czwartek, 31 lipca 2014

Cham z papierosem

   Mało kto wyprowadza mnie z równowagi bardziej niż osoby palące papierosy w windach oraz pod wiatami na przystankach tramwajowych lub autobusowych. Narażony na wdychanie nikotynowego dymu, myślę o swoich trucicielach jednoznacznie: co za chamidła!

12.2007

środa, 30 lipca 2014

Uroda i urok

   Skoro o poezji i poetach, to muszę też jeszcze wspomnieć o innej wrocławskiej autorce licznych wierszy i mojej znajomej zarazem - Mariannie Bocian. Stanowiła niemal wzorcowy przykład kobiety nie grzeszącej urodą, ale mającej niezwykły urok. Mimo kłopotów ze zdrowiem, była zawsze uśmiechnięta i życzliwa wobec otaczających ją ludzi. Też chciałbym taki być, ale… life is brutal!

12.2007

wtorek, 29 lipca 2014

"Czy" liczebne

   Marek Garbala wrocławskim poetą był, nie wielkim, ale też nie małym. Spośród moich znajomych wyróżniał się wykwintnym, pedantycznym językiem. Potrafił wybrzydzać, gdy ktoś wysławiał się niezbyt poprawnie czy nazbyt kolokwialnie. Tym bardziej śmieszył mnie pewien jego logopedyczny defekt: zamiast np. „trzy” wymawiał „czy”.

   Zupełnie jak w jednym ze skeczów kabaretu Dudek, tym o sęku. Jeden Żyd (w tej roli Edward Dziewoński) zamawia w centrali telefonicznej rozmowę międzymiastową z drugim Żydem (granym przez Wiesława Michnikowskiego) tymi oto słowy: - Poproszę Lubartów czysta czydzieści czy. Nie „czy” pytajne, tylko „czy” wzięte liczebniczo!
 
12.2007

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pan poeta...

   Próbowałem pisać również wiersze, a właściwie piosenki, ale jakoś mnie to nie kręciło. Do poetów mam zresztą stosunek dość podejrzliwy. Przypuszczam, że łatwiej im niż prozaikom uprawiać hochsztaplerkę i grafomaństwo. A także ukrywać intelektualną pustkę i utrwalać swoje poczucie wyższości nad innymi literatami gadaniem, że kto nie rozumie głębi ich twórczości, ten jest głąbem.

   Zresztą uprawiać poezję na wysokim poziomie naprawdę coraz trudniej. Zawsze powtarzam, że ten, kto pierwszy przyrównał w wierszu kobietę do kwiatu, zasługuje na miano geniusza, ale każdy następny jest już li tylko powielaczem coraz większego banału.
 
12.2007

niedziela, 27 lipca 2014

Kosz pod Krokwią

   Występowałem też w reprezentacji dolnośląskich żurnalistów na mistrzostwach Polski dziennikarzy w koszykówce, organizowanych zawsze w Zakopanem w Centralnym Ośrodku Sportu w pobliżu skoczni narciarskiej na Krokwi. Nasza drużyna była jedną ze słabszych w stawce, ale liczył się udział i… tzw. dodatkowe atrakcje.
 
12.2007

sobota, 26 lipca 2014

Dokopać aktorom

   Najliczniejszą publiczność miałem na stadionie wrocławskiej Ślęzy podczas regularnych niegdyś meczów piłkarskich między dolnośląskimi dziennikarzami i aktorami. Grałem w nich przeważnie w ataku na pozycji prawoskrzydłowego. Rajdy wzdłuż linii autowej i centry do kolegów z drużyny na pole karne - to była moja specjalność. Raz sam strzeliłem gola decydującego o wygranej. Puścił go wtedy bodajże Zdzisław Kuźniar. Pamiętam, że bramki artystów bronił też Bruno O’ya. Jego nie udało się mi pokonać.
 
12.2007

piątek, 25 lipca 2014

Dyplomatołki - tak, bydło - nie!

   Cenię sobie Władysława Bartoszewskiego, jak chyba każdy wykształciuch. Trafił - moim zdaniem - celnie, gdy ludzi Lecha i Jarosława Kaczyńskich, kreujących polską politykę zagraniczną, zbyt proamerykańską i za mało europejską, za bardzo antyniemiecką i antyrosyjską, nazwał „dyplomatołkami”.

   Tym bardziej poczułem się zniesmaczony innym stwierdzeniem Bartoszewskiego. Niewątpliwie chybił, przyrównując zwolenników Prawa i Sprawiedliwości do „bydła”. Nawet mnie, też mającemu o elektoracie tej partii kiepskie mniemanie i potrafiącemu wyrażać się nader dosadnie, taka metafora wydała się i krzywdząca, i niedopuszczalna.

   Profesor Bartoszewski zanadto się zagalopował. Tak bywa, kiedy ktoś namaszczony na dyżurny autorytet kraju za bardzo się rozochoci i zapomni o wskazówce niejakiego Cypriana Kamila Norwida, by „odpowiednie dawać rzeczy słowo”.
 
12.2007

czwartek, 24 lipca 2014

Radiowiec z przypadku

   W ciągu prawie 38-letniej pracy dziennikarskiej miałem zaledwie 3-miesięczny epizod w redakcji pozaprasowej. Osiedlając się z żoną w 1975 w Bydgoszczy, nikogo tam nie znałem i poniekąd z konieczności skorzystałem z jedynej wówczas oferty zatrudnienia w tamtejszej rozgłośni radiowej. Znalazłem się w ekipie reporterskiej. W jej składzie był też m.in. Konstanty Dombrowicz, obecny prezydent Bydgoszczy.

   Zanim zdążyłem się oswoić z radiową techniką, przede wszystkim ze sklejaniem taśmy magnetofonowej (ech, to wycinanie różnych „eee” , „aaa” i innych przeszkadzających w słuchaniu dźwięków) - dostałem etat w „Dzienniku Wieczornym”, a po kolejnych 14 miesiącach przez cały rok, do czasu powrotu na Dolny Śląsk, byłem kierownikiem działu miejsko-terenowego „Ilustrowanego Kuriera Polskiego,” do którego skaperował mnie jego ówczesny redaktor naczelny, jeden z liderów Stronnictwa Demokratycznego, poseł i przewodniczący sejmowej komisji kultury Witold Lassota.
 
12.2007

środa, 23 lipca 2014

Kredo

   W pracy dziennikarskiej kierowałem się jedną podstawową zasadą: „Nie piszę, co wiem - wiem, co piszę”. Odpowiedzialność za słowo, ale bez paraliżującej autocenzury.

   Znacie porzekadło: „Mądry zawsze ustępuje głupszemu i dlatego świat jest taki”? Ja chyba zbyt mądry nie jestem, bo na ludzką głupotę - zwłaszcza gdy ona trafia we mnie - reaguję wręcz agresywnie. Nie dam z siebie robić ofiary czyjegoś umysłowego niedorozwoju. Skrzywdzony i nie przeproszony - kontratakuję bezlitośnie.

   Jeśli miałbym coś do zarzucenia samemu sobie w życiu prywatnym, to przede wszystkim trzymania się jeszcze jednej zasady: „Mówię, co myślę”. W naszym zakłamanym społeczeństwie znacznie bardziej opłacalna jest postawa dwulicowa; obłudnikom wiedzie się po prostu lepiej…
 
12.2007

wtorek, 22 lipca 2014

Omijanie cenzury

   Jak tu sprytnie oszukać cenzora… Gdy się to udawało, mało co dziennikarzowi w PRL-u sprawiało większą przyjemność zawodową.

   Np. przez jakiś czas obowiązywał cenzorski zapis na publikowanie czegokolwiek na temat przerwanej z przyczyn politycznych budowy rotundy „Panoramy Racławickiej” we Wrocławiu. Ale o nieporządkach „w pobliżu Muzeum Śląskiego” (obecnie Muzeum Narodowe) można było napisać i nawet to wydrukować bez narażania się na przykre konsekwencje służbowe. Wiem, bom spróbował. Gratulowali mi potem nawet sami cenzorzy - w kontaktach prywatnych, ma się rozumieć.
 
12.2007

poniedziałek, 21 lipca 2014

Samobójstwo cenzora

   Miałem wśród cenzorów autentycznego przyjaciela - Bolka Bąka. Urzędował w jeleniogórskiej placówce GUKPPiW, w jednym z pokojów w drukarni tuż przy placu Ratuszowym. A ponieważ między przykładaniem akceptujących lub odmownych pieczątek na różnych drukach (nawet projekty powielanych zaproszeń na śluby i wesela musiały mieć taki stempelek!) trochę się mu nudziło, niejednokrotnie wpadałem do niego na pogaduszki i przede wszystkim na partyjkę szachów.

   Gdy nastała „Solidarność”, popełnił samobójstwo. Powiesił się.
 
12.2007

niedziela, 20 lipca 2014

O polityce bez cenzury

   Na tematy czysto polityczne, zgodne z moim wykształceniem, zacząłem pisać dopiero po przemianach ustrojowych w 1989, kiedy zlikwidowano Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk - organ państwowej cenzury. Wcześniej wolałem zajmować się dziurami w jezdniach.
 
12.2007

sobota, 19 lipca 2014

Szef Balicki

   Z moich licznych szefów - redaktorów naczelnych najbardziej wpływową postacią był Zdzisław Balicki. Ten partyjny aparatczyk, awansowany nawet na zastępcę członka (jak to brzmi!) Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR w latach 1988-90, zaskakująco dobrze zaadaptował się w środowisku dziennikarskim, niewątpliwie bowiem potrafił pisać na profesjonalnym poziomie.

   Kiedy w l. 1973-1980 i 1982-1983 kierował „Gazetą Robotniczą” (w międzyczasie, w l. 1980-8191, przewodniczył Radiokomitetowi, czyli publicznemu radiu i telewizji) - wyrażał opinię o mnie, że wprawdzie jestem dobrym reporterem, ale za mało zaangażowanym politycznie. Z perspektywy czasu ta na pozór krytyczna ocena brzmi jak wyjątkowy komplement.

   Miałem szczególną satysfakcję, gdy w gorących dniach reaktywowania się ruchu „Solidarność” w 1989, Balicki, wówczas I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu, zażyczył sobie, abym to właśnie ja przeprowadził z nim wywiad do „Gazety Robotniczej”. Nie miał nawet nic przeciwko, gdy rozmawiałem z nim per „pan”, a nie - jak wypadało z funkcjonariuszem partyjnym - „towarzyszu”.

12.2007

piątek, 18 lipca 2014

"Szmaja" aparatczyk

   Wieczny aparatczyk. Miał do mnie żal, że pisałem tak o nim w Gazecie Wrocławskiej. Dla znajomych - „Szmaja”. Ksywa niewyszukana, bo od nazwiska. Prawa (a właściwie lewa) ręka liderów lewicy od końcówki PRL przez całą III RP do dziś. Przetrwał Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i Leszka Millera, przetrwa zapewne i Janusza Olejniczaka.

 
  Normalną pracą raczej się nie shańbił. Rodowity wrocławianin, już podczas studiów w tutejszej Akademii Ekonomicznej zaangażował się w działalność w ruchu młodzieżowym. Był m.in. przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, kierownikiem Wydziału Organizacyjnego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, sekretarzem generalnym Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ministrem obrony narodowej, a także pełniącym obowiązki ministra spraw wewnętrznych i administracji. Obecnie jest wicemarszałkiem Sejmu.

   Fizycznie misiowaty, przypomina JFK (Johna Fitzgeralda Kennedy’ego). I wydaje się pozować na niego choćby tą niezmienną, chłopięcą grzywką. Sympatyczny w sposobie bycia, bynajmniej nie bucowaty. Niezwykle zrównoważony.

   Potrafił sobie zbudować wierny elektorat w jeleniogórsko-legnickim okręgu wyborczym (w Sejmie jest już po raz siódmy). On sam w tzw. terenie robi tylko dobre wrażenie, resztę załatwiają za niego współpracownicy z jego licznych biur poselskich.

   Ma amatorskie sukcesy w grze w tenisa. Interesuje się nie tylko biernie także piłką ręczną i koszykówką.

   Taki jest mój subiektywny portret mamuta dolnośląskiej polityki - Jerzego Szmajdzińskiego.
 
12.2007

czwartek, 17 lipca 2014

Co gorsze: seks czy przemoc?

   Jestem z kraju, w którym kołtunieria wciąż trzyma się mocno.
 
   Proszę zauważyć, jak tzw. obrońcy wartości chrześcijańskich histerycznie reagują na treści erotyczne. Niemal wszystko, co intymne w stosunkach damsko-męskich, to dla nich pornografia. Zarazem nie słychać, aby równie głośno protestowali oni przeciw fali przemocy. A przecież w takiej telewizji znacznie więcej zabijania i krwawych scen typu: „ręka, noga, mózg na ścianie”, niż seksu pana z panią.

   Precz z Dulską i zakłamaną moralnością! Niech żyje Doda i wolna miłość!

12.2007

środa, 16 lipca 2014

Męska uroda

   Daltonistą nie jestem, ale mam kłopoty z rozróżnianiem kolorystycznych subtelności. - To taka męska uroda - pocieszyła mnie kiedyś okulistka podczas jednego z okresowych badań w przychodni medycyny pracy.
 
   Bardziej martwi mnie pogarszanie się wzroku. Co prawda czytam wciąż bez okularów, ale do oglądania telewizji muszę je zakładać.

12.2007

wtorek, 15 lipca 2014

Zegarek komunijny

   Podobno jestem ochrzczony. Dokumentu na to jednak nie mam. Na pewno natomiast zaliczyłem pierwszą komunię. Dowodem pamiątkowe zdjęcie, na którym ostentacyjnie wyeksponowałem pokaźny zegarek na rękę - prezent z tej okazji.
   Nie pamiętam, jakiej marki był to czasomierz. Może NRD-owska „Ruhla”, może radziecka „Pobieda”. Zapewne któryś z wówczas najtańszych. I konkurujących ze sobą o miano najszybszego na świecie.

12.2007

poniedziałek, 14 lipca 2014

Co do minuty lub wcześniej

   Punktualność mam we krwi. Jeśli to możliwe, staram się nawet postępować wedle wyprzedzającej maksymy: co masz zrobić jutro - zrób dziś. Spóźnialskich raczej nie toleruję. No, chyba że jest to np. znany z tej wady Władysław Frasyniuk.

12.2007

niedziela, 13 lipca 2014

Ambiwalentność uczuć

   Są osoby, które bardzo lubię i… które mnie denerwują jednocześnie. Takimi ambiwalentnymi uczuciami darzę np. wrocławskiego dziennikarza sportowego Andrzejka Lewandowskiego. Prywatnie - świetny kolega. Jakże jednak trudny we współpracy, ze swoimi skłonnościami do nagłego znikania nie wiadomo gdzie i do pisania obiecanych tekstów na ostatnią chwilę.

12.2007

sobota, 12 lipca 2014

Popierali się

   Przed - miałem tremę, gdy jako początkujący wywiadowca prasowy umówiłem się na rozmowę z trzema takimi artystami naraz. Po - wracałem do redakcji zadowolony.

   Najrzadziej odzywał się Piotr Szczepanik, smutas z natury. Za najbardziej wygadanego robił Jacek Fedorowicz, właściciel wyrafinowanego poczucia humoru. Natomiast duszą towarzystwa był Bohdan Łazuka, non stop gotów do żartów. Na przełomie lat 60. i 70. XX wieku tercet ten występował razem w programie rozrywkowym „Popierajmy się”.

   Zapakowałem się razem z nimi do autokaru firmy estradowej i kibicowałem im podczas koncertów w paru dolnośląskich miejscowościach (dziś już nie pamiętam, w których konkretnie). To była typowa chałtura, ale na dobrym poziomie.

   Po powrocie do Wrocławia, Łazuka odłączył od podążających do hotelu Fedorowicza i Szczepanika, biorąc ze mną kurs na Klub Dziennikarza. Tam szybko sam zaproponował bruderszaft, byśmy mogli sobie mówić po imieniu.

12.2007

piątek, 11 lipca 2014

Szachy w kurniku

   Chętnie zaglądam do Kurnika - internetowej strony z różnymi grami na żywo. Interesują mnie tam tylko szachy. Pojedynkowanie się z partnerami niejednokrotnie z drugiego końca świata jest dla mnie i przyjemne, i emocjonujące. Bardziej niż bierne kibicowanie przed telewizorem teleturniejowiczom czy sportowcom. Dobieram sobie przeciwników o mniej więcej równych umiejętnościach, które można ocenić po punktach rankingowych. Bo wygrywać ze słabeuszami to żadna satysfakcja, a na przegrywanie ze znacznie silniejszymi też szkoda czasu.

12.2007

czwartek, 10 lipca 2014

Byłem multimilionerem

   Mało kto z urodzonych w Polsce po 1.01.1995 będzie milionerem. Ja, podobnie jak zdecydowana większość dorosłych rodaków żyjących przed tą datą, byłem nawet multimilionerem. Do czasu denominacji złotego. Jak wiadomo, ostatnia reforma naszego pieniądza polegała na obcięciu mu czterech zer.

12.2007

środa, 9 lipca 2014

Mogłem być Łazarzem

   Moi rodzice chcieli przy wyborze imienia dla mnie zdać się na los. Miałem być podwójnym solenizantem w dniu urodzin.

   Przyszedłem na świat dokładnie 58 lat temu, 17 grudnia. A tego dnia imieniny obchodzi Łazarz! Biblijny przyjaciel Jezusa Chrystusa, przez niego wskrzeszony. Patron grabarzy, rzeźników, trędowatych i żebraków.

   Na szczęście rodzice rozmyślili się i wybrali z kalendarza Adama, świętującego tydzień później. Jestem im za to wdzięczny, bo imię pierwszego człowieka na Ziemi bardzo mi się podoba.

12.2007

wtorek, 8 lipca 2014

Komiksowy bubel

   Dziennikarskie dinozaury „Gazety Robotniczej” są zgodne, że koniec polskiego i początek niemieckiego właścicielstwa tego dziennika po nastaniu III RP to w dużej mierze zasługa ówczesnego redaktora naczelnego Andrzeja Bułata i jego szwagra Staszka Drozdowskiego.

   Obaj za redakcyjne pieniądze zrealizowali swój świetny - w ich mniemaniu - pomysł wydawniczy, reklamowany jako pierwszy w naszym kraju komiks fotograficzny (te rysunkowe cieszyły się wówczas dużą popularnością). Jednak zamiast dochodowego sukcesu, była finansowa klęska. Zabrakło - drobiazg - czytelników, a ściślej: oglądaczy. Niemal cały nakład zalegał najpierw w kioskach, potem w magazynie, aż w końcu został przemielony na makulaturę, bo samo przechowywanie bubla też dodatkowo kosztowało.

   Gazeta popadła w długi i groziła jej nawet likwidacja. Jedyną szansą na ratunek stała się stopniowa prywatyzacja tego tytułu prasowego, co też nastąpiło.

12.2007

poniedziałek, 7 lipca 2014

Wymiana kartkowa

   Oprócz talonów na towary luksusowe, w PRL-owskim obiegu przez pewien czas były też kartki na reglamentowane produkty codziennego lub częstego użytku - od cukru po mięso. Obowiązywały w latach, w których tzw. przejściowe niedobory stały się zjawiskiem permanentnym.

   Jako niepalący i niepijący, zamieniałem się z uzależnionymi od używek na słodycze. Ja im odcinki na papierosy i alkohol, oni mnie – na „wyroby czekoladopodobne”. Smakowały bardziej niż dzisiejsze cymesy. Ale wtedy nie brakowało na rynku chyba tylko octu.

12.2007

niedziela, 6 lipca 2014

Cenniejszy od pieniędzy

   W PRL-u byłem wśród szczęśliwcow, którzy dostali od ówczesnej władzy talon na fiata 125p. Po czym jako jeden z nielicznych zwróciłem ten prezent darczyńcom. Nie dlatego, że poczułem się korumpowany. Dlatego, że po prostu nie chciałem się zmotoryzować.

   Młodzieży, która może „nie kumać”, muszę wyjaśnić, że w tamtych czasach nie wystarczylo mieć pieniądze, by zwyczajnie kupić jakikolwiek samochód, choćby tylko „malucha”. Trzeba było mieć przede wszystkim właśnie ów talon.

12.2007

sobota, 5 lipca 2014

Prywatki u Ani

   W młodości, gdym jeszcze kawalerem był, lubiłem weekendowe prywatki u bardzo gościnnej Ani Piwowarskiej. Mieszkała ona wtedy na wrocławskim osiedlu Zachód, na szczycie wysokiego bloku z wielkiej płyty na rogu ulic: Legnickiej i Młodych Techników. Wydawała się być szczęśliwą żoną i matką. Sądziłem, że gospodarze domu są parą idealną. Ale czas pokazał, że nic nie trwa wiecznie. I to małżeństwo też się rozpadło…

12.2007

piątek, 4 lipca 2014

Balety przy jazie

   Zabytkowy obiekt elektrowni wodnej przy jazie obok mostu Pomorskiego to najbardziej niezwykłe miejsce we Wrocławiu, gdzie jako nastolatek spędziłem parę nocy na prywatkach. Kwaterował tam znajomy student Jurek Sarosiek. A że lubił „balety” i towarzystwo - ja też tam byłem i się bawiłem. Jakoś najbardziej zapamiętałem głupi dowcip aktora Gienka Priwieziencewa, który schował koledze buty i potem nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest skrytka.

   Żenia już nie żyje - zmarł na boreliozę po ukąszeniu kleszcza.

12.2007

czwartek, 3 lipca 2014

Legendy Klubu Dziennikarza

   Będąc młodym pismakiem - szalejącym reporterem miejskim „Gazety Robotniczej”, nie miałem trudności z poznawaniem atrakcyjnych dziewcząt. Lubiłem się z nimi pokazywać we wrocławskim Klubie Dziennikarza. Tak ja, szczeniak, próbowałem zaimponować starszym samcom, bywalcom tej placówki. I żeby oni zazdrościli mi powodzenia, ma się rozumieć. W rzeczywistości różnie z tym moim wzięciem „u panienek” bywało. Nie zawsze mi się z nimi farciło.

   Jednak jedną z największych sensacji wywołało moje pojawienie się raz w klubie z mężczyzną - Marianem Wallek-Walewskim, poznanym na obozie młodych twórców w Augustowie, dojrzałym już, znanym krytykiem muzyki poważnej z Katowic. Uważano go bowiem za miłośnika chłopców (słowo daję, że nawet nie próbowałem sprawdzać).

   W klubie nie tylko się relaksowałem, także pracowałem. M.in. przeprowadziłem w nim wywiad z twórcami kultowego „Rejsu”: reżyserem Markiem Piwowskim i scenarzystą Januszem Głowackim. W salce kinowej natomiast obejrzałem mnóstwo innych filmów na organizowanych tam przez dystrybutora przedpremierowych pokazach prasowych.

   Nieistniejący już Klub Dziennikarza przy ul. Świdnickiej (u zbiegu z Podwalem) był miejscem nadzwyczaj atrakcyjnym, ze wstępem za okazaniem specjalnej karty członkowskiej. Tu np. miał swój nieomal drugi dom filmowiec, reżyser „Samych swoich” Sylwester Chęciński - nałogowy brydżysta. Tu tuż przed swoją tragiczną śmiercią pod kołami pociągu na pobliskim Dworcu Głównym PKP bankietował aktor Zbyszek Cybulski, pamiętny Maciek Chełmicki z ekranizacji „Popiołu i diamentu”. Tu pił i rozrabiał zbuntowany, skandalizujący poeta Rafał Wojaczek (raz nawet wyszedł z lokalu na ulicę nie przez drzwi, lecz przez szybę). Tu widywało się młodą Barbarę Piasecką, późniejszą multimilionerkę znaną pod nazwiskiem Johnson…

12.2007

środa, 2 lipca 2014

Po trójkącie

   Oryginałem był też Jerzy Widomski - senior wśród reporterów działu miejskiego „Gazety Robotniczej”, gdy znalazłem się w jego składzie jako początkujący wierszówkowicz. Pod koniec życia w zasadzie nie wychodził poza wrocławski trójkąt: galeriowiec przy ul. Kołłątaja, gdzie mieszkał - redakcja przy Podwalu, w której pracował - Klub Dziennikarza przy ul. Świdnickiej, w którym spędzał zdecydowanie najwięcej czasu (głównie na grze w karty) i gdzie nagle zmarł (na skutek nieszczęśliwego upadku). Podziwiałem go zwłaszcza za umiejętność jednoczesnego pisania na maszynie informacji z biuletynów milicyjnych i rozmawiania przez telefon na zupełnie inne tematy.

12.2007

wtorek, 1 lipca 2014

Jak stałem się towarzyszem

   Gdy zostałem kierownikiem „Gazety Robotniczej” na nowo utworzone województwo jeleniogórskie, miałem m.in. obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach Egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pod przewodnictwem I sekretarza Stanisława Cioska. Podobnie zresztą jak redaktorzy naczelni tygodnika „Nowiny Jeleniogórskie”: najpierw Staszek Pelczar, potem Adaś Pierzchała. Ponieważ my, dziennikarze, członkami egzekutywy nie byliśmy – nie mieliśmy na tym forum prawa głosu, mogliśmy tylko przysłuchiwać się obradom. I musieliśmy wychodzić z sali przed ostatnim, najciekawszym punktem porządku dziennego - „sprawy różne” (czytaj: personalne).
  
   Siedzieliśmy w narożniku, przy najmłodszym członku egzekutywy, komendancie jeleniogórskiej chorągwi ZHP, Czarku Wikliku. Razem z nim tworzyliśmy małą „lożę szyderców”, komentując między sobą przebieg debat. Wiklik wkrótce przestał być czynnym działaczem harcerskim, a stał się dziennikarzem. I to wcale nietuzinkowym.

   Na egzekutywie zapanowała konsternacja, gdy po jakimś czasie tworzący ją towarzysze zorientowali się, że ja jestem… bezpartyjny. Wcześniej zakładano a priori, że skoro szefuję oddziałowi partyjnego organu prasowego, to z pewnością do PZPR należę.

   Po tym odkryciu „nie swojego” wśród „samych swoich”, dla świętego spokoju zapisałem się (pardon: wstąpiłem) gdzie było trzeba. I do dziś się z tego nie wyspowiadałem. O czym donoszę wszelakim oszołomom - tropicielom komuny. A który z nich sam jest bez grzechu, niechaj… (patrz Biblia).

12.2007