Będąc jeszcze dzieciakiem, pozostawałem pod wrażeniem zespołów big-beatowych.
We Wrocławiu najwięcej do powiedzenia (ściślej: do zagrania i zaśpiewania) w
muzyce młodzieżowej w tamtych przedrockowych czasach, oprócz awangardowego
Romualda i Romana, miała bardziej popowa grupa Pakt. Z jej muzykami i
menedżerem Markiem Łaciakiem nawet się kolegowałem. Przestałem po napisaniu
zbyt krytycznej - ich zdaniem - recenzji z koncertu.
Z
podstawowego składu Paktu największą karierę zrobił Jacek Krzaklewski. Od dawna
jest gitarzystą Perfectu. W Pakcie natomiast był on - cytuję z folderu -
„drums” i „vocal”. Znaczy: perkusistą i piosenkarzem.
03.2008
Rekonstrukcja i kontynuacja bloga założonego 11.11.2007, ocenzurowanego na początku marca 2014 przez anonima z Onetu i szefową Salonu24 - Bognę Janke pod dyktando prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu - sędzi Ewy Barnaszewskiej albo (sprawa jest zagadkowa, stąd ta alternatywa) jakiegoś pożytecznego idioty. Zapraszam też do lektury adam-klykow.blogspot.com i adamklykow.bloog.pl
niedziela, 30 listopada 2014
sobota, 29 listopada 2014
Odkryłem, że byłem
Odnalazłem w domowym archiwum (a prawdę pisząc: w papierowym bałaganie w
jednej z szaf) wydawnictwo z okazji czwartego walnego zjazdu Jeleniogórskiego
Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w 1987. Odkryłem w nim czarno na białym, że
byłem członkiem zarządu tej organizacji w mijającej wówczas, trzeciej kadencji.
Całkiem o tym zapomniałem. Azaliż alzheimer, a może po prostu nic porządnego w
JTSK nie zdziałałem i stąd ta biała plama w pamięci?
03.2008
03.2008
piątek, 28 listopada 2014
Papuga, "Papaya" i "Jożin z bażin"
”Pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą!” -
karcił naszą ojczyznę wieszcz Juliusz Słowacki.
O
pawiu (chociaż nie takim, jakiego poeta miał na myśli) było przed chwilą.
Służebnicą cudzą, z zamianą Moskwy na Waszyngton lub - jak kto woli - na
Brukselę, nadal ponoć (ja akurat się z tym poglądem nie zgadzam) jesteśmy.
A
co do papugi, to pasuje ona do rodzimej rzeczywistości jak najbardziej. Weźmy
dwa przykłady z muzycznego szołbiznesu.
Dopiero
gdy w 2008 na punkcie polskiego utworu „Papaya” oszalało pół świata, na
kompozycji Michała Urbaniaka z 1976, w genialnej interpretacji Urszuli Dudziak,
„poznali się” masowo ich rodacy. Zazwyczaj ci sami, którzy niedawno bzikowali
na punkcie czeskiego „Jożina z bażin” z 1978, będącego poniekąd kalką
wcześniejszych, co najmniej równie urokliwych, kawałków naszego zespołu jazzu
tradycyjnego Hagaw.
03.2008
czwartek, 27 listopada 2014
Paw na dywanie
Zygmunt Korzeniewski może być żywą ilustracją mojego ambiwalentnego
stosunku do drugiego człowieka. Z jednej strony podziwiam go jako wygadanego i
energicznego działacza, z drugiej - myślę o nim z pewnym zażenowaniem.
Mieszkaliśmy
na tym samym osiedlu Orle w Jeleniej Górze-Cieplicach. Razem jeździliśmy
autobusem do pracy w centrum miasta: ja do redakcji, on – do siedziby ZSMP
(przewodniczył lokalnemu zarządowi tej organizacji). Byłyby to nawet podróże
sympatyczne, gdyby nie jego skłonność do ścigania się z innymi pasażerami o
wolne miejsce siedzące oraz do rozmawiania (głównie o swoich sukcesach rodzinnych
i służbowych) głosem słyszalnym w niemal całym pojeździe.
Kiedy
już wróciłem na stałe do Wrocławia, dowiedziałem się, że Korzeniewski podczas
balangi w gabinecie nieobecnego w nim I sekretarza KW PZPR w Jeleniej Górze
poczuł się niedobrze i „puścił pawia” na dywan. Za ten mimowolny happening
polubiłem go najbardziej!
Potem,
już po przemianach ustrojowych, spotkałem Korzeniewskiego w Unii Wolności –
jako eksperta Władysława Frasyniuka do spraw oświaty. Był już wtedy dyrektorem
jeleniogórskiej filii Dolnośląskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli.
03.2008
środa, 26 listopada 2014
Ożeż "k"!
Widziałem
ostatnio coś śmiesznego w telewizji publicznej. Wcale nie w programie
kabaretowym, lecz w głównym wydaniu „Wiadomości”. Dziennikarka ze studia w
Warszawie rozmawiała całkiem poważnie z korespondentem w Brukseli, a na
przepołowionym ekranie z twarzami obojga pojawiły się napisy: „Warszawka” i
„Brukselka”. W pierwszym momencie pomyślałem, że to coś z moim wzrokiem jest
nie tak. Ale po około jednominutowej relacji filmowej nastąpił powrót do
rozmowy i wtedy już nie mogłem mieć wątpliwości, bo napisy: „Warszawka” i
„Brukselka” pojawiły się ponownie! Być może było potem jakieś sprostowanie
i przeprosiny, ale ja ich nie usłyszałem.
Jedno
małe „k”, a jaka różnica! Ciekawe, co spotkało telewizyjnego jajcarza: kara za
niedopuszczalne w tym miejscu żarty, czy nagroda za rozweselenie na ogół
zestresowanej (tym, co się w kraju i na świecie dzieje) widowni „Wiadomości”?
03.2008
wtorek, 25 listopada 2014
Cały Don Bartolo
Jak tu nie lubić kogoś, kto potrafi się śmiać z siebie? Bartek Czekański
sympatycznie zareagował na moją blogową anegdotę, że spełniając swoje marzenie
o karierze zawodowego boksera mógłby całkiem nieźle zarobić na reklamach
umieszczonych na - widocznych zwłaszcza po nokaucie - podeszwach
swoich butów. Podziękował i jeszcze przy okazji skomplementował. Cały równie
kontrowersyjny, co autoironiczny Don Bartolo (taką ma ksywę wśród
przyjaciół).
Czekański
wyróżnia się tzw. lekkim piórem. Nic dziwnego, wszak dziennikarstwo - jak
dowcipnie zauważył jeden z naszych kolegów po fachu Waldek Niedźwiecki -
wyssał z mlekiem… ojca Henryka, bardzo za swego życia lubianego żurnalisty.
Oprócz
boksu i innych sportów walki, Bartek jest niekwestionowanym autorytetem
speedwaya. Z właściwym sobie poczuciem humoru testuje jego „znawców”
opowiadaniem o hamulcach w motorach żużlowych, których te akurat maszyny w
ogóle nie mają. I nie obraża się, gdy inni robią sobie podśmiechujki z
trwających niewiele ponad minutę wyścigów, gdzie zawodnicy jeżdżą zaledwie
cztery okrążenia toru i skręcają tylko w lewo, a pierwszy na mecie jest
zazwyczaj ten, kto najszybciej wystartuje, chyba że prowadzącemu zdarzy się
defekt po drodze.
Mnie
Bartek imponuje też odwagą, jaką trzeba - mniemam - mieć, by
uczestniczyć w rajdach samochodowych, jako pilot znanego kierowcy Krzysztofa
Tercjaka.
03.2008
poniedziałek, 24 listopada 2014
Jak sobie wybierzesz...
”Politycy traktują Polaków jak idiotów i, powiedzmy sobie szczerze, są ku
temu podstawy”. To nie ja, to Rafał A. Ziemkiewicz - felietonista o
zupełnie innym światopoglądzie. Ale jak słyszę bezkrytycznych chwalców
Jarosława Kaczyńskiego albo Donalda Tuska, muszę zacytowanemu dziennikarzowi
przyznać rację. Nasi wybrańcy świadczą o nas: najmądrzejszym narodem to my nie
jesteśmy.
W
Sejmie w bezczelnym bajdurzeniu i wciskaniu kitu przodują szefowie dwóch
największych klubów parlamentarnych: Zbigniew Chlebowski z rządzącej Platformy
Obywatelskiej oraz Przemysław Gosiewski z opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości.
Obaj wyglądają na przekonanych, że „ciemny lud to kupi” - jak wymsknęło
się kiedyś dzielnie z nimi konkurującemu posłowi Jackowi Kurskiemu.
03.2008
niedziela, 23 listopada 2014
Jak z obowiązku zrobić biznes
Znowelizowana
ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych zobowiązuje ich zarządy do kserowania
dokumentów organizacyjnych na żądanie członków tych wspólnot. Nie za darmo.
Ustawa nie ustala jednak ani opłaty minimalnej, ani maksymalnej - wspomina
tylko o „kosztach sporządzenia”. I to jest błąd.
Rada
Nadzorcza Spółdzielni Mieszkaniowej „Piast” we Wrocławiu uchwaliła, że za każdą
kartkę skopiowanego dokumentu trzeba zapłacić 1,50 zł. Za taką kwotę można
kupić nawet bochenek chleba.
Półtora
złotego kosztuje więc np. ksero mieszczącej się na jednej stronie uchwały rady
nadzorczej, w której przyznaje ona jednogłośnie prezesowi zarządu spółdzielni
premię „w pełnej wysokości”. W jakiej konkretnie - tego się zainteresowani
członkowie nie dowiadują.
Półtora
złotego kosztuje także inna jednozdaniowa uchwała rady nadzorczej, w której
ona, również jednomyślnie, „zobowiązuje Zarząd do najkorzystniejszego
rozporządzenia majątkiem Spółdzielni”. Tyz piknie, a że bez żadnego konkretu…
Wspomniane
uchwały mieszczą się na jednej kartce. Ale nawet w wielostronicowych (czyli w
odpowiednio droższych przy kserowaniu) protokołach tejże rady nadzorczej treści
zazwyczaj jak na lekarstwo, za to urzędniczego bełkotu aż nadto. Każdy członek
może tę kupę makulatury mieć w odpisach u siebie w domu. Pod warunkiem, że za
owe dzieła sztuki biurokratycznej drogo zapłaci.
Ciekaw
jestem, co bardziej zadecydowało o ustanowieniu wysokiej ceny zaporowej:
finansowe zniechęcanie członków spółdzielni do kopiowania dokumentów, czy
robienie z tego obowiązku dodatkowego biznesu? Zapewne jedno i drugie.
Puentą
niech będzie fakt, że wrocławski „Piast” bynajmniej nie przoduje na liście
najwyższych stawek za kserowanie. Są w naszym pięknym, praworządnym kraju
spółdzielnie, które winszują sobie po 5 zł za kartkę, podczas gdy tzw. koszt
sporządzenia odbitki wynosi nie więcej niż 20 gr.
03.2008
03.2008
sobota, 22 listopada 2014
Kiedy telefon był luksusem
W 1972 Urząd Telefonów Miejscowych we Wrocławiu zawiadomił mnie, że „z
powodu braku możliwości technicznych” w okolicach al. Słowackiego 19,
instytucja ta „w dalszym ciągu nie może wykonać instalacji telefonicznej pod
w/w adresem w mieszkaniu Obywatela”. Na pocieszenie dodano, że „wniosek
zostanie ponownie rozpatrzony po rozbudowie sieci” (kiedy to miałoby
nastąpić - nie sprecyzowano).
Pierwszy domowy telefon zainstalowano mi dopiero w 1978 w Jeleniej Górze. Dziś moje telekomunikacyjne potrzeby w zupełności zaspokaja zakupiony kilka lat temu, ciągle ten sam aparat komórkowy (stacjonarnego już nie mam) firmy Sony.
03.2008
Pierwszy domowy telefon zainstalowano mi dopiero w 1978 w Jeleniej Górze. Dziś moje telekomunikacyjne potrzeby w zupełności zaspokaja zakupiony kilka lat temu, ciągle ten sam aparat komórkowy (stacjonarnego już nie mam) firmy Sony.
03.2008
piątek, 21 listopada 2014
Alzheimer
Od nazwiska Niemca Aloisa Alzheimera, zmarłego w 1915 w wieku 51 lat we
Wrocławiu szefa katedry psychiatrii na tutejszym uniwersytecie, pochodzi nazwa
choroby, która charakteryzuje się degeneracją ośrodkowego układu nerwowego i
występowaniem otępienia. Taki nieszczęśnik nie potrafi sobie przypomnieć nawet
swoich danych osobowych.
Mnie
to jeszcze nie grozi, ale… zastanawiam się nad ułomnością własnej pamięci.
Gdybym np. nie zachował i nie odkurzył dokumentu z 1973, w ogóle nie miałbym
pojęcia, że przed ćwierćwieczem Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej Wrocław
Stare Miasto powierzyło mi obowiązki członka Rady Społecznej Dzielnicowego Domu
Kultury „Starówka” na dwuletnią kadencję.
I
niech to będzie dodatkowy argument na rzecz potrzeby utrwalania „na piśmie” -
zanim dopadnie cię alzheimer - różnych faktów ze swojego życia. Blog wydaje się
być miejscem w sam raz.
03.2008
czwartek, 20 listopada 2014
"Palenie zabija. Zbigniew Religa"
Poruszyła mnie informacja o nieskutecznej chemioterapii ciężko chorego na
raka płuc wybitnego kardiochirurga, byłego ministra zdrowia, profesora
Zbigniewa Religi. Pierwsza refleksja: lekarze też umierają - nawet ci,
którzy w pełni mogą korzystać ze zdobyczy medycyny.
Nie
jest tajemnicą, że prof. Religa był nałogowym palaczem. Pamiętam, że goszcząc
we Wrocławiu nie potrafił się obyć bez papierosa nawet podczas trwania
konferencji prasowych. Przepraszał dziennikarzy, pytał, czy może, a my odpowiadaliśmy
grzecznie, że tak. Więc dymił jak lokomotywa. Dziś czuję się ociupinkę
winien jego stanu zdrowia.
Może
więcej uzależnionych od nikotyny rzuciłoby palenie, gdyby na paczkach
papierosów umieścić napis: „Palenie zabija. Zbigniew Religa”?
03.2008
środa, 19 listopada 2014
Mieszkanie nie dla zwierząt
Żadnych zwierząt w moim mieszkaniu! Nie dlatego, że jestem wrogiem psów,
kotów i inszych stworzeń pozaludzkich. Dlatego, że żyjąc razem z nimi pod
jednym dachem (ściślej: sufitem) - nie miałbym higienicznego komfortu.
Zrozumiano? Hau, hau! Miau, miau! Tak, tak…
03.2008
03.2008
wtorek, 18 listopada 2014
Urodziny przed imieninami
Dla mnie najlepszym testem na czyjąś życzliwość jest pamiętanie nie tyle
o moich imieninach, ile o urodzinach. Chociaż gdybym był kobietą, może miałbym
odmienne zdanie.
03.2008
03.2008
poniedziałek, 17 listopada 2014
Lodowisko i kino w jednym
Zanim zostałem dziennikarzem pełną gębą, pisałem do gazet listy. Jeden z
nich wykorzystano w 1966 w „Słowie Polskim” w poczytnej weekendowej rubryce
„Bigos”. Jej redaktor - Michał Żywień - poinformował czytelników, że nie
spodobała się mi nazwa otwieranego wówczas pierwszego sztucznego lodowiska we
Wrocławiu, zbudowanego przy ul. Księcia Witolda, przy moście Pomorskim. Zamiast
„Torpiast” (na wzór warszawskiego „Torwaru” i katowickiego „Torkatu”),
proponowałem „Wratislavię”. Byłaby to nazwa i wrocławska, i milenijna -
argumentowałem.
Oczywiście
nikt się moim głosem nie przejął. A po „Torpiaście”, który w zimie był
lodowiskiem, zaś w lecie - sezonowym kinem plenerowym, już dawno nie ma
śladu.
03.2008
niedziela, 16 listopada 2014
Dziecięce hobby
Kiedy o internecie nikt jeszcze nic nie wiedział, popularnym sposobem na
zawieranie znajomości było ogłaszanie się w specjalnych gazetowych rubrykach.
„Listy o sporcie i widokówki wymieni Adam Kłykow (lat 14)” - wydrukowano w
1964 w jednym z numerów ogólnopolskiego dziennika „Sztandar Młodych”, wraz z
moim dokładnym adresem pocztowym.
Ja miałem takie zainteresowania?! Tylko dziecko mogło podniecać się pisaniem do
kogoś o sporcie i kolekcjonowaniem pocztówek.
03.2008
sobota, 15 listopada 2014
Czytam idąc
Zauważam wokół siebie coraz mniej takich ludzi, ale ja sam tego
przyzwyczajenia już nie zmienię. Na spacer niemal zawsze wybieram się z książką
lub gazetą. Idąc czytam. Łączę przyjemne z pożytecznym lub - jak kto
woli - pożyteczne z przyjemnym.
03.2008
03.2008
piątek, 14 listopada 2014
Od apetytu do dobrobytu
Nie lubię czytać o kuchni, pisać o niej - tym bardziej. Pewnie
dlatego, że nie jestem obżartuchem. Brak brzucha grubasa dowodem. Nie posiadłem
kulinarnych talentów. Choć ugotować wodę bez przypalenia, a nawet usmażyć
jajecznicę potrafię. Jem, co mi się zaproponuje. No, może z wyjątkiem szpinaku.
W
nakazowo-rozdzielczym PRL-u miałem zdecydowanie większy apetyt. Np. na samą
myśl o ptasim mleczku czy chałwie czułem się głodniejszy niż byłem. W
wolnorynkowej RP słodyczy pod dostatkiem, tylko kupować - a ja jakoś nie
mam nań ochoty. Podobnie jak na pomarańcze czy arbuzy. Kiedyś owoce te
smakowały mi bardziej.
Nie
ma to jak markowa herbatka i dobrze wypieczona bułka z prawdziwym masłem. Dla
mnie wciąż zestaw delikatesowy!
03.2008
czwartek, 13 listopada 2014
BAS: Bryl Andrzej system
Rzadko kto potrafił mi zaimponować. Jednym z nielicznych wyjątków był
brat Bożenki - Andrzej Bryl. Gdy go poznałem za pośrednictwem siostry,
wydawał się zupełnie normalnym młodzieńcem. Swym łagodnym sposobem bycia
bynajmniej nie kojarzył się z zawodowym zakapiorem.
Tymczasem
ten - jak sam mi o sobie opowiadał - zakompleksiony i chorowity
chłopak z prowincjonalnych Słubic z czasem stał się - to już moje
określenia - niezwykłym supermenem: komandosem, survivalowcem,
globtroterem. Miałem szczęście, że nie musiałem się przekonywać na własnej
skórze o jego sprawności i sile.
Bryl
był osobistym uczniem twórcy taekwondo, koreańskiego generała Choi Hong Hi. Po
zdanym u niego egzaminie w 1979 w Kanadzie, został pierwszym mistrzem tej
sztuki walki z Europy Wschodniej. Współorganizował Polską Organizację
Taekwondo. Pełnił w niej funkcję prezesa do spraw szkoleniowych, wychował wielu
znakomitych zawodników i trenerów.
Autor
podręczników „Taekwondo: koreańska sztuka samoobrony” i „Skuteczna samoobrona”.
Twórca BAS-3, profesjonalnego systemu walki w kontakcie bezpośrednim dla
wojskowych specgrup i policyjnych antyterrorystów. Założyciel Centrum Szkolenia
Specjalnego - pionierskiego w naszym kraju prywatnego ośrodka kształcenia
uzbrojonych służb ochroniarskich. Także mistrz kalaki – filipińskiej sztuki
walki pałkami, bronią białą i wręcz.
A
przy tym żaden z Bryla ograniczony umysłowo osiłek, to bowiem także facet
porządnie wykształcony. Absolwent trzech uczelni: Uniwersytetu Wrocławskiego
(gdzie zrobił doktorat z socjologii), Akademii Wychowania Fizycznego we
Wrocławiu (gdzie był też wykładowcą) i Uniwersytetu im. Łomonosowa w Moskwie
(studiował tam filozofię).
03.2008
środa, 12 listopada 2014
Sekretarka dziennikarką
W
1978 razem ze mną pracę w oddziale wojewódzkim „Gazety Robotniczej” w Jeleniej
Górze zaczynała Bożenka Bryl. Ja jako kierownik placówki, ona jako sekretarka.
Przyjechała z rodzinnych Słubic do Jeleniej Góry na studia. Skończyła miejscową
filię wrocławskiej Akademii Ekonomicznej. Trafiła do redakcji i już w niej
została. Z czasem dostała etat dziennikarski i awansowała (nie bezpośrednio po
mnie, ale jednak) na szefową oddziału. Okazała się dobrym fachowcem. Moja
szkoła – chciałoby się rzec pół żartem, pół serio.
03.2008
03.2008
wtorek, 11 listopada 2014
Ty "Kłykwo"!
Pro domo sua, pro domo mea: moje nazwisko też bywa tworzywem do żartów. Z
niektórych sam się śmieję, np. z wymyślonej przez moją Ewę „Kłykwy”; inne co
najwyżej toleruję, np. powtarzanego przez znajomego dziennikarza Tomka Kędzię
„Kłykacza” (jest taka ryba).
Nie
każdy miał szczęście, jak jeden z moich redakcyjnych kolegów, urodzić się w
rodzinie Serafinów i na dodatek zostać Bogusiem. Sławiący Boga anioł -
ładne, prawda?
A
wracając jeszcze do łosia, tego przez małe „ł”. Zwierzę to może nie wygląda
najinteligentniej, ale jakież ono jest sympatyczne!
No
to pojechałem po bandzie… Kłykwa, dość tych żenujących skojarzeń!
03.2008
poniedziałek, 10 listopada 2014
Ty łosiu!
Mój wyjątkowo (?) zły gust pozwolił mi zareagować rozbawieniem na
wiadomość o niefarcie, jaki spotkał wrocławskiego polityka Platformy
Obywatelskiej o nazwisku Łoś. Andrzej Łoś. Gdyby nazywał się np. Kowalski,
pewnie przeważyłoby współczucie. Co najwyżej popisałbym się wówczas smutną
refleksją, że każdy jest kowalem swego losu.
Andrzej
Łoś najpierw został marszałkiem województwa dolnośląskiego, a następnie posłem.
Prawo jednak nie pozwala łączyć obu funkcji.
Łoś
mógł, ale nie musiał zrezygnować z gwarantowanego na całą kadencję miejsca w
Sejmie. Miał przecież demokratyczne poparcie swoich wyborców i niezadowoleni z
niego partyjni koledzy (wyrażali pretensje, że zebrał za mało głosów) mogli mu
„skoczyć”. Dał się jednak namówić i dobrowolnie zrzekł się mandatu
parlamentarzysty. A po kilku miesiącach nie chciał, ale musiał złożyć dymisję
ze stanowiska szefa urzędu marszałkowskiego. W tym przypadku nie miał już nic
do gadania, poza użalaniem się nad sobą. Autokratycznie zdecydował za niego
wszechwładny kadrowy PO Grzegorz Schetyna, który na mieszanie w personalnych
układach zawsze znajduje czas.
Wyautowanego
Łosia (Andrzeja) i jemu podobnych o innych, mniej „kojarzących się” nazwiskach
jakoś mi nie żal. Kto bowiem wdeptuje w polityczne, bardzo grząskie bagno, musi
się liczyć z ubłoceniem, a nawet ufajdaniem.
A
za tytułowego „Ty łosiu!” serdecznie Pana Łosia przepraszam. Wstyd mi za
siebie.
03.2008
niedziela, 9 listopada 2014
"Tusk" znaczy "kłyk", czyli "kieł"
Jestem więcej niż pewien, że Donald Tusk nie sprawi, „aby polskie ludzie
taplali się w cudzie”, jak na melodię „Jożina z bażin” śpiewają zgrywusi z
kabaretu „Pod Wyrwigroszem”. Nie mam nadmiernego zaufania do premiera, który
obstawia się - że poprzestanę na znanych mi osobiście politykach z Dolnego
Śląska - wicepremierem Grzegorzem Schetyną i przewodniczącym Klubu
Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewem Chlebowskim, a marginalizuje
ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego.
Moje
resztki sympatii dla obecnego szefa rządu biorą się głównie stąd, że mamy podobne…
nazwiska. Bo co po angielsku „tusk”, a po rosyjsku „kłyk” - to po polsku
„kieł”.
Nie
jestem natomiast aż takim wrogiem premiera z kaszubskim rodowodem, by mu -
jak robią to niektórzy adwersarze - wypominać, że po kaszubsku „tusk”
znaczy „burek”. Zwłaszcza że dowcipkowanie z nazwisk uważam za coś w wyjątkowo
złym guście.
03.2008
sobota, 8 listopada 2014
Kategorycznie zabraniam
Dziennikarzom
Jeleniogórskiego Ośrodka Prasowego szczególnie podpadł w tamtych czasach lekarz
medycyny Artur Żebracki, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego. Pewnego
razu doniesiono nam jego zarządzenie, adresowane do podwładnych: „Kategorycznie
zabraniam udzielania wszelkiego rodzaju wywiadów związanych z WSZ
przedstawicielom prasy, radia i telewizji. Możliwe jest to dopiero po
otrzymaniu mojej pisemnej zgody”.
Żebracki dał o sobie znać już wcześniej. Miał za złe jednej z pracownic
szpitala, która głosując na posłów w lokalu wyborczym spełniła prośbę reportera
i wypowiedziała się do gazety na temat bolączek służby zdrowia.
W
wydrukowanym felietonie zarzuciłem Żebrackiemu próbę tłumienia krytyki. Co
niech będzie dowodem na to, że nawet w PRL-u można było bronić wolności słowa.
03.2008
piątek, 7 listopada 2014
Echa krytyki
Jako szef oddziału „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze miałem m.in.
obowiązek uprawiania sprawozdawczości wewnątrzredakcyjnej na różne tematy.
Trafiłem
na archiwalną notatkę z przełomu lat 1979-1980, zatytułowaną: „Reakcja ma
krytykę prasową w "Gazecie Robotniczej"”. Cóż ja tam donosiłem do wrocławskiej
centrali?
„Ogólnie
oceniając, ostatnio obserwuję zanik reakcji na krytykę prasową. Nawet Miejskie
Przedsiębiorstwo Komunikacyjne nie wywiązuje się sumiennie z obowiązku
ustosunkowania się do negatywnych publikacji. Inna sprawa, że nie próbujemy
specjalnie ostrzyć piór na "dzieci do bicia", do których MPK trzeba zaliczyć.
Widzimy bowiem obiektywne przyczyny niedomagań (w przypadku transportu
pasażerskiego - brak taboru, części zamiennych, kierowców).
Niepokoi
reguła przemilczania krytyki przez jej adresatów, chyba że któryś z nich
znajdzie w publikacji jakąś - przeważnie mało istotną - nieścisłość.
Wówczas atakuje redakcję, omijając wszakże sedno sprawy.
Często
reakcją na krytykę jest obrażanie się na dziennikarza. Np. gdy napisze on, że
pierwszym dziełem Zakładu Rewaloryzacji Starego Miasta są garaże. Skrytykowany
nie szuka winnego budowlanego nonsensu u siebie, lecz w redakcji. A przecież
autor notatki stwierdził tylko oczywisty fakt, którego nie wymyślił”.
Itp.,
itd.
03.2008
czwartek, 6 listopada 2014
Pracowite niedziele
W „Gazecie Robotniczej” pracowałem na ogół przez okrągły tydzień.
Przyzwyczaiłem się, że niedziela to normalny dzień roboczy. Wówczas szczególnie
dwoili się i troili koledzy z działu sportowego. Ale i reporterzy z „mojego”
działu miejskiego byli bardzo zajęci.
Teoretycznie
dzień wolny miałem w sobotę. W praktyce wtedy też spędzałem mnóstwo czasu na
obsłudze imprez. Tego dnia jednak nie trzeba było wracać szybko do redakcji. I
jeśli gospodarze zapraszali np. na jakiś bankiecik po imprezie -
korzystało się z okazji.
W
niedzielę szczególnie ciężko, dobrych kilkanaście godzin, od rana do wieczora,
pracowałem w „Panoramie Dolnośląskiej”. Był to wprawdzie tygodnik, ale
drukowany w poniedziałek i sprzedawany od wtorku. W niedzielę zamykało się
numer. A gros tekstów trafiało do mnie - sekretarza redakcji - na
ostatnią chwilę. Doping w postaci próśb i gróźb często bywał nieskuteczny. Maruderzy
zawsze znajdowali jakieś usprawiedliwienie swoich opóźnień.
03.2008
środa, 5 listopada 2014
Kasa wypłaca
Będąc etatowym dziennikarzem „Gazety Robotniczej”, odwiedzałem redakcyjną
kasę dwa razy w miesiącu. Po wynagrodzenie zasadnicze i po wierszówkę. Mój
całkowity dochód zawsze dość wyraźnie przekraczał średnią płacę krajową. Aby
jednak tyle zarabiać, musiałem się porządnie napracować.
Każda
wydrukowana publikacja była wyceniana przez zwierzchników. Zanim szeregowy
dziennikarz (funkcyjnych to nie dotyczyło) zaczął pomnażać konto wierszówkowe,
musiał najpierw wykonać tzw. obowiązek (minimum wydajności) w ramach
wynagrodzenia zasadniczego. Kierownicy natomiast mogli nic nie pisać i jeszcze
przysługiwał im dodatek funkcyjny za organizowanie pracy i adiustowanie cudzych
tekstów.
Zatrudnieni
w redakcjach Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego otrzymywali corocznie
„trzynastki”. Po przekształceniach własnościowych te dodatkowe
pensje zlikwidowano. Przestano też wypłacać nagrody jubileuszowe. Dostawało się
je za okrągłe rocznice pracy, raz na pięć lat.
Zdarzały
się również nagrody uznaniowe za najlepsze - zdaniem szefów - teksty.
A poza tym „należało się” po kilka bezpłatnych gazet na co dzień, bon towarowy
na święta bożonarodzeniowe i paczka dla każdego małego dziecka dziennikarza na
mikołajki.
03.2008
wtorek, 4 listopada 2014
Wakacje w Szwajcarii Saksońskiej
Ocalał „Dziennik zajęć”, który dostałem, do wypełnienia sprawozdawczą
treścią, z Kuratorium Oświaty i Wychowania w Jeleniej Górze, jako wychowawca
15-osobowej grupy dzieci w wieku od 11 do 16 lat, z którymi od 29 lipca do 10
sierpnia 1985 przebywałem w Pionierhaus Sebnitz im Ferienzentrum Hohstein, w
ramach wakacyjnej wymiany młodzieży między Polską a Niemiecką Republiką
Demokratyczną. Dokument ten pozwala mi na odtworzenie szczegółów.
Miałem
pod opieką 9 dziewcząt i 6 chłopców w ogóle przedtem się nie znających,
zamieszkałych w Jeleniej Górze (3) oraz w Brzeźniku, Dłużynie Dolnej, Gryfowie,
Kowarach, Lipie Jaworskiej, Lubaniu, Łodzi, Łomnicy, Olszynie, Piechowicach,
Wleniu i Zgorzelcu. Łączyło ich jedno: pochodzili z rodzin członków Związku
Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych. Pięcioro harcerzy, pozostali -
niezrzeszeni. W rubryce: „Ocena końcowa” postawiłem im 8 piątek, 4 czwórki i 3
trójki.
Pobyt
przebiegał według programu przygotowanego przez gospodarzy z NRD. Podróż
pociągiem z Jeleniej Góry do Drezna (trwającą około czterech godzin) i z
powrotem oraz zorganizowane nam wycieczki (m.in. kilkakrotnie na kąpielisko w
Hohnstein, po Szwajcarii Saksońskiej od Bastei do Rathewalde, do galerii
obrazów w Zwingerze w Dreźnie, do zamków hrabiny Cosel w Stolpen i Augusta III
Mocnego w Pillnitz, do twierdzy Koenigstein, do Domu Pioniera w Sebnitz,
statkiem „Karl Marx” z Pirny do Bad Schandau, no i na zakupy gdzie się tylko
dało) oceniłem na 5, pogodę - na 4, a zakwaterowanie (pokoje kilkuosobowe,
bez wygód), wyżywienie (jednodaniowe obiady, na ogół niesmaczne) i warunki
sanitarne (brak łazienek, ciepła woda tylko przy jednej umywalce) - na 3.
Kilka
cytatów z „Dziennika zajęć”:
„Obóz
odwiedzili towarzysze w Komitetu Okręgowego Niemieckiej Socjalistycznej Partii
Jedności z Drezna. Zachowaliśmy się [my, wychowawcy] pryncypialnie, narzekając
jedynie na pogodę. Fakt, że integracja obu grup polskich [naszej i z Piechowic]
oraz jednej z NRD była spontaniczna i wzorowa, bez reżyserii starszych”.
„Szef
ośrodka zachowywał się jak przysłowiowy pies ogrodnika, nie pozwalając zrywać
gnijących na drzewach czereśni i wiśni [inni pracownicy ośrodka pozwalali]”.
„Dzieci
żegnały się, płacząc. "Fajnie było" - komentowały. Na granicy żadnych problemów
z WOP-istami i celnikami. Najwięcej chyba przewoziliśmy słodyczy”.
W
„Dzienniku zajęć” o tym ani słowa, ale z wakacji w Hohnstein, miejscowości z
malowniczym zamkiem na wysokiej skale, zapamiętałem ponadto kręcącą się koło
mnie młodą Niemkę, zamieszkałą w sąsiedztwie naszego obozu. Wyglądała na tzw.
łatwą zdobycz, była jednak zdecydowanie nie w moim guście. Zastanawiam się
teraz, czy nie miałem przypadkiem tzw. plastra w postaci agentki Stasi.
Możliwe.
03.2008
poniedziałek, 3 listopada 2014
Miałem napisać monografię "Piwnicy Świdnickiej"
”Oczywiście w tym informacyjnym tekście nie sposób napisać o wszystkim.
Nie można jednak pominąć faktu, że za sprawą red. Adama Kłykowa „Piwnica
[Świdnicka]” doczeka się wkrótce własnej monografii” - to fragment
publikacji Romualda Nadera w jednym z numerów tygodnika „Wiadomości” na
początku lat 70. XX wieku.
Niestety,
inicjatywa ta zaczęła się i skończyła na etapie gromadzenia dokumentacji o
historii i współczesności podziemnej części wrocławskiego Ratusza, gdzie we
wnętrzach dawnej piwiarni powstał „klub młodzieży pracującej”. Na
urzeczywistnienie pomysłu napisania monografii po prostu zabrakło mi czasu.
03.2008
niedziela, 2 listopada 2014
Wstydliwy Oscar
Pierwszy swój znaczniejszy tekst, nie w rubryce listów czytelników do
redakcji, lecz jako normalną publikację prasową, zobaczyłem w druku w
popołudniówce „Wieczór Wrocławia” w 1967 - na cztery miesiące przed wygraniem
konkursu dziennikarskiego „Gazety Robotniczej”. Był to artykuł o genezie
festiwali filmowych w Wenecji, Cannes i Moskwie oraz o narodzinach statuetki
znanej powszechnie jako Oscar.
Przytoczyłem
jedną z wersji, że autorką nazwy tej nagrody jest znakomita aktorka Betty
Davis. Zrobiła to z przekory wobec swego pierwszego męża, który tak bardzo się
wstydził swego drugiego imienia Oscar, że na wizytówkach przedstawiał się:
„Harmon O. Nelson”.
Pamiętam,
że radość z zobaczenia swego dzieła w gazecie mieszała się z pewnym
rozczarowaniem po zauważeniu redakcyjnych skrótów i poprawek. O ile później
zrozumiałem dopuszczalność zamiany „Oscara” na „Oskara”, o tyle do dziś nie
rozumiem zamiany „Harmona” na „Karmona” i „Davis” na „Dawis”.
03.2008
sobota, 1 listopada 2014
Skojarzenia fizyczne
Nic na to nie poradzę: ilekroć widzę Bogdana Zdrojewskiego, onegdaj
prezydenta Wrocławia, obecnie ministra kultury - tylekroć zauważam jego
podobieństwo (podkreślam, że wyłącznie fizyczne!) do pewnej powszechnie znanej,
ale zarazem jednoznacznie negatywnej postaci historycznej. Gdybym ja był reżyserem
filmowym, a on - aktorem, z pewnością obsadziłbym go w roli Adolfa Hitlera.
Inne
automatyczne skojarzenie miałem wówczas, kiedy na forum
publicznym zaistniał o ileś tam kilogramów młodszy przywódca
„Solidarności”, późniejszy prezydent RP Lech Wałęsa. Wystarczyło go wtedy
troszeczkę ucharakteryzować i wypisz, wymaluj - Józef Stalin.
02.2008
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)