niedziela, 31 sierpnia 2014

Mea culpa: podrywałem na klub

   Dowcipna jest moja legitymacja członka wrocławskiego Klubu Dziennikarza z 1968. Wygląda jak miniaturowa, 6-stronicowa gazetka, z czytelnymi jedynie tytułami, np. „Władze miejskie - dziennikarzom. Wąż morski zamieszka w fosie”. Szczególnie śmieszą parodie ówczesnych reklam („Margaryna jak masło”, „Masło jak margaryna”) oraz sensacje na stronie sportowej: „Mgr Cyc-Pomarnacki zwycięzcą dorocznego międzyklubowego nocnego crossu wzdłuż i wszerz Świdnickiej. Ambitny zawodnik dotarł do mety na czworakach”, „Z ostatniej chwili: Wypiór przed Pośpieją! 28 miejsce naszego herosa”, „Sprostowanie: A jednak Wypiór za Pośpieją”. Zmieściło się też 10 przykazań, w tym: „Nie będziesz miał innych klubów ponad Klub Dziennikarza”, „Nie pożądaj żony kolegi klubowego ani żadnej dziewczyny, która jego jest”, „Na klub nie podrywaj”, „Nie mów źle o twoim koledze klubowym - on ma więcej do powiedzenia o tobie”, „Czcij "tatę z mamą" z umiarem należnym starszym osobom”.

   Dla niekumatych: „tata z mamą” to taka alkoholowa mikstura
 
01.2008

sobota, 30 sierpnia 2014

Komunizm to utopia

   Komunizm jest piękny tylko w teorii. Ideologia ta zafascynowała swego czasu nie tylko robotników, także niejednego intelektualistę na niemal całym cywilizowanym świecie. Stała się swoistą religią dla wierzących, że ludzie w życiu publicznym potrafią kierować się głównie dobrem wspólnym, a wyzysk człowieka przez człowieka jest czymś niedopuszczalnym. Niestety, w realu to utopia.

   Proszę zwrócić uwagę, jak bardzo teoria (podkreślam to słowo) komunizmu, wypracowana przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, jest zbliżona do ideałów chrześcijaństwa. Tyle że nie ma w niej miejsca dla Boga.

   Komunizm skompromitowali jego realizatorzy: Włodzimierz Lenin i zwłaszcza Józef Stalin. Pod ich dyktaturami, stał się on w praktyce ideologią wręcz zbrodniczą.

   Śmiem też twierdzić, że w moim dorosłym życiu, w Polsce, licząc od przywództwa Władysława Gomułki do zwycięstwa „Solidarności”, nie było żadnego komunizmu. Była karykatura socjalizmu.
 
01.2008

piątek, 29 sierpnia 2014

Kandydat i członek

   Mam dwie czerwone legitymacje, zaczynające się od hasła: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Ciekawe, że bez wykrzyknika, który jest w oryginale - ostatnim zdaniu „Manifestu komunistycznego” Karola Marksa i Fryderyka Engelsa.

   Pierwsza - to legitymacja kandydacka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, licząca mój staż od 16.03.1979. Niezbędnej rekomendacji udzieliło mi dwoje bardzo mile wspominanych szefów: Wojciech Siuda i Krystyna Świetlik-Szatsznajder.

   Druga - to legitymacja członkowska PZPR. Wydano ją 10.07.1980, a więc na niespełna dwa miesiące przed narodzinami „Solidarności”. W części zatytułowanej „Funkcje partyjne” jest aż 35 rubryk o treści: „Funkcja….. od….. do…..”. Ani jedna nie została zapisana. Jako szeregowiec dotrwałem do samorozwiązania organizacji na początku 1990.

   Odtąd jestem bezpartyjny. Pozostałem lewicowcem, ale proszę mnie nie obrażać kojarzeniem z pseudolewicowym SLD.
 
01.2008

czwartek, 28 sierpnia 2014

Pacyfista nie strzela

   W wojsku byłby ze mną poważny problem, z przekonania bowiem jestem pacyfistą. Nigdy w życiu nie strzelałem z jakiejkolwiek broni, nawet na strzelnicy sportowej.

   Poza tym sprzeciwiam się przemocy fizycznej. Biłem się kilkakrotnie tylko w dzieciństwie, w szkole lub na podwórku, kiedy byłem zmuszony do obrony, po zaatakowaniu mnie przez kogoś. Ani razu nie uderzyłem kobiety. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że kilkakrotnie od wnerwionego tatuśka lanie ”za niewinność” dostał Łukasz (z perspektywy czasu muszę przyznać, że syn był bardzo dobrym dzieckiem, zasługującym wyłącznie na głaskanie).
 
01.2008

środa, 27 sierpnia 2014

Podchody z wojskiem

   Baczność!

   Osobistą książeczkę wojskową z 1968 zdobi (?) moje unikatowe zdjęcie. Dowodzące, że brody i wąsów nie miałem od urodzenia aż do pełnoletności.

   Nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, jeśli ujawnię, że moje żołnierskie podchody zaczęły się od wpisu: „Zdolny do służby wojskowej, kategoria A. Udzielono odroczenia ze względu na odbywanie studiów” (tak właśnie odnotowano, mimo że ja wtedy byłem dopiero początkującym licealistą).

   Kolejne decyzje o pozostawaniu przeze mnie na pozakoszarowej wolności uzasadniano formułką: „Udzielono odroczenia ze względu utrzymywanie rodziny”.

   W 1974, w rubryce „Mianowania na wyższy stopień wojskowy” wpisano mi „szeregowiec”, zaś w rubryce: ”Funkcja” zadecydowano „korespondent” - i dano w końcu spokój, przenosząc do rezerwy jako „zdolnego do służby w formacjach samoobrony”.
 
   Spocznij…
 
01.2008

wtorek, 26 sierpnia 2014

Krwiodawca

   Honorowym dawcą krwi zostałem w 1969 pod niejakim przymusem. Ponieważ byłem już wtedy głównym żywicielem rodziny (matki i młodszej ode mnie o 13 lat siostry), powołanie do wojska raczej mi nie groziło. Kiedy jednak na komisji rekrutacyjnej jeden z jej członków zaproponował honorowe oddanie krwi, nie odmówiłem. Zwłaszcza że oficer ten, niby żartem, dodał: „Bo jak nie, to…”. Co prawda, akurat był 1 kwietnia, ale wolałem nie sprawdzać, czy to tylko prima aprilis.

   Pamiątką jest legitymacja z napisem, że została ona „wydana w dowód uznania za bezpłatne oddanie swej krwi dla ratowania życia ludzkiego”. Zawiera adnotację, że właśnie 1.04.1969 ofiarowałem 250 ml i mam grupę A Rh+. Jest też informacja, że dokument ten uprawnia do „pierwszeństwa w korzystaniu z usług zakładów Służby Zdrowia”. Słowo daję, że z tego przywileju nie skorzystałem ani razu.
 
01.2008

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zapracowałem na taką opinię

   Porządkując domowe archiwum, odkurzyłem m.in. taki dokument:

   „Opinia. Red. Adam Kłykow zatrudniony był w redakcji Ilustrowanego Kuriera Polskiego od 1 lutego 1977 r. do 31 stycznia 1978 r. Przez cały okres zatrudnienia red. A. Kłykow pełnił funkcję kierownika działu miejskiego i terenowego. W stosunkowo krótkim czasie dał się poznać jako dziennikarz pracowity, ambitny i zdecydowany. Red. A. Kłykow ma opanowany warsztat dziennikarski, posługuje się wielu formami pisarskimi. Jest niezwykle skrupulatny i rzetelny w konfrontacjach i zbieraniu materiałów, cechuje go wysoki poziom moralny i obiektywizm w ocenie ludzi i faktów. Naczelny Redaktor Witold Lassota”.

   Z takim panegirykiem na swoją cześć wracałem na Dolny Śląsk po 27-miesięcznej pracy w Bydgoszczy, gdzie osiedlając się nie znałem nikogo poza żoną. Nie przywieziony tam w teczce, bez czyjegokolwiek kumpelskiego wsparcia, sam udowodniłem nie tylko sobie, że jako dziennikarz coś jestem wart.
 
01.2008

niedziela, 24 sierpnia 2014

Lenin i film

   Portrety I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego i premiera Józefa Cyrankiewicza nad tablicami w szkolnych klasach pamięta zapewne każdy, kto - tak jak ja - dorastał w PRL-u na przełomie lat 50. i 60. XX wieku.

   Mnie z propagandy tamtych czasów szczególnie utkwiło w głowie jeszcze coś innego. Zaraz po wejściu do Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych (miałem tam wstęp jako zarejestrowany statysta) nie sposób było nie zauważyć pokaźnego napisu na ścianie: „Kino jest najważniejszą ze sztuk. Lenin”. Wtedy mnie, młodemu miłośnikowi X Muzy, ta myśl wodza bolszewików wydawała się wyjątkowo trafna. Nie jestem pewien, czy dziś nie kwalifikuję się z tego powodu do dekomunizacji…
 
01.2008

sobota, 23 sierpnia 2014

Nie rozumieją co czytają

   Nic to jednak w porównaniu z też przeprowadzonymi w 2007 badaniami socjologicznymi na temat: czy Polacy rozumieją co czytają. Wynik: 42 proc. nie rozumie niemal nic, a kolejnych 35 proc. rozumie niewiele.

   Dokładnych danych nie ma ani Główny Urząd Statystyczny, ani Ministerstwo Edukacji Narodowej. Niemniej obie te instytucje szacują, że po odliczeniu skrajnych przypadków upośledzenia umysłowego, w Polsce żyje kilkadziesiąt tysięcy autentycznych analfabetów - takich, co to nie tylko „ni cytaty”, ale i „ni pisaty”.

   No i fajnie. I tak przecież wszyscy razem tworzymy „zbiorową mądrość narodu”. Tymi słowy schlebiają nawet największym idiotom niektórzy politycy. Im przecież wystarczy, gdy głosujący na nich wyborca potrafi we właściwym miejscu postawić krzyżyk.
 
01.2008

piątek, 22 sierpnia 2014

Przeczytał co napisał

   - Wałęsa w życiu nie przeczytał żadnej książki - gorszył się pisarz Andrzej Szczypiorski.

   - Wałęsa przeczytał dwie książki, obie swoje - ironizował Władysław Frasyniuk.

   Tak był wytykany przywódca „Solidarności” podczas kampanii prezydenckiej w 1990. Mimo to krytykowany za nieuctwo głową państwa wybrany został.

   Nie mogło być inaczej nie tylko dlatego, że Lech Wałęsa wielkim Polakiem jest. Także dlatego, że elektorat - czyli naród - też raczej nie lubi tracić czasu na lekturę.

   Jak wynika z badania, przeprowadzonego w 2007 przez Bibliotekę Narodową, w 2006 ani jednej książki, choćby tylko romansu czy kryminału, nie przeczytał co drugi Polak. Podejrzewam, że nawet ta czytająca połowa rodaków poprzestała co najwyżej na kontakcie z obowiązkowymi podręcznikami szkolnymi (ci młodsi) lub na przekartkowaniu książki telefonicznej (ci starsi).
 
01.2008

czwartek, 21 sierpnia 2014

Ciało i krew

   Mam kłopotliwe pytanie: dlaczego podczas mszy w świątyniach Kościoła rzymskokatolickiego komunia jest udzielana wiernym z reguły tylko pod jedną postacią - chleba, symbolizującego ciało Chrystusa, mimo że dozwolona jest również komunia pod drugą postacią - wina, symbolizującego krew Chrystusa? Poszukuję kogoś, kto potrafiłby mi odpowiedzieć bez szerzenia herezji…

01.2008

środa, 20 sierpnia 2014

Kierowca jak redaktor

   Mnie akurat to nie spotkało, chociaż też powinno: podczas wyjazdów w teren samochodem służbowym dziennikarz niekiedy bywał mylony przez witających go gospodarzy z towarzyszącym mu kierowcą. A to dlatego, że szofer zazwyczaj wyglądał porządniej niż redaktor.

   Zgadzam się z opinią, że panowie (pań to nie dotyczy!) dziennikarze są jedną z najgorzej ubranych grup zawodowych. Sam zresztą się do tego przykładałem, woląc sweter, bluzę lub samą koszulę od niedającej takiego luzu marynarki.
 
01.2008

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wyręczało się szefa

   Do „odkrycia” moich predyspozycji dziennikarskich przyznawało się dwóch redaktorów „Gazety Robotniczej”: Tadziu Burzyński i Włodzimierz Kisil. - To ja pierwszy poznałem się na twoich uzdolnieniach - przekonywali obaj.

   Natomiast moim pierwszym bezpośrednim szefem w redakcji był kierownik działu miejskiego Zdzisław Rajca. Pasował do tej funkcji nie tylko nazwiskiem, ale i umiejętnościami. Niestety, jak niejeden w tym środowisku zawodowym, nadużywał alkoholu (ze względu na kolor twarzy młodzi reporterzy dali mu ksywę: „Deep Purple”) i z powodu niedyspozycji („lumbago”, jak sobie żartowaliśmy) niekiedy nie był zdolny do pracy. Wtedy jego podwładni brali interes w swoje ręce i wykonywali robotę za niego.

01.2008

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Bez męskiego zwisu

   Jednego atrybutu męskości u mnie nie uświadczysz. Krawata mianowicie, przez jakiegoś słowotwórcę ongiś „zwisem” nazwanego - ku powszechnemu rozweseleniu narodu obojga płci. Mam ich w szafie kilka, sprezentowanych z różnych okazji. Konsekwentnie jednak krawata na siebie nie zakładam, i to nie tylko w imię solidarności z Jackiem Kuroniem.

01.2008

niedziela, 17 sierpnia 2014

Dziennikarz z ulicy

   Aby zostać dobrym dziennikarzem prasowym (ograniczam się do nich, bo to środowisko jest mi najbardziej znane z autopsji), wcale nie trzeba legitymować się specjalistycznym wykształceniem. Przytłaczająca większość najlepszych w tym zawodzie jest po studiach innych niż dziennikarskie.

   Aby zostać dobrym żurnalistą prasowym, nie trzeba też być kimś zanadto wygadanym. Zauważyłem, że często łatwość ciekawego mówienia do słuchaczy nie idzie w parze z łatwością interesującego pisania do czytelników - i na odwrót.

   Dziennikarstwo to wolny zawód. Dziennikarzem prasowym może zostać nawet ktoś prosto z ulicy, niekoniecznie z dyplomem magistra czegokolwiek - byle tylko potrafił układać literki w treściwe zdania. Tylko tyle. I aż tyle.
 
01.2008

sobota, 16 sierpnia 2014

Ojczyzna? Matczyzna? Domowina!

   Gdybym był wojującą feministką, powalczyłbym przeciw nazywaniu Polski „ojczyzną”. Bo dlaczego nie „matczyzną”?

   Ponieważ jestem facetem zdecydowanie opowiadającym się za żeńsko-męską równością, proponuję zamiennie „domowinę”. Zwłaszcza że słowo to występuje w językach słowiańskich (ściślej: łużyckich) i brzmi zarówno neutralnie, jak i ładnie.
 
08.2014

piątek, 15 sierpnia 2014

Zawracanie głowy gramatyką

   Podzielam pogląd Jerzego Urbana, że dziennikarzowi znajomość gramatyki, czyli zasad budowy języka polskiego, jest zbędna. Albo się ma predyspozycje do pisania, albo się ich nie ma.

   Z teorią gramatyki zawsze było u mnie cienko. Mimo to nigdy - trawestując pana Jourdain z komedii „Mieszczanin szlachcicem” Moliera - nie odkrywałem ze zdumieniem, że „piszę prozą”, posługując się rzeczownikami, czasownikami, przymiotnikami, liczebnikami, przyimkami, zaimkami, przysłówkami, spójnikami, partykułami i inszymi - jeśli przez przypadek już nie wymieniłem wszystkich - częściami mowy. Po cholerę sobie tym nazewnictwem zawracać głowę? Wyznanie to wielce niepedagogiczne, ale jam przecież nie belfer!

01.2008

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rżnął głupa z pewną nieśmiałością

   W bezpośrednich kontaktach wydaje się być kimś ponadprzeciętnie nieśmiałym. Waldemar „Major” Fydrych nie wygląda na kogoś, kto w PRL-u liderował legendarnej Pomarańczowej Alternatywie - wrocławskiemu ruchowi happeningowemu, obnażającemu na wesoło absurdy ówczesnej „czerwonej” rzeczywistości. Żaden z niego typ przywódcy stada. Raczej typ singla w tłumie.

   Byłem obserwatorem i sprawozdawcą wrocławskich imprez Pomarańczowej Alternatywy, organizowanych w latach osiemdziesiątych XX wieku pod dowództwem „Majora” głównie w okolicach przejścia podziemnego na ul. Świdnickiej, na deptaku przed stojącą do dziś kolumną z zegarem i nieistniejącym od dawna barem „Barbara”. Młodzi zadymiarze rżnęli tam głupa z siebie i przede wszystkim z niepotrafiących sobie z nimi poradzić funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.

   Bo jakże było im interweniować z użyciem pałek i gazu łzawiącego, gdy „zakłócający spokój i porządek publiczny uczestnicy nielegalnego zgromadzenia” świętowali - przewrotnie, ale jednak - np. rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej? Która - co już śmieszyło publikę samo przez się - wybuchła w Rosji w polskim listopadzie…
 
01.2008

środa, 13 sierpnia 2014

Byle podobać się na zdjęciu

   Jeszcze o głupocie. Tym razem ludzi, którzy mieli pretensje do urzędników, że musieli tak długo stać w kolejkach w ostatnich dniach przyjmowania wniosków o wymianę dowodu osobistego na nowy, w postaci plastikowej karty (stare, papierowe, książeczkowe, tracą w 2008 ważność).

   Daleko mi do roli obrońcy biurokratów, ale winiłbym tu przede wszystkim samych spóźnialskich. Mój nowy dowód osobisty ma datę wydania: 12.03.2001. Wyrobiłem go przy okazji zbierania informacji do „Gazety Wrocławskiej”, jak zmienić ten podstawowy dokument tożsamości. Było zatem prawie 8 lat na załatwienie sprawy. Nie przyjmuję usprawiedliwień, że komuś zabrakło czasu.

   Wyjątkowo mogę potraktować tylko pewną starszą kobietę, która w telewizji tłumaczyła swoje maruderstwo tak: „Co zrobiłam zdjęcie, to się sobie nie podobałam”. Chociaż jestem facetem, ten argument rozumiem!
 
01.2008

wtorek, 12 sierpnia 2014

Wszechświat i ludzka głupota

   -  Chcesz się rozerwać, odpal petardę - żartowałem sobie w noc sylwestrowo-noworoczną. Nie do śmiechu było, znów jakże licznym, ofiarom nieostrożnych zabaw z fajerwerkami.

   Jak to powiedział Albert Einstein? „Są dwie rzeczy nieskończone: wszechświat i ludzka głupota, choć tego pierwszego nie jestem pewien”.
 
01.2008

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Miejsce po matce Liszki

   Wiem, że to głupie, ale człek czuje się czasem podekscytowany zbiegiem przypadków, które go dotyczą co najwyżej pośrednio.

   Wyczytałem otóż w „Rzeczpospolitej”, że Agnieszka Liszka, rzeczniczka prasowa rządu Donalda Tuska, jest córką Dobrochny Kędzierskiej. Dziennikarki, której byłem następcą na fotelu kierownika działu miejsko-terenowego bydgoskiego „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”.
 
12.2007

niedziela, 10 sierpnia 2014

Studia na raty

   Po maturze miałem redakcyjny obowiązek kontynuowania nauki, w szczytnym celu dołączenia do swojego dossier papierka dokumentującego wykształcenie wyższe. Wybrałem studia zaoczne na Uniwersytecie Wrocławskim.

   Najpierw w roku akademickim 1971-72 zaliczyłem pierwszy semestr na polonistyce, zdecydowanie - jak na mój gust - przeładowanej obowiązkowymi lekturami. Jednym z wykładowców był magister Jan Miodek, późniejszy profesor i gospodarz telewizyjnego programu językoznawczego „Ojczyzna polszczyzna”.

   Następnie w roku 1972-73 zaliczyłem pierwszy semestr na historii, z zajęciami zdecydowanie bardziej przyjaznymi dla czynnego dziennikarza. Ale i tam nie zagrzałem dłużej miejsca.

   Gdy w roku 1973-74 na uczelni powstał zupełnie nowy instytut nauk politycznych, nie miałem wątpliwości, że to wreszcie coś naprawdę dla mnie, coś łatwego i przyjemnego. Najtrudniejsze były dojazdy na comiesięczne sesje do Wrocławia, bo w okresie tych studiów mieszkałem czasowo w Bydgoszczy.
 
12.2007

sobota, 9 sierpnia 2014

Po butelki i makulaturę do aktorów

   Ponieważ w moim dzieciństwie bieda w domu czasem aż piszczała, pieniądze „na kino” zdobywałem zbierając butelki i makulaturę. Tak się złożyło, że moimi najbardziej niezawodnymi dawcami surowców wtórnych byli wrocławscy aktorzy.

   Tak poznałem m.in. Erwina Nowiaszka z Teatru Polskiego, o którym plotkowało się, że konkurował z Jerzym Zelnikiem do tytułowej roli w ekranizacji „Faraona”, wyreżyserowanej przez Jerzego Kawalerowicza. Odwiedzałem również dwóch aktorów Teatru Rozmaitości (to poprzednia nazwa Teatru Współczesnego): Henryka Teicherta (popularny później artysta operetkowy) i Jerzego Blocka (zagrał jedną z kluczowych ról zawiadowcy stacji w filmie Kazimierza Kutza „Ludzie z pociągu”).
 
12.2007

piątek, 8 sierpnia 2014

Wagary i matematyka nie do pogodzenia

   Oj, wagarowałem w dzieciństwie - najpierw będąc uczniem wrocławskiej Szkoły Podstawowej nr 30 przy ul. Wietrznej, a potem SP nr 77 przy ul. Ślężnej - często i długo! Raz moja nieobecność tam trwała około miesiąca. Zamiast się nudzić na lekcjach, wolałem oglądać filmy. Byłem stałym bywalcem kin z seansami porannymi: „Warszawy” i „Śląska” przy ul. Świerczewskiego, „Dworcowego” na Dworcu Głównym PKP, „Pokoju” przy Mikołaja, „Pioniera” przy Jedności Narodowej, „Lalki” przy Prusa, „Polonii” przy Żeromskiego… Niektóre tytuły zaliczyłem wielokrotnie - np. mimo że nie gustowałem w westernach, bardzo mi się podobało „Rio Bravo”.

   Przykrą konsekwencję wagarowania stanowiły zaległości w nauce. O ile z nadrabianiem opóźnień z języka polskiego nie miałem problemów, o tyle z matematyką było coraz gorzej. Męczyłem się z nią aż do matury. Egzamin dojrzałości z matematyki zdałem może nie cudem, ale nie bez życzliwości moich nauczycieli. Już wtedy byłem dość znanym dziennikarzem. I nauczyciele wiedzieli, że matematyka nie jest mi do szczęścia potrzebna.
 
12.2007

czwartek, 7 sierpnia 2014

Nie udawali Greka

   Utrwalenie w pamięci imienia i nazwiska kogoś, kogo ostatni raz widziało się kilkadziesiąt lat temu, świadczy, że nie był to ktoś dla mnie nieznaczący. Tak sobie pomyślałem wspominając dwóch znajomych Greków.

   Znacznie ode mnie starszy Pawlos Parkosidis, znajomy mojej matki, mieszkał na parterze kamienicy naprzeciw wrocławskiego Arsenału przy ul. Cieszyńskiego, a pracował w Państwowej Fabryce Wagonów „Pafawag”. Będąc kilkulatkiem, często go odwiedzałem, bo zawsze mogłem mieć pewność, że da mi kilka złotych na cukierki.

   Natomiast w IV Liceum Ogólnokształcącym dla Pracujących przy ul. Piotra Skargi siedziałem w jednej ławce z równie młodym Fryksosem Kucukanidysem. Miał swoje ulubione francuskie powiedzonko: „C’est la vie!”. W naszej klasie byliśmy jedynymi facetami. W otaczającym nas babińcu nie brakowało nawet zakonnicy.

   Dodam, że na Dolnym Śląsku mieszka sporo Greków. Ci najstarsi osiedlili się tu po przegranej przez komunistów wojnie domowej w Grecji w 1949.

12.2007

środa, 6 sierpnia 2014

Na śmierć Jana Pawła II

   W 1998 prezesem wydawnictwa „Gazety Wrocławskiej” został Jacek Czynajtis. Jego pierwszym konkretnym pomysłem, przekazanym na zapoznawczym spotkaniu z nami - dziennikarzami dziennika, było przygotowanie „na zapas” specjalnego wydania w związku ze śmiercią papieża.

   Czynajtis administrował w Gazecie Wrocławskiej do 2002. Jan Paweł II zmarł w 2005.

   Przez 7 lat współuczestniczyłem w kompletowaniu tekstów i zdjęć do tego wydania specjalnego. Uaktualniałem je i uzupełniałem. Kiedy wreszcie zostały wykorzystane, mnie już w redakcyjnym składzie nie było. Akurat wtedy rozpoczynał się 3-miesięczny okres wypowiedzenia mi umowy o zatrudnieniu, bez obowiązku świadczenia pracy.
 
12.2007

wtorek, 5 sierpnia 2014

Zredukowały mnie

   Zwolnienie z pracy w „Słowie Polskim-Gazecie Wrocławskiej” (z redakcji, z którą byłem związany od 1967 do 1975 i od 1978 do 2005) zawdzięczam ówczesnej redaktor naczelnej dziennika Agnieszce Niczewskiej i prezes miejscowego oddziału niemieckiej spółki wydawniczej Polskapresse Apolonii Świokle. O takiej decyzji, motywowanej tylko i wyłącznie „redukcją etatu”, dowiedziałem się nagle, tuż po świętach wielkanocnych, w przeddzień śmierci papieża Jana Pawła II.

   Niczewska i Świokło nie miały cywilnej odwagi, aby osobiście wręczyć mi pismo z decyzją o zwolnieniu z pracy - posłużyły się zastępcą redaktora naczelnego Tomkiem Dudą. Dla mnie pozostaną one postaciami symbolicznymi, jak bardzo na drodze kariery zawodowej można się zeszmacić. Potraktowały starszego dziennikarza z jego dorobkiem niczym śmiecia. Nawet im samym nie życzę podobnego pożegnania…
 
12.2007

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Depeszowiec skomputeryzowany

   Pod koniec pracy w „Słowie Polskim-Gazecie Wrocławskiej”, już po przeprowadzce z Podwala do nowego biurowca przy ul. Strzegomskiej, zajmowałem się głównie redagowaniem stron z depeszami z kraju i ze świata. Nie tylko wybierałem najważniejsze i najciekawsze informacje i zdjęcia z serwisów Polskiej Agencji Prasowej i warszawskiej centrali naszego wydawnictwa Polskapresse, a potem skracałem i opracowywałem teksty oraz makietowałem je. Również samodzielnie - po specjalnym przeszkoleniu - składałem całą kolumnę na komputerze, przy użyciu programu QuarkXPress.

   I pomyśleć, że zaczynałem życiową przygodę z mediami od nauki bodaj nikomu już w XXI wieku niepotrzebnego zawodu zecera (ręcznego składacza czcionek). Jeszcze kilkanaście lat temu bez niego i bez linotypisty (składacza maszynowego) nie sposób było sobie druku gazety wyobrazić…
 
12.2007

niedziela, 3 sierpnia 2014

Gotowe do planu

   Z oddziału wojewódzkiego „Gazety Robotniczejw Jeleniej Górze do centrali redakcji we Wrocławiu miałem m.in. obowiązek teleksowania tygodniowych planów pracy. Aby się mniej stresować, praktykowałem wypróbowany sposób. Najpierw gromadziłem gotowe teksty, napisane przez siebie i podwładnych. Tymczasowo do szuflady trafiało oczywiście tylko to, co nie mogło się w niej „ześmierdnąć”. Następnie informowałem zwierzchników, czego konkretnie w najbliższych dniach można się ode mnie spodziewać. Mając te tematy w momencie ich zgłaszania praktycznie już gotowe do przesłania, gwarantowałem sobie i swoim szefom terminowość realizacji podjętych zobowiązań. No i mogłem spokojnie koncentrować się na najważniejszym zadaniu: obsłudze z dnia na dzień tzw. bieżączki.

12.2007

sobota, 2 sierpnia 2014

Dwa światy (prasowe)

   Zwiedzając, w ramach „wymiany doświadczeń”, jeszcze w czasach Niemieckiej Republiki Demokratycznej, redakcję dziennika „Saechsische Zeitung” w Dreźnie, nas - mnie i innych członków delegacji „Gazety Robotniczej” - to i owo musiało zaskoczyć.

   Po pierwsze: poszczególne wydania planowano - w szczegółach! - na wiele miesięcy naprzód. Na informacje o wydarzeniach dnia rezerwowano minimalną ilość miejsca.

   Po drugie: kolportaż niemal całego nakładu odbywał się poza kioskami - głównie za pośrednictwem zakładów pracy, w obowiązkowej prenumeracie. O sprzedaż produktu tam się nie martwiono, bo problem zwrotów po prostu nie istniał.

   Na Dolnym Śląsku było zupełnie inaczej. Planowaliśmy dokładniej poszczególne wydania przeważnie z tygodniowym (piątkowy magazyn - z kilkunastodniowym) wyprzedzeniem, stawiając na najświeższe informacje z regionu, kraju i świata. I musieliśmy redagować gazetę tak, by zdecydowana większość czytelników chciała ją dobrowolnie kupować.
 
12.2007

piątek, 1 sierpnia 2014

Kolejkowy savoir-vivre

   Denerwują mnie ludziska „zamawiający kolejkę”. - Ja tu stoję - oznajmia taki na bezczelnego i idzie sobie załatwiać coś innego.

   Jeśli o przypilnowanie miejsca prosi mnie ktoś stojący przede mną, staram się być w miarę grzeczny. Jeśli jednak ktoś prosi o zajęcie mu miejsca osobę nie za nim (zwłaszcza gdy to akurat jestem ja), lecz przed nim - bywam mniej tolerancyjny.
 
12.2007