Mało kto wyprowadza mnie z równowagi bardziej niż osoby palące papierosy w
windach oraz pod wiatami na przystankach tramwajowych lub autobusowych.
Narażony na wdychanie nikotynowego dymu, myślę o swoich trucicielach
jednoznacznie: co za chamidła!
12.2007
Rekonstrukcja i kontynuacja bloga założonego 11.11.2007, ocenzurowanego na początku marca 2014 przez anonima z Onetu i szefową Salonu24 - Bognę Janke pod dyktando prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu - sędzi Ewy Barnaszewskiej albo (sprawa jest zagadkowa, stąd ta alternatywa) jakiegoś pożytecznego idioty. Zapraszam też do lektury adam-klykow.blogspot.com i adamklykow.bloog.pl
czwartek, 31 lipca 2014
środa, 30 lipca 2014
Uroda i urok
Skoro o poezji i poetach, to muszę też jeszcze wspomnieć o innej wrocławskiej
autorce licznych wierszy i mojej znajomej zarazem - Mariannie Bocian. Stanowiła
niemal wzorcowy przykład kobiety nie grzeszącej urodą, ale mającej niezwykły
urok. Mimo kłopotów ze zdrowiem, była zawsze uśmiechnięta i życzliwa wobec
otaczających ją ludzi. Też chciałbym taki być, ale… life is brutal!
12.2007
12.2007
wtorek, 29 lipca 2014
"Czy" liczebne
Marek Garbala wrocławskim poetą był, nie wielkim, ale też nie małym. Spośród
moich znajomych wyróżniał się wykwintnym, pedantycznym językiem. Potrafił
wybrzydzać, gdy ktoś wysławiał się niezbyt poprawnie czy nazbyt kolokwialnie.
Tym bardziej śmieszył mnie pewien jego logopedyczny defekt: zamiast np. „trzy”
wymawiał „czy”.
Zupełnie jak w jednym ze skeczów kabaretu Dudek, tym o sęku. Jeden Żyd (w tej
roli Edward Dziewoński) zamawia w centrali telefonicznej rozmowę międzymiastową
z drugim Żydem (granym przez Wiesława Michnikowskiego) tymi oto słowy: - Poproszę
Lubartów czysta czydzieści czy. Nie „czy” pytajne, tylko „czy” wzięte
liczebniczo!
12.2007
poniedziałek, 28 lipca 2014
Pan poeta...
Próbowałem pisać również wiersze, a właściwie piosenki, ale jakoś mnie to nie
kręciło. Do poetów mam zresztą stosunek dość podejrzliwy. Przypuszczam, że
łatwiej im niż prozaikom uprawiać hochsztaplerkę i grafomaństwo. A także
ukrywać intelektualną pustkę i utrwalać swoje poczucie wyższości nad innymi
literatami gadaniem, że kto nie rozumie głębi ich twórczości, ten jest głąbem.
Zresztą uprawiać poezję na wysokim poziomie naprawdę coraz trudniej. Zawsze
powtarzam, że ten, kto pierwszy przyrównał w wierszu kobietę do kwiatu,
zasługuje na miano geniusza, ale każdy następny jest już li tylko powielaczem
coraz większego banału.
12.2007
niedziela, 27 lipca 2014
Kosz pod Krokwią
Występowałem też w reprezentacji dolnośląskich żurnalistów na mistrzostwach
Polski dziennikarzy w koszykówce, organizowanych zawsze w Zakopanem w
Centralnym Ośrodku Sportu w pobliżu skoczni narciarskiej na Krokwi. Nasza
drużyna była jedną ze słabszych w stawce, ale liczył się udział i… tzw.
dodatkowe atrakcje.
12.2007
sobota, 26 lipca 2014
Dokopać aktorom
Najliczniejszą publiczność miałem na stadionie wrocławskiej Ślęzy podczas
regularnych niegdyś meczów piłkarskich między dolnośląskimi dziennikarzami i
aktorami. Grałem w nich przeważnie w ataku na pozycji prawoskrzydłowego. Rajdy
wzdłuż linii autowej i centry do kolegów z drużyny na pole karne - to była
moja specjalność. Raz sam strzeliłem gola decydującego o wygranej. Puścił go
wtedy bodajże Zdzisław Kuźniar. Pamiętam, że bramki artystów bronił też Bruno
O’ya. Jego nie udało się mi pokonać.
12.2007
piątek, 25 lipca 2014
Dyplomatołki - tak, bydło - nie!
Cenię sobie Władysława Bartoszewskiego, jak chyba każdy wykształciuch.
Trafił - moim zdaniem - celnie, gdy ludzi Lecha i Jarosława
Kaczyńskich, kreujących polską politykę zagraniczną, zbyt proamerykańską
i za mało europejską, za bardzo antyniemiecką i antyrosyjską, nazwał
„dyplomatołkami”.
Tym bardziej poczułem się zniesmaczony innym stwierdzeniem
Bartoszewskiego. Niewątpliwie chybił, przyrównując zwolenników Prawa i
Sprawiedliwości do „bydła”. Nawet mnie, też mającemu o elektoracie tej partii
kiepskie mniemanie i potrafiącemu wyrażać się nader dosadnie, taka metafora
wydała się i krzywdząca, i niedopuszczalna.
Profesor Bartoszewski zanadto się zagalopował. Tak bywa, kiedy ktoś namaszczony
na dyżurny autorytet kraju za bardzo się rozochoci i zapomni o wskazówce
niejakiego Cypriana Kamila Norwida, by „odpowiednie dawać rzeczy słowo”.
12.2007
czwartek, 24 lipca 2014
Radiowiec z przypadku
W ciągu prawie 38-letniej pracy dziennikarskiej miałem zaledwie 3-miesięczny
epizod w redakcji pozaprasowej. Osiedlając się z żoną w 1975 w Bydgoszczy,
nikogo tam nie znałem i poniekąd z konieczności skorzystałem z jedynej wówczas
oferty zatrudnienia w tamtejszej rozgłośni radiowej. Znalazłem się w ekipie
reporterskiej. W jej składzie był też m.in. Konstanty Dombrowicz, obecny
prezydent Bydgoszczy.
Zanim zdążyłem się oswoić z radiową techniką, przede wszystkim ze sklejaniem
taśmy magnetofonowej (ech, to wycinanie różnych „eee” , „aaa” i innych
przeszkadzających w słuchaniu dźwięków) - dostałem etat w „Dzienniku
Wieczornym”, a po kolejnych 14 miesiącach przez cały rok, do czasu powrotu na
Dolny Śląsk, byłem kierownikiem działu miejsko-terenowego „Ilustrowanego
Kuriera Polskiego,” do którego skaperował mnie jego ówczesny redaktor naczelny,
jeden z liderów Stronnictwa Demokratycznego, poseł i przewodniczący sejmowej
komisji kultury Witold Lassota.
12.2007
środa, 23 lipca 2014
Kredo
W pracy dziennikarskiej kierowałem się jedną podstawową zasadą: „Nie piszę, co
wiem - wiem, co piszę”. Odpowiedzialność za słowo, ale bez paraliżującej
autocenzury.
Znacie porzekadło: „Mądry zawsze ustępuje głupszemu i dlatego świat jest taki”?
Ja chyba zbyt mądry nie jestem, bo na ludzką głupotę - zwłaszcza gdy ona trafia
we mnie - reaguję wręcz agresywnie. Nie dam z siebie robić ofiary czyjegoś
umysłowego niedorozwoju. Skrzywdzony i nie przeproszony - kontratakuję
bezlitośnie.
Jeśli miałbym coś do zarzucenia samemu sobie w życiu prywatnym, to przede
wszystkim trzymania się jeszcze jednej zasady: „Mówię, co myślę”. W naszym
zakłamanym społeczeństwie znacznie bardziej opłacalna jest postawa dwulicowa;
obłudnikom wiedzie się po prostu lepiej…
12.2007
wtorek, 22 lipca 2014
Omijanie cenzury
Jak tu sprytnie oszukać cenzora… Gdy się to udawało, mało co dziennikarzowi w
PRL-u sprawiało większą przyjemność zawodową.
Np. przez jakiś czas obowiązywał cenzorski zapis na publikowanie czegokolwiek
na temat przerwanej z przyczyn politycznych budowy rotundy „Panoramy Racławickiej”
we Wrocławiu. Ale o nieporządkach „w pobliżu Muzeum Śląskiego” (obecnie Muzeum
Narodowe) można było napisać i nawet to wydrukować bez narażania się na przykre
konsekwencje służbowe. Wiem, bom spróbował. Gratulowali mi potem nawet sami
cenzorzy - w kontaktach prywatnych, ma się rozumieć.
12.2007
poniedziałek, 21 lipca 2014
Samobójstwo cenzora
Miałem wśród cenzorów autentycznego przyjaciela - Bolka Bąka. Urzędował w
jeleniogórskiej placówce GUKPPiW, w jednym z pokojów w drukarni tuż przy placu
Ratuszowym. A ponieważ między przykładaniem akceptujących lub odmownych
pieczątek na różnych drukach (nawet projekty powielanych zaproszeń na śluby i
wesela musiały mieć taki stempelek!) trochę się mu nudziło, niejednokrotnie
wpadałem do niego na pogaduszki i przede wszystkim na partyjkę szachów.
Gdy nastała „Solidarność”, popełnił samobójstwo. Powiesił się.
12.2007
niedziela, 20 lipca 2014
O polityce bez cenzury
Na tematy czysto polityczne, zgodne z moim wykształceniem, zacząłem pisać
dopiero po przemianach ustrojowych w 1989, kiedy zlikwidowano Główny Urząd
Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk - organ państwowej cenzury.
Wcześniej wolałem zajmować się dziurami w jezdniach.
12.2007
sobota, 19 lipca 2014
Szef Balicki
Z moich licznych szefów - redaktorów naczelnych najbardziej wpływową
postacią był Zdzisław Balicki. Ten partyjny aparatczyk, awansowany nawet na
zastępcę członka (jak to brzmi!) Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR w
latach 1988-90, zaskakująco dobrze zaadaptował się w środowisku dziennikarskim,
niewątpliwie bowiem potrafił pisać na profesjonalnym poziomie.
Kiedy w l. 1973-1980 i 1982-1983 kierował „Gazetą Robotniczą” (w międzyczasie, w l.
1980-8191, przewodniczył Radiokomitetowi, czyli publicznemu radiu i
telewizji) - wyrażał opinię o mnie, że wprawdzie jestem dobrym reporterem,
ale za mało zaangażowanym politycznie. Z perspektywy czasu ta na pozór
krytyczna ocena brzmi jak wyjątkowy komplement.
Miałem szczególną satysfakcję, gdy w gorących dniach reaktywowania się ruchu
„Solidarność” w 1989, Balicki, wówczas I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR
we Wrocławiu, zażyczył sobie, abym to właśnie ja przeprowadził z nim wywiad do
„Gazety Robotniczej”. Nie miał nawet nic przeciwko, gdy rozmawiałem z nim per
„pan”, a nie - jak wypadało z funkcjonariuszem partyjnym -
„towarzyszu”.
12.2007
12.2007
piątek, 18 lipca 2014
"Szmaja" aparatczyk
Wieczny aparatczyk. Miał do mnie żal, że pisałem tak o nim w „Gazecie Wrocławskiej”.
Dla znajomych - „Szmaja”. Ksywa niewyszukana, bo od nazwiska. Prawa (a
właściwie lewa) ręka liderów lewicy od końcówki PRL przez całą III RP do dziś.
Przetrwał Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i Leszka Millera, przetrwa
zapewne i Janusza Olejniczaka.
Normalną pracą raczej się nie shańbił. Rodowity wrocławianin, już podczas
studiów w tutejszej Akademii Ekonomicznej zaangażował się w działalność w ruchu
młodzieżowym. Był m.in. przewodniczącym Zarządu Głównego Związku
Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, kierownikiem Wydziału Organizacyjnego
Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, sekretarzem
generalnym Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Klubu
Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ministrem obrony narodowej, a
także pełniącym obowiązki ministra spraw wewnętrznych i administracji. Obecnie
jest wicemarszałkiem Sejmu.
Fizycznie misiowaty, przypomina JFK (Johna Fitzgeralda Kennedy’ego). I wydaje
się pozować na niego choćby tą niezmienną, chłopięcą grzywką. Sympatyczny w
sposobie bycia, bynajmniej nie bucowaty. Niezwykle zrównoważony.
Potrafił sobie zbudować wierny elektorat w jeleniogórsko-legnickim okręgu
wyborczym (w Sejmie jest już po raz siódmy). On sam w tzw. terenie robi tylko
dobre wrażenie, resztę załatwiają za niego współpracownicy z jego licznych biur
poselskich.
Ma amatorskie sukcesy w grze w tenisa. Interesuje się nie tylko biernie także
piłką ręczną i koszykówką.
Taki jest mój subiektywny portret mamuta dolnośląskiej polityki - Jerzego
Szmajdzińskiego.
12.2007
czwartek, 17 lipca 2014
Co gorsze: seks czy przemoc?
Jestem z kraju, w którym kołtunieria wciąż trzyma się mocno.
Proszę zauważyć, jak tzw. obrońcy wartości chrześcijańskich histerycznie
reagują na treści erotyczne. Niemal wszystko, co intymne w stosunkach
damsko-męskich, to dla nich pornografia. Zarazem nie słychać, aby równie
głośno protestowali oni przeciw fali przemocy. A przecież w takiej telewizji
znacznie więcej zabijania i krwawych scen typu: „ręka, noga, mózg na
ścianie”, niż seksu pana z panią.
Precz z Dulską i zakłamaną moralnością! Niech żyje Doda i wolna miłość!
Precz z Dulską i zakłamaną moralnością! Niech żyje Doda i wolna miłość!
12.2007
środa, 16 lipca 2014
Męska uroda
Daltonistą nie jestem, ale mam kłopoty z rozróżnianiem kolorystycznych
subtelności. - To taka męska uroda - pocieszyła mnie kiedyś okulistka
podczas jednego z okresowych badań w przychodni medycyny pracy.
Bardziej martwi mnie pogarszanie się wzroku. Co prawda czytam wciąż bez
okularów, ale do oglądania telewizji muszę je zakładać.
12.2007
wtorek, 15 lipca 2014
Zegarek komunijny
Podobno jestem ochrzczony. Dokumentu na to jednak nie mam. Na pewno natomiast
zaliczyłem pierwszą komunię. Dowodem pamiątkowe zdjęcie, na którym ostentacyjnie
wyeksponowałem pokaźny zegarek na rękę - prezent z tej okazji.
Nie pamiętam, jakiej marki był to czasomierz. Może NRD-owska „Ruhla”, może
radziecka „Pobieda”. Zapewne któryś z wówczas najtańszych. I konkurujących
ze sobą o miano najszybszego na świecie.
12.2007
poniedziałek, 14 lipca 2014
Co do minuty lub wcześniej
Punktualność mam we krwi. Jeśli to możliwe, staram się nawet postępować wedle
wyprzedzającej maksymy: co masz zrobić jutro - zrób dziś. Spóźnialskich
raczej nie toleruję. No, chyba że jest to np. znany z tej wady Władysław
Frasyniuk.
12.2007
niedziela, 13 lipca 2014
Ambiwalentność uczuć
Są osoby, które bardzo lubię i… które mnie denerwują jednocześnie. Takimi
ambiwalentnymi uczuciami darzę np. wrocławskiego dziennikarza sportowego
Andrzejka Lewandowskiego. Prywatnie - świetny kolega. Jakże jednak trudny
we współpracy, ze swoimi skłonnościami do nagłego znikania nie wiadomo gdzie i
do pisania obiecanych tekstów na ostatnią chwilę.
12.2007
sobota, 12 lipca 2014
Popierali się
Przed - miałem tremę, gdy jako początkujący wywiadowca prasowy umówiłem
się na rozmowę z trzema takimi artystami naraz. Po - wracałem do
redakcji zadowolony.
Najrzadziej odzywał się Piotr Szczepanik, smutas z natury. Za najbardziej
wygadanego robił Jacek Fedorowicz, właściciel wyrafinowanego poczucia humoru.
Natomiast duszą towarzystwa był Bohdan Łazuka, non stop gotów do żartów. Na
przełomie lat 60. i 70. XX wieku tercet ten występował razem w programie
rozrywkowym „Popierajmy się”.
Zapakowałem się razem z nimi do autokaru firmy estradowej i kibicowałem im
podczas koncertów w paru dolnośląskich miejscowościach (dziś już nie pamiętam, w których konkretnie). To była typowa
chałtura, ale na dobrym poziomie.
Po powrocie do Wrocławia, Łazuka odłączył od podążających do hotelu Fedorowicza
i Szczepanika, biorąc ze mną kurs na Klub Dziennikarza. Tam szybko sam
zaproponował bruderszaft, byśmy mogli sobie mówić po imieniu.
12.2007
piątek, 11 lipca 2014
Szachy w kurniku
Chętnie zaglądam do Kurnika - internetowej strony z różnymi grami na żywo.
Interesują mnie tam tylko szachy. Pojedynkowanie się z partnerami
niejednokrotnie z drugiego końca świata jest dla mnie i przyjemne, i
emocjonujące. Bardziej niż bierne kibicowanie przed telewizorem
teleturniejowiczom czy sportowcom. Dobieram sobie przeciwników o mniej więcej
równych umiejętnościach, które można ocenić po punktach rankingowych. Bo
wygrywać ze słabeuszami to żadna satysfakcja, a na przegrywanie ze znacznie
silniejszymi też szkoda czasu.
12.2007
czwartek, 10 lipca 2014
Byłem multimilionerem
Mało kto z urodzonych w Polsce po 1.01.1995 będzie milionerem. Ja, podobnie jak
zdecydowana większość dorosłych rodaków żyjących przed tą datą, byłem nawet
multimilionerem. Do czasu denominacji złotego. Jak wiadomo, ostatnia reforma
naszego pieniądza polegała na obcięciu mu czterech zer.
12.2007
12.2007
środa, 9 lipca 2014
Mogłem być Łazarzem
Moi rodzice chcieli przy wyborze imienia dla mnie zdać się na los. Miałem być
podwójnym solenizantem w dniu urodzin.
Przyszedłem na świat dokładnie 58 lat temu, 17 grudnia. A tego dnia imieniny
obchodzi Łazarz! Biblijny przyjaciel Jezusa Chrystusa, przez niego wskrzeszony.
Patron grabarzy, rzeźników, trędowatych i żebraków.
Na szczęście rodzice rozmyślili się i wybrali z kalendarza Adama, świętującego
tydzień później. Jestem im za to wdzięczny, bo imię pierwszego człowieka na
Ziemi bardzo mi się podoba.
12.2007
12.2007
wtorek, 8 lipca 2014
Komiksowy bubel
Dziennikarskie dinozaury „Gazety Robotniczej” są zgodne, że koniec polskiego i
początek niemieckiego właścicielstwa tego dziennika po nastaniu III RP to w
dużej mierze zasługa ówczesnego redaktora naczelnego Andrzeja Bułata i jego
szwagra Staszka Drozdowskiego.
Obaj za redakcyjne pieniądze zrealizowali swój świetny - w ich mniemaniu - pomysł wydawniczy, reklamowany jako pierwszy w naszym kraju komiks
fotograficzny (te rysunkowe cieszyły się wówczas dużą popularnością). Jednak
zamiast dochodowego sukcesu, była finansowa klęska. Zabrakło - drobiazg - czytelników,
a ściślej: oglądaczy. Niemal cały nakład zalegał najpierw w kioskach, potem w
magazynie, aż w końcu został przemielony na makulaturę, bo samo przechowywanie
bubla też dodatkowo kosztowało.
Gazeta popadła w długi i groziła jej nawet likwidacja. Jedyną szansą na ratunek
stała się stopniowa prywatyzacja tego tytułu prasowego, co też nastąpiło.
12.2007
12.2007
poniedziałek, 7 lipca 2014
Wymiana kartkowa
Oprócz talonów na towary luksusowe, w PRL-owskim obiegu przez pewien czas były
też kartki na reglamentowane produkty codziennego lub częstego użytku - od
cukru po mięso. Obowiązywały w latach, w których tzw. przejściowe niedobory
stały się zjawiskiem permanentnym.
Jako niepalący i niepijący, zamieniałem się z uzależnionymi od używek na
słodycze. Ja im odcinki na papierosy i alkohol, oni mnie – na „wyroby
czekoladopodobne”. Smakowały bardziej niż dzisiejsze cymesy. Ale wtedy nie
brakowało na rynku chyba tylko octu.
12.2007
12.2007
niedziela, 6 lipca 2014
Cenniejszy od pieniędzy
W PRL-u byłem wśród szczęśliwcow, którzy dostali od ówczesnej władzy talon na
fiata 125p. Po czym jako jeden z nielicznych zwróciłem ten prezent darczyńcom.
Nie dlatego, że poczułem się korumpowany. Dlatego, że po prostu nie chciałem
się zmotoryzować.
Młodzieży, która może „nie kumać”, muszę wyjaśnić, że w tamtych czasach nie
wystarczylo mieć pieniądze, by zwyczajnie kupić jakikolwiek samochód, choćby
tylko „malucha”. Trzeba było mieć przede wszystkim właśnie ów talon.
12.2007
12.2007
sobota, 5 lipca 2014
Prywatki u Ani
W młodości, gdym jeszcze kawalerem był, lubiłem weekendowe prywatki u bardzo
gościnnej Ani Piwowarskiej. Mieszkała ona wtedy na wrocławskim osiedlu Zachód,
na szczycie wysokiego bloku z wielkiej płyty na rogu ulic: Legnickiej i Młodych
Techników. Wydawała się być szczęśliwą żoną i matką. Sądziłem, że gospodarze
domu są parą idealną. Ale czas pokazał, że nic nie trwa wiecznie. I to
małżeństwo też się rozpadło…
12.2007
12.2007
piątek, 4 lipca 2014
Balety przy jazie
Zabytkowy obiekt elektrowni wodnej przy jazie obok mostu Pomorskiego to
najbardziej niezwykłe miejsce we Wrocławiu, gdzie jako nastolatek spędziłem
parę nocy na prywatkach. Kwaterował tam znajomy student Jurek Sarosiek. A że
lubił „balety” i towarzystwo - ja też tam byłem i się bawiłem. Jakoś najbardziej
zapamiętałem głupi dowcip aktora Gienka Priwieziencewa, który schował koledze
buty i potem nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest skrytka.
Żenia już nie żyje - zmarł na boreliozę po ukąszeniu kleszcza.
12.2007
12.2007
czwartek, 3 lipca 2014
Legendy Klubu Dziennikarza
Będąc młodym pismakiem - szalejącym reporterem miejskim „Gazety Robotniczej”,
nie miałem trudności z poznawaniem atrakcyjnych dziewcząt. Lubiłem się z nimi
pokazywać we wrocławskim Klubie Dziennikarza. Tak ja, szczeniak, próbowałem
zaimponować starszym samcom, bywalcom tej placówki. I żeby oni zazdrościli mi
powodzenia, ma się rozumieć. W rzeczywistości różnie z tym moim wzięciem „u
panienek” bywało. Nie zawsze mi się z nimi farciło.
Jednak jedną z największych sensacji wywołało moje pojawienie się raz w klubie
z mężczyzną - Marianem Wallek-Walewskim, poznanym na obozie młodych twórców w
Augustowie, dojrzałym już, znanym krytykiem muzyki poważnej z Katowic. Uważano
go bowiem za miłośnika chłopców (słowo daję, że nawet nie próbowałem
sprawdzać).
W klubie nie tylko się relaksowałem, także pracowałem. M.in. przeprowadziłem w
nim wywiad z twórcami kultowego „Rejsu”: reżyserem Markiem Piwowskim i
scenarzystą Januszem Głowackim. W salce kinowej natomiast obejrzałem mnóstwo
innych filmów na organizowanych tam przez dystrybutora przedpremierowych
pokazach prasowych.
Nieistniejący już Klub Dziennikarza przy ul. Świdnickiej (u zbiegu z Podwalem)
był miejscem nadzwyczaj atrakcyjnym, ze wstępem za okazaniem specjalnej karty
członkowskiej. Tu np. miał swój nieomal drugi dom filmowiec, reżyser „Samych
swoich” Sylwester Chęciński - nałogowy brydżysta. Tu tuż przed swoją tragiczną
śmiercią pod kołami pociągu na pobliskim Dworcu Głównym PKP bankietował aktor
Zbyszek Cybulski, pamiętny Maciek Chełmicki z ekranizacji „Popiołu i diamentu”.
Tu pił i rozrabiał zbuntowany, skandalizujący poeta Rafał Wojaczek (raz nawet
wyszedł z lokalu na ulicę nie przez drzwi, lecz przez szybę). Tu widywało się
młodą Barbarę Piasecką, późniejszą multimilionerkę znaną pod nazwiskiem
Johnson…
12.2007
12.2007
środa, 2 lipca 2014
Po trójkącie
Oryginałem był też Jerzy Widomski - senior wśród reporterów działu
miejskiego „Gazety Robotniczej”, gdy znalazłem się w jego składzie jako
początkujący wierszówkowicz. Pod koniec życia w zasadzie nie wychodził poza
wrocławski trójkąt: galeriowiec przy ul. Kołłątaja, gdzie mieszkał - redakcja
przy Podwalu, w której pracował - Klub Dziennikarza przy ul. Świdnickiej, w
którym spędzał zdecydowanie najwięcej czasu (głównie na grze w karty) i gdzie
nagle zmarł (na skutek nieszczęśliwego upadku). Podziwiałem go zwłaszcza za
umiejętność jednoczesnego pisania na maszynie informacji z biuletynów
milicyjnych i rozmawiania przez telefon na zupełnie inne tematy.
12.2007
wtorek, 1 lipca 2014
Jak stałem się towarzyszem
Gdy zostałem kierownikiem „Gazety Robotniczej” na nowo utworzone województwo
jeleniogórskie, miałem m.in. obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach
Egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pod
przewodnictwem I sekretarza Stanisława Cioska. Podobnie zresztą jak redaktorzy
naczelni tygodnika „Nowiny Jeleniogórskie”: najpierw Staszek Pelczar, potem
Adaś Pierzchała. Ponieważ my, dziennikarze, członkami egzekutywy nie byliśmy –
nie mieliśmy na tym forum prawa głosu, mogliśmy tylko przysłuchiwać się
obradom. I musieliśmy wychodzić z sali przed ostatnim, najciekawszym punktem
porządku dziennego - „sprawy różne” (czytaj: personalne).
Siedzieliśmy w narożniku, przy najmłodszym członku egzekutywy, komendancie jeleniogórskiej chorągwi ZHP, Czarku Wikliku. Razem z nim tworzyliśmy małą „lożę szyderców”, komentując między sobą przebieg debat. Wiklik wkrótce przestał być czynnym działaczem harcerskim, a stał się dziennikarzem. I to wcale nietuzinkowym.
Na egzekutywie zapanowała konsternacja, gdy po jakimś czasie tworzący ją towarzysze zorientowali się, że ja jestem… bezpartyjny. Wcześniej zakładano a priori, że skoro szefuję oddziałowi partyjnego organu prasowego, to z pewnością do PZPR należę.
Po tym odkryciu „nie swojego” wśród „samych swoich”, dla świętego spokoju zapisałem się (pardon: wstąpiłem) gdzie było trzeba. I do dziś się z tego nie wyspowiadałem. O czym donoszę wszelakim oszołomom - tropicielom komuny. A który z nich sam jest bez grzechu, niechaj… (patrz Biblia).
12.2007
Siedzieliśmy w narożniku, przy najmłodszym członku egzekutywy, komendancie jeleniogórskiej chorągwi ZHP, Czarku Wikliku. Razem z nim tworzyliśmy małą „lożę szyderców”, komentując między sobą przebieg debat. Wiklik wkrótce przestał być czynnym działaczem harcerskim, a stał się dziennikarzem. I to wcale nietuzinkowym.
Na egzekutywie zapanowała konsternacja, gdy po jakimś czasie tworzący ją towarzysze zorientowali się, że ja jestem… bezpartyjny. Wcześniej zakładano a priori, że skoro szefuję oddziałowi partyjnego organu prasowego, to z pewnością do PZPR należę.
Po tym odkryciu „nie swojego” wśród „samych swoich”, dla świętego spokoju zapisałem się (pardon: wstąpiłem) gdzie było trzeba. I do dziś się z tego nie wyspowiadałem. O czym donoszę wszelakim oszołomom - tropicielom komuny. A który z nich sam jest bez grzechu, niechaj… (patrz Biblia).
12.2007
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)