutowo zajmowałem się obroną interesów pracowniczych jeleniogórskich dziennikarzy. Co w realu oznaczało np. walkę - z pomyślnym finałem - o możliwość robienia przez nich zakupów na listę w kiosku wewnętrznym przedsiębiorstwa „Ruch”, znacznie lepiej zaopatrzonym niż zwyczajne kioski uliczne. Bo niemal wszystko - od papierosów, przez proszki do prania, pastę do zębów i żyletki, po… niektóre tytuły prasowe - było wtedy towarem deficytowym lub reglamentowanym. Zabiegałem też - również z sukcesem - aby niektórzy zainteresowani mogli korzystać w stołówce KW PZPR wyłącznie z obiadów jarskich. Nie oddawało się wówczas części kartek na mięso i płaciło się mniej. Ponadto pomagaliśmy sobie nawzajem w załatwianiu zapasów owoców i warzyw na zimę. Takie to mieliśmy czasy.
 
02.2008

czwartek, 23 października 2014

Związkowe pasożyty

   Działacze związków zawodowych to pasożyci, którzy żerują na zdrowych organizmach gospodarczych.

   Kto wyraził taką opinię? Janusz Korwin Mikke lub Jerzy Urban? Nie! Lech Wałęsa, twórca Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych „Solidarność”!

   Chociaż jestem czuły na sprawiedliwość społeczną, też uważam zdecydowaną większość związkowców za darmozjadów - ludzi żyjących cudzym kosztem. Zgadzam się z opinią, że kierują się oni głównie interesem własnym.
 
02.2008

środa, 22 października 2014

Przypalantował

   Do dziś niezmiennie śmieszy mnie inna zanotowana wpadka Jerzego Widomskiego, redakcyjnego specjalisty od kryminałków. Raz pomylił on personalia oskarżonego o chuligaństwo i członka kolegium do spraw wykroczeń, w rezultacie w informacji wydrukowanej w „Gazecie Robotniczej” łobuz nazywał się jak sędzia, a sędzia - jak łobuz.

   - Przypalantowałem - skomentował swoim ulubionym słowem własną nieuwagę podczas przepisywaniu z kwitu, czyli z dokumentu zwanego też żargonowo gotowcem.
 
02.2008

wtorek, 21 października 2014

Nie te lata

   Dziwne marginalia człowiek czasem uwiecznia. Np. w 1972 zapisałem sobie, że na widok pań na uroczystości z okazji Dnia Kobiet we wrocławskim Klubie Dziennikarza starszy redakcyjny kolega Jerzy Widomski zareagował słowami: „Same wykopaliska”. Wtedy mnie, młodego, to śmieszyło; obecnie, już niemal dziadka, zniesmacza. Kwestia wieku?

02.2008

poniedziałek, 20 października 2014

Bądź zdrów

   Mam własną receptę na zdrowie: jak najmniej kontaktów z lekarzami (oni zawsze ci jakąś chorobę znajdą) i jak najmniej zażywania leków (pomny starej prawdy, że katar leczony trwa tydzień, a nieleczony –-siedem dni).

02.2008

niedziela, 19 października 2014

Jestem "z prasy"

   Nie lubiłem też wymachiwać legitymacją prasową bez niezbędnej potrzeby. Zresztą wyglądałem chyba na tyle wiarygodnie albo po prostu byłem na tyle znany, że niezwykle rzadko rozmówca chciał sprawdzać moją tożsamość.

   Jednak nawet legitymacja prasowa nie wystarczała podczas obsługi wizyt politycznych VIP-ów z najwyższej półki, w tym prezydentów i premierów. Aby zbliżając się do nich na wyciągnięcie ręki uniknąć bolesnych reakcji bezpardonowych ochroniarzy (czy jak kto woli: borowików albo goryli), trzeba było sobie przypiąć lub zawiesić załatwiany wcześniej specjalny identyfikator z nazwami imprezy i redakcji, swoim imieniem i nazwiskiem, a niekiedy także z osobistym zdjęciem.
 
02.2008

sobota, 18 października 2014

Wizytówki z szuflady

   W domowych szufladach mam mnóstwo swoich wizytówek, drukowanych od czasu do czasu przez redakcję w celu rozdawania ich przy okazji dziennikarskich kontaktów. Zamiast szpanować nimi, wolałem namiary na siebie podawać ustnie.

02.2008

piątek, 17 października 2014

Bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia

   Z nauczycieli w szkole zawodowej przy wrocławskiej gazowni najbardziej zapamiętałem polonistkę. Miałem z nią kłopot, bo nie pisałem klasówek według jedynego słusznego dogmatu. Czepiała się, że moje wypracowania nie zawsze mają wstęp, rozwinięcie i zakończenie zgodne z belferską normą. Dawała do zrozumienia, że dobre oceny daje mi z łaski. Bóg zapłać - kwitowałem w myślach.

02.2008

czwartek, 16 października 2014

Ceramiczny cudotwórca

   Rodowity lwowiak Eugeniusz Niemirowski pozostanie dla mnie symbolem człowieka wolnego i szczęśliwego, choćby nawet on sam się za takiego nie uważał. Tego niezwykle sympatycznego artystę plastyka poznałem za pośrednictwem super eleganckiej żony Teodory, z którą kontaktowałem się służbowo, gdy była jedną ze współkierujących dolnośląskim oddziałem Polskich Linii Lotniczych „Lot”.

   W latach 70. XX wieku nagle - z mojego punktu widzenia - oboje przeprowadzili się z wielkomiejskiego Wrocławia do wsi Parzyce między Bolesławcem a Nowogrodźcem. Tam, w zabytkowym młynie wodnym nad Kwisą, ona zamieszkała z nim, aby on mógł poświęcić się wypalaniu w elektrycznych piecach zaprojektowanej przez siebie unikatowej ceramiki.

   Podarowane mi przez Niemirowskich ozdobne wazony - jeden z rzeźbą wojów na koniach, drugi z motywami roślinnymi i ptakami - są na honorowych miejscach wśród moich najpiękniejszych domowych pamiątek.

   A kiedy raz odwiedziłem to małżeństwo w czasie dojrzewania wiśni, wróciłem do redakcji z pełnym wiadrem tych owoców zerwanych w ich ogrodzie.
 
02.2008

 

środa, 15 października 2014

Czy ja to ja

   Znajomą zainteresowało, czy napotykam na kłopoty z biurokracją, skoro na co dzień przedstawiam się jako Kłykow, zaś w dowodzie osobistym mam wpisane: Kłyków. Wyjaśniłem, że od kiedy każdy Polak ma swój dodatkowy identyfikator w postaci numeru PESEL - nie powinienem mieć żadnego problemu. I dotychczas nie miałem. A jeśli mi się kiedyś niechcąco trafi jakiś przygłup służbista, postaram się mu poprawić iloraz inteligencji.

02.2008

wtorek, 14 października 2014

Własność i długi

   Czy wiesz, że jeśli jesteś członkiem spółdzielni mieszkaniowej i masz jakieś długi, np. w banku - lepiej mieć mieszkanie lokatorskie niż własnościowe?

   Lokatorskiego nie można co prawda sprzedać lub podarować ani wziąć nań kredytu, ale też nie podlega ono egzekucji. W przeciwieństwie do własnościowego, które po prostu może zostać zlicytowane w celu zaspokojenia roszczeń wierzycieli.

   Właścicielem mieszkania lokatorskiego jest spółdzielnia, a zameldowani w nim ludzie są tylko użytkownikami. Jeśli jednak terminowo płacą oni czynsz, mogą czuć się bezpieczniej niż ci z własnościowych. Nawet w razie decyzji o eksmisji spółdzielnia musi zagwarantować użytkownikowi lokal socjalny. Natomiast zadłużony z własnościowego może stać się po prostu bezdomny.

   Fakt, że tylko mieszkanie własnościowe przechodzi na spadkobierców. Ale nawet w razie śmierci członka spółdzielni - głównego najemcy lokatorskiego, przepisy gwarantują takie same prawo do tego lokalu jego wspólnie z nim zamieszkującym najbliższym: małżonkowi lub dzieciom.

   Nie ma przy tym żadnych różnic w czynszach i innych wydatkach związanych z utrzymaniem i eksploatacją całego budynku. Użytkownik mieszkania lokatorskiego płaci od metra czy od osoby tyle samo, co właściciel własnościowego.

   Gdyby wszyscy spółdzielcy mieli tego świadomość, pęd do przekształcania mieszkań lokatorskich we własnościowe byłby zapewne racjonalniejszy.
 
02.2008

poniedziałek, 13 października 2014

Bóg dał, Bóg wziął?

   Słyszeliście donośny głos kleru w obronie życia poczętych? Nawet głusi potakują. A słyszeliście równie gromki głos tegoż kleru w obronie życia narodzonych, którym zdarza się - mówiono o tym także podczas debaty w Sejmie - umierać w dłuuugich kolejkach do leczenia? Ja nie, chociaż z uszami u mnie raczej w porządku.

   W Polsce nie tylko służba zdrowia jest poważnie chora…
 
02.2008

niedziela, 12 października 2014

Ot, lapsusy

   Zmarły w wieku ponad 105 lat najstarszy polski żołnierz, major Stanisław Wycech, uczestnik m.in. wojny z bolszewikami w 1920, żegnany był na cmentarzu przed jednego z towarzyszy broni takimi oto słowami: „Nie wypinał piersi po ordery za nie swoje czyny, chociaż on miał do tego prawo”. Słyszałem na własne uszy, w radiu.

   Równie zabawne przejęzyczenie, ze skutkiem odwrotnym od zamierzonego, zdarzyło się mniej więcej rok wcześniej ówczesnemu wicepremierowi, odpowiedzialnemu za sprawy wiejskie Andrzejowi Lepperowi. „Niech ona zajmie się służbą zdrowia i nie niszczy rolnictwa, od tego jesteśmy my” - pouczał innego wicepremiera, ministra finansów Zytę Gilowską.
 
02.2008

sobota, 11 października 2014

Klasa próżniacza

   Nie kto inny, ino obecny premier Donald Tusk powiedział w 1998 w chwili szczerości, że nasza klasa polityczna jest „klasą próżniaczą”. Wiedział, co mówi. Wśród bliżej go znających, jest on uważany za kogoś ponadprzeciętnie leniwego. I nie dziwi ich, że bardziej od szefowania rządowi marzy się mu prezydentura. Głowa państwa bowiem to ma klawe życie: mało roboty, dużo zaszczytów. Pełni sobie honory pierwszego obywatela kraju i jakoś ten czas leci…

   Pewnie się narażę demokratycznej większości rodaków, ale pozwolę sobie wyrazić zdumienie ich naiwną wiarą w łagodne i życzliwe usposobienie Tuska. Nie zauważają oni na nim wizerunkowego, pijarowskiego pudru. Wydaje się im, że Tusk jest kimś zdecydowanie bardziej kochającym cały elektorat, niż poprzedni premier Jarosław Kaczyński i jego brat Lech - nadal prezydent. Tymczasem swój trafił na swoich: lider Platformy Obywatelskiej bywa równie małostkowy, jak jego związani z Prawem i Sprawiedliwością dwaj główni antagoniści.
 
02.2008

piątek, 10 października 2014

Jaś weredyk

   Korci mnie, aby naszym tubylczym politykom - mistrzom hipokryzji zadedykować pewną aluzyjną anegdotkę… A niech tam, uczynię to, zamieniając jeno wiewiórkę ze znanego dowcipu (co to jest: małe, rude, je orzeszki i skacze po drzewach?) na postać równie sympatyczną, by nie obrażać zanadto czyichkolwiek uczuć religijnych.

   Zakonnica katechetka zadaje dzieciom zagadkę:  

   - Kto to jest: duży, ma długą białą brodę, czerwony strój i worek z prezentami.  

   Zgłasza się Jaś:  

   - Na 99 procent Święty Mikołaj, ale jak znam siostrę, to może być Pan Bóg.  

   Prawda, że Jaś ma zadatki na polityka? Trochę jeszcze za szczery z mówieniem, co myśli, ale w miarę wzrastania pojmie, że robieniu kariery w III RP weredyzm nie sprzyja.  

   Amen.
 
02.2008

czwartek, 9 października 2014

Manipulatornia

   Były minister sprawiedliwości Zbigniew „Zero” Ziobro z pewnością nie jest bohaterem mojego romansu. Jego działalność publiczną oceniam bardzo krytycznie. Mam więc tym większe prawo do obrony Ziobry przed dziennikarskim skurwysyństwem. Przed manipulowaniem faktami na jego niekorzyść.

   Ziobro jest zapewne - podobnie jak ja! - technicznym idiotą, nieznającym się na komputerowych wnętrznościach i tajnikach ochrony zawartości twardych dysków. Zrobił co zrobił: uszkodził służbowego laptopa, przyznając się do tego „morderstwa”.

   Co zrobiła telewizja TVN itp. media, niechętne - jak ja - Prawu i Sprawiedliwości, sprzyjające - jak nie ja - Platformie Obywatelskiej? Nagłośniły, że obecny rząd żąda od Ziobry pieniędzy za naprawę sponiewieranego sprzętu, przemilczając zarazem wyjaśnienia atakowanego za wandalizm, że wcześniej on sam chciał za zniszczenia zapłacić i parokrotnie domagał się wystawienia mu rachunku za wyrządzoną szkodę.

   Szczególnie rażącym dowodem manipulacji części przekaziorów jest zupełne pomijanie w nich rozważań byłego ministra sprawiedliwości z PiS, co by było, gdyby po zwróceniu laptopa swoim następcom z PO niewymazane z niego dane zostały wykorzystane przez przeciwników politycznych do oskarżenia go o nienależyte wywiązywanie się z obowiązku ochrony tajemnicy państwowej? Łatwo przecież sobie wyobrazić jakiś kontrolowany przeciek (np. do TVN) i jeszcze poważniejszą awanturę na całą Polskę.

   Koledzy żurnaliści! Ani politycy PiS to same diabły, ani politycy PO to same anioły. Znajcie proporcjum, mocium panowie. I bądźcie bardziej obiektywni.
 
02.2008

środa, 8 października 2014

Pasje

   I jeszcze jeden cytacik z tegoż kalendarzyka: „Pasjonują mnie film, muzyka rytmiczna, fotografia i blondynki”. Tak było!

02.2008

wtorek, 7 października 2014

Ale kino!

   W tymże kalendarzyku - „filmy na medal”. Wymieniłem cztery: polski „Popiół i diament”, francuski „Kobieta i mężczyzna”, angielski „Powiększenie” i amerykański „Chłodnym okiem”.

   Z tego ostatniego zapamiętałem zwłaszcza pierwszą, jakże symboliczną sekwencję. Oto dwóch dziennikarzy najpierw filmuje wypadek drogowy, a dopiero potem telefonuje po pomoc dla jego ofiar. Profesjonalizm i znieczulica w jednym. Na mnie, młodym wówczas pismaku, ta scena zrobiła wrażenie i dała do myślenia.

02.2008

poniedziałek, 6 października 2014

Ideał

   W ocalałym osobistym kalendarzyku na rok 1970 na najbardziej eksponowanym miejscu zapisałem: „Moja złota myśl: ideał nie musi być pomnikiem”. O kim to?…
 
02.2008

niedziela, 5 października 2014

Tylko płakać

   Wybiórcza pamięć zachowała na starość dwa zdarzenia z dzieciństwa, po których wyjątkowo długo i głośno płakałem.

   Ryczałem zwłaszcza wówczas, gdy jakiś wyrostek wyrwał mi z rąk dopiero co kupioną bambusową wędkę i uciekł z łupem w nieznane. Stało się to, kiedy próbowałem nią łowić ryby w Ślęzie na odcinku między Partynicami a Kleciną na peryferiach Wrocławia.

   Ryczałem także, gdy matka wyrzuciła mnie na kilka godzin z mieszkania, bo kupiłem bochenek chleba, który miał zbyt spaloną skórkę. Nie mogłem go wymienić w piekarni, bo po drodze do domu zdążyłem go spróbować.

02.2008

sobota, 4 października 2014

Granice intymności

   Lubię używać pewnych słów brzmiących nad wyraz pieszczotliwie. Zaliczam do nich np. nazywanie dojrzałej kobiety „niegrzeczną dziewczynką”, jej rąk - „łapkami”, a ust - „dzióbkiem”. W jakich sytuacjach i z kim sobie na coś takiego pozwalałem? To właśnie jest nie na sprzedaż.

02.2008

piątek, 3 października 2014

Granice prywatności

   Nie rozumiem tego ogólnonarodowego hałasu, jakoby popularny portal Nasza Klasa nie chronił należycie danych osobowych jego użytkowników, chwalących się np. swoim majątkiem itp. sukcesami, mimo że czytelnikami mogą być nie tylko ich serdeczni i życzliwi koledzy ze szkoły. Każdy z internautów powinien sam wiedzieć, co może, a czego nie powinien tam ujawniać.

   Ja w swoim blogu, deklarując i urzeczywistniając szczerość jak na spowiedzi, staram się nie przekraczać pewnych granic prywatności. A ponieważ nie jestem jakimś przestępcą, mam do ukrycia co najwyżej najintymniejsze szczegóły swego pozapublicznego życia, i to bardziej z uwagi na dobro osób, o których piszę, niż ze względu na fakty, które dotyczą mnie bezpośrednio. Osobiście nie mam nic przeciwko skandalizowaniu, byle nie cudzym kosztem. Wszak nie wszystko na tym świecie jest na sprzedaż.

02.2008

czwartek, 2 października 2014

Jedyna spowiedź

   Spowiadałem się księdzu tylko raz w życiu, podczas pierwszej komunii w kościele na wrocławskiej Klecinie. Wydawało się mi, że jestem bezgrzeszny, miałem więc kłopot, by w ogóle coś powiedzieć. Bardziej z przymusu niż z przekonania przyznałem się do kradzieży owoców z cudzych ogródków działkowych. I proszę sobie wyobrazić, że dostałem rozgrzeszenie.

02.2008

środa, 1 października 2014

Syn brata

   Na przełomie 2007 i 2008 niespodziewanie zatelefonował do mnie w ogóle mi dotychczas nieznany z widzenia Łukasz Cybulski, syn mojego młodszego brata Edka. Poprosił o spotkanie, no i zobaczyliśmy się po raz pierwszy.

   Zrobił na mnie dobre wrażenie. Podobny do ojca, fizycznie przypomina Rafała Kubackiego (mimo że nie jest aż tak potężny). Wygadany. Sympatyczny.

   W pierwszej kolejności zapytał o babcię Halinę, czyli moją i Edka matkę. Odpowiedziałem, że nie żyje już od blisko 15 lat i jest pochowana na cmentarzu komunalnym na Grabiszynku we Wrocławiu.

   Ja z kolei byłem ciekaw, co się dzieje z Edkiem, którego ostatni raz widziałem w 1987 w Łodzi na pogrzebie naszego ojca Aleksego. Wiedział niewiele poza tym, że żyje gdzieś w Niemczech, założył tam nową rodzinę z Niemką i po raz wtóry zmienił nazwisko, tym razem na Gorecki.

   Nie mogłem nie skojarzyć, że Łukasz urodził się w 1978. W tym samym roku co mój syn o identycznym imieniu. Zbieżność jest zupełnie przypadkowa. Z pewnością z Edkiem niczego nie uzgadniałem, bo nie miałem z nim wówczas żadnego kontaktu.

   Mój bratanek jest jeszcze kawalerem, przy czym to właśnie jego dziewczyna, zainteresowana rodzinnymi korzeniami swego chłopaka, zainspirowała go do spotkania ze mną. On sam skończył szkołę gastronomiczną i był ostatnio szefem kuchni „Pod Lutym (czyli srogim) Turem” w podwrocławskiej miejscowości Borowa - dokąd ma niedaleko, bo mieszka na Psim Polu.
 
02.2008