niedziela, 30 listopada 2014

Big-beatowy Pakt

   Będąc jeszcze dzieciakiem, pozostawałem pod wrażeniem zespołów big-beatowych. We Wrocławiu najwięcej do powiedzenia (ściślej: do zagrania i zaśpiewania) w muzyce młodzieżowej w tamtych przedrockowych czasach, oprócz awangardowego Romualda i Romana, miała bardziej popowa grupa Pakt. Z jej muzykami i menedżerem Markiem Łaciakiem nawet się kolegowałem. Przestałem po napisaniu zbyt krytycznej - ich zdaniem - recenzji z koncertu.

   Z podstawowego składu Paktu największą karierę zrobił Jacek Krzaklewski. Od dawna jest gitarzystą Perfectu. W Pakcie natomiast był on - cytuję z folderu - „drums” i „vocal”. Znaczy: perkusistą i piosenkarzem.

03.2008

sobota, 29 listopada 2014

Odkryłem, że byłem

   Odnalazłem w domowym archiwum (a prawdę pisząc: w papierowym bałaganie w jednej z szaf) wydawnictwo z okazji czwartego walnego zjazdu Jeleniogórskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w 1987. Odkryłem w nim czarno na białym, że byłem członkiem zarządu tej organizacji w mijającej wówczas, trzeciej kadencji. Całkiem o tym zapomniałem. Azaliż alzheimer, a może po prostu nic porządnego w JTSK nie zdziałałem i stąd ta biała plama w pamięci?

03.2008   

piątek, 28 listopada 2014

Papuga, "Papaya" i "Jożin z bażin"

   ”Pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą!” - karcił naszą ojczyznę wieszcz Juliusz Słowacki.

   O pawiu (chociaż nie takim, jakiego poeta miał na myśli) było przed chwilą. Służebnicą cudzą, z zamianą Moskwy na Waszyngton lub - jak kto woli - na Brukselę, nadal ponoć (ja akurat się z tym poglądem nie zgadzam) jesteśmy.

   A co do papugi, to pasuje ona do rodzimej rzeczywistości jak najbardziej. Weźmy dwa przykłady z muzycznego szołbiznesu.

   Dopiero gdy w 2008 na punkcie polskiego utworu „Papaya” oszalało pół świata, na kompozycji Michała Urbaniaka z 1976, w genialnej interpretacji Urszuli Dudziak, „poznali się” masowo ich rodacy. Zazwyczaj ci sami, którzy niedawno bzikowali na punkcie czeskiego „Jożina z bażin” z 1978, będącego poniekąd kalką wcześniejszych, co najmniej równie urokliwych, kawałków naszego zespołu jazzu tradycyjnego Hagaw.
 
03.2008

czwartek, 27 listopada 2014

Paw na dywanie

   Zygmunt Korzeniewski może być żywą ilustracją mojego ambiwalentnego stosunku do drugiego człowieka. Z jednej strony podziwiam go jako wygadanego i energicznego działacza, z drugiej - myślę o nim z pewnym zażenowaniem.

   Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu Orle w Jeleniej Górze-Cieplicach. Razem jeździliśmy autobusem do pracy w centrum miasta: ja do redakcji, on – do siedziby ZSMP (przewodniczył lokalnemu zarządowi tej organizacji). Byłyby to nawet podróże sympatyczne, gdyby nie jego skłonność do ścigania się z innymi pasażerami o wolne miejsce siedzące oraz do rozmawiania (głównie o swoich sukcesach rodzinnych i służbowych) głosem słyszalnym w niemal całym pojeździe.

   Kiedy już wróciłem na stałe do Wrocławia, dowiedziałem się, że Korzeniewski podczas balangi w gabinecie nieobecnego w nim I sekretarza KW PZPR w Jeleniej Górze poczuł się niedobrze i „puścił pawia” na dywan. Za ten mimowolny happening polubiłem go najbardziej!

   Potem, już po przemianach ustrojowych, spotkałem Korzeniewskiego w Unii Wolności – jako eksperta Władysława Frasyniuka do spraw oświaty. Był już wtedy dyrektorem jeleniogórskiej filii Dolnośląskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli.
 
03.2008

środa, 26 listopada 2014

Ożeż "k"!

   Widziałem ostatnio coś śmiesznego w telewizji publicznej. Wcale nie w programie kabaretowym, lecz w głównym wydaniu „Wiadomości”. Dziennikarka ze studia w Warszawie rozmawiała całkiem poważnie z korespondentem w Brukseli, a na przepołowionym ekranie z twarzami obojga pojawiły się napisy: „Warszawka” i „Brukselka”. W pierwszym momencie pomyślałem, że to coś z moim wzrokiem jest nie tak. Ale po około jednominutowej relacji filmowej nastąpił powrót do rozmowy i wtedy już nie mogłem mieć wątpliwości, bo napisy: „Warszawka” i „Brukselka” pojawiły się ponownie! Być może było potem jakieś sprostowanie i przeprosiny, ale ja ich nie usłyszałem.

   Jedno małe „k”, a jaka różnica! Ciekawe, co spotkało telewizyjnego jajcarza: kara za niedopuszczalne w tym miejscu żarty, czy nagroda za rozweselenie na ogół zestresowanej (tym, co się w kraju i na świecie dzieje) widowni „Wiadomości”?
 
03.2008

wtorek, 25 listopada 2014

Cały Don Bartolo

   Jak tu nie lubić kogoś, kto potrafi się śmiać z siebie? Bartek Czekański sympatycznie zareagował na moją blogową anegdotę, że spełniając swoje marzenie o karierze zawodowego boksera mógłby całkiem nieźle zarobić na reklamach umieszczonych na - widocznych zwłaszcza po nokaucie - podeszwach swoich butów. Podziękował i jeszcze przy okazji skomplementował. Cały równie kontrowersyjny, co autoironiczny Don Bartolo (taką ma ksywę wśród przyjaciół).

   Czekański wyróżnia się tzw. lekkim piórem. Nic dziwnego, wszak dziennikarstwo - jak dowcipnie zauważył jeden z naszych kolegów po fachu Waldek Niedźwiecki - wyssał z mlekiem… ojca Henryka, bardzo za swego życia lubianego żurnalisty.

   Oprócz boksu i innych sportów walki, Bartek jest niekwestionowanym autorytetem speedwaya. Z właściwym sobie poczuciem humoru testuje jego „znawców” opowiadaniem o hamulcach w motorach żużlowych, których te akurat maszyny w ogóle nie mają. I nie obraża się, gdy inni robią sobie podśmiechujki z trwających niewiele ponad minutę wyścigów, gdzie zawodnicy jeżdżą zaledwie cztery okrążenia toru i skręcają tylko w lewo, a pierwszy na mecie jest zazwyczaj ten, kto najszybciej wystartuje, chyba że prowadzącemu zdarzy się defekt po drodze.

   Mnie Bartek imponuje też odwagą, jaką trzeba - mniemam - mieć, by uczestniczyć w rajdach samochodowych, jako pilot znanego kierowcy Krzysztofa Tercjaka.
 
03.2008

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak sobie wybierzesz...

   ”Politycy traktują Polaków jak idiotów i, powiedzmy sobie szczerze, są ku temu podstawy”. To nie ja, to Rafał A. Ziemkiewicz - felietonista o zupełnie innym światopoglądzie. Ale jak słyszę bezkrytycznych chwalców Jarosława Kaczyńskiego albo Donalda Tuska, muszę zacytowanemu dziennikarzowi przyznać rację. Nasi wybrańcy świadczą o nas: najmądrzejszym narodem to my nie jesteśmy.

   W Sejmie w bezczelnym bajdurzeniu i wciskaniu kitu przodują szefowie dwóch największych klubów parlamentarnych: Zbigniew Chlebowski z rządzącej Platformy Obywatelskiej oraz Przemysław Gosiewski z opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości. Obaj wyglądają na przekonanych, że „ciemny lud to kupi” - jak wymsknęło się kiedyś dzielnie z nimi konkurującemu posłowi Jackowi Kurskiemu.
 
03.2008 

niedziela, 23 listopada 2014

Jak z obowiązku zrobić biznes

   Znowelizowana ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych zobowiązuje ich zarządy do kserowania dokumentów organizacyjnych na żądanie członków tych wspólnot. Nie za darmo. Ustawa nie ustala jednak ani opłaty minimalnej, ani maksymalnej - wspomina tylko o „kosztach sporządzenia”. I to jest błąd.

   Rada Nadzorcza Spółdzielni Mieszkaniowej „Piast” we Wrocławiu uchwaliła, że za każdą kartkę skopiowanego dokumentu trzeba zapłacić 1,50 zł. Za taką kwotę można kupić nawet bochenek chleba.

   Półtora złotego kosztuje więc np. ksero mieszczącej się na jednej stronie uchwały rady nadzorczej, w której przyznaje ona jednogłośnie prezesowi zarządu spółdzielni premię „w pełnej wysokości”. W jakiej konkretnie - tego się zainteresowani członkowie nie dowiadują.

   Półtora złotego kosztuje także inna jednozdaniowa uchwała rady nadzorczej, w której ona, również jednomyślnie, „zobowiązuje Zarząd do najkorzystniejszego rozporządzenia majątkiem Spółdzielni”. Tyz piknie, a że bez żadnego konkretu…

   Wspomniane uchwały mieszczą się na jednej kartce. Ale nawet w wielostronicowych (czyli w odpowiednio droższych przy kserowaniu) protokołach tejże rady nadzorczej treści zazwyczaj jak na lekarstwo, za to urzędniczego bełkotu aż nadto. Każdy członek może tę kupę makulatury mieć w odpisach u siebie w domu. Pod warunkiem, że za owe dzieła sztuki biurokratycznej drogo zapłaci.

   Ciekaw jestem, co bardziej zadecydowało o ustanowieniu wysokiej ceny zaporowej: finansowe zniechęcanie członków spółdzielni do kopiowania dokumentów, czy robienie z tego obowiązku dodatkowego biznesu? Zapewne jedno i drugie.

   Puentą niech będzie fakt, że wrocławski „Piast” bynajmniej nie przoduje na liście najwyższych stawek za kserowanie. Są w naszym pięknym, praworządnym kraju spółdzielnie, które winszują sobie po 5 zł za kartkę, podczas gdy tzw. koszt sporządzenia odbitki wynosi nie więcej niż 20 gr.

03.2008 

sobota, 22 listopada 2014

Kiedy telefon był luksusem

   W 1972 Urząd Telefonów Miejscowych we Wrocławiu zawiadomił mnie, że „z powodu braku możliwości technicznych” w okolicach al. Słowackiego 19, instytucja ta „w dalszym ciągu nie może wykonać instalacji telefonicznej pod w/w adresem w mieszkaniu Obywatela”. Na pocieszenie dodano, że „wniosek zostanie ponownie rozpatrzony po rozbudowie sieci” (kiedy to miałoby nastąpić - nie sprecyzowano).
   Pierwszy domowy telefon zainstalowano mi dopiero w 1978 w Jeleniej Górze. Dziś moje telekomunikacyjne potrzeby w zupełności zaspokaja zakupiony kilka lat temu, ciągle ten sam aparat komórkowy (stacjonarnego już nie mam) firmy Sony.

03.2008

piątek, 21 listopada 2014

Alzheimer

   Od nazwiska Niemca Aloisa Alzheimera, zmarłego w 1915 w wieku 51 lat we Wrocławiu szefa katedry psychiatrii na tutejszym uniwersytecie, pochodzi nazwa choroby, która charakteryzuje się degeneracją ośrodkowego układu nerwowego i występowaniem otępienia. Taki nieszczęśnik nie potrafi sobie przypomnieć nawet swoich danych osobowych.

   Mnie to jeszcze nie grozi, ale… zastanawiam się nad ułomnością własnej pamięci. Gdybym np. nie zachował i nie odkurzył dokumentu z 1973, w ogóle nie miałbym pojęcia, że przed ćwierćwieczem Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej Wrocław Stare Miasto powierzyło mi obowiązki członka Rady Społecznej Dzielnicowego Domu Kultury „Starówka” na dwuletnią kadencję.

   I niech to będzie dodatkowy argument na rzecz potrzeby utrwalania „na piśmie” - zanim dopadnie cię alzheimer - różnych faktów ze swojego życia. Blog wydaje się być miejscem w sam raz.
 
03.2008

czwartek, 20 listopada 2014

"Palenie zabija. Zbigniew Religa"

   Poruszyła mnie informacja o nieskutecznej chemioterapii ciężko chorego na raka płuc wybitnego kardiochirurga, byłego ministra zdrowia, profesora Zbigniewa Religi. Pierwsza refleksja: lekarze też umierają - nawet ci, którzy w pełni mogą korzystać ze zdobyczy medycyny.

   Nie jest tajemnicą, że prof. Religa był nałogowym palaczem. Pamiętam, że goszcząc we Wrocławiu nie potrafił się obyć bez papierosa nawet podczas trwania konferencji prasowych. Przepraszał dziennikarzy, pytał, czy może, a my odpowiadaliśmy grzecznie, że tak. Więc dymił jak lokomotywa. Dziś czuję się ociupinkę winien jego stanu zdrowia.

   Może więcej uzależnionych od nikotyny rzuciłoby palenie, gdyby na paczkach papierosów umieścić napis: „Palenie zabija. Zbigniew Religa”?
 
03.2008

środa, 19 listopada 2014

Mieszkanie nie dla zwierząt

   Żadnych zwierząt w moim mieszkaniu! Nie dlatego, że jestem wrogiem psów, kotów i inszych stworzeń pozaludzkich. Dlatego, że żyjąc razem z nimi pod jednym dachem (ściślej: sufitem) - nie miałbym higienicznego komfortu. Zrozumiano? Hau, hau! Miau, miau! Tak, tak…

03.2008

wtorek, 18 listopada 2014

Urodziny przed imieninami

   Dla mnie najlepszym testem na czyjąś życzliwość jest pamiętanie nie tyle o moich imieninach, ile o urodzinach. Chociaż gdybym był kobietą, może miałbym odmienne zdanie.

03.2008
 

poniedziałek, 17 listopada 2014

Lodowisko i kino w jednym

   Zanim zostałem dziennikarzem pełną gębą, pisałem do gazet listy. Jeden z nich wykorzystano w 1966 w „Słowie Polskim” w poczytnej weekendowej rubryce „Bigos”. Jej redaktor - Michał Żywień - poinformował czytelników, że nie spodobała się mi nazwa otwieranego wówczas pierwszego sztucznego lodowiska we Wrocławiu, zbudowanego przy ul. Księcia Witolda, przy moście Pomorskim. Zamiast „Torpiast” (na wzór warszawskiego „Torwaru” i katowickiego „Torkatu”), proponowałem „Wratislavię”. Byłaby to nazwa i wrocławska, i milenijna - argumentowałem.

   Oczywiście nikt się moim głosem nie przejął. A po „Torpiaście”, który w zimie był lodowiskiem, zaś w lecie - sezonowym kinem plenerowym, już dawno nie ma śladu.
 
03.2008

niedziela, 16 listopada 2014

Dziecięce hobby

   Kiedy o internecie nikt jeszcze nic nie wiedział, popularnym sposobem na zawieranie znajomości było ogłaszanie się w specjalnych gazetowych rubrykach. „Listy o sporcie i widokówki wymieni Adam Kłykow (lat 14)” - wydrukowano w 1964 w jednym z numerów ogólnopolskiego dziennika „Sztandar Młodych”, wraz z moim dokładnym adresem pocztowym.

   Ja miałem takie zainteresowania?! Tylko dziecko mogło podniecać się pisaniem do kogoś o sporcie i kolekcjonowaniem pocztówek.
 
03.2008

sobota, 15 listopada 2014

Czytam idąc

   Zauważam wokół siebie coraz mniej takich ludzi, ale ja sam tego przyzwyczajenia już nie zmienię. Na spacer niemal zawsze wybieram się z książką lub gazetą. Idąc czytam. Łączę przyjemne z pożytecznym lub - jak kto woli - pożyteczne z przyjemnym.

03.2008

piątek, 14 listopada 2014

Od apetytu do dobrobytu

   Nie lubię czytać o kuchni, pisać o niej - tym bardziej. Pewnie dlatego, że nie jestem obżartuchem. Brak brzucha grubasa dowodem. Nie posiadłem kulinarnych talentów. Choć ugotować wodę bez przypalenia, a nawet usmażyć jajecznicę potrafię. Jem, co mi się zaproponuje. No, może z wyjątkiem szpinaku.

   W nakazowo-rozdzielczym PRL-u miałem zdecydowanie większy apetyt. Np. na samą myśl o ptasim mleczku czy chałwie czułem się głodniejszy niż byłem. W wolnorynkowej RP słodyczy pod dostatkiem, tylko kupować - a ja jakoś nie mam nań ochoty. Podobnie jak na pomarańcze czy arbuzy. Kiedyś owoce te smakowały mi bardziej.

   Nie ma to jak markowa herbatka i dobrze wypieczona bułka z prawdziwym masłem. Dla mnie wciąż zestaw delikatesowy!
 
03.2008

czwartek, 13 listopada 2014

BAS: Bryl Andrzej system

   Rzadko kto potrafił mi zaimponować. Jednym z nielicznych wyjątków był brat Bożenki - Andrzej Bryl. Gdy go poznałem za pośrednictwem siostry, wydawał się zupełnie normalnym młodzieńcem. Swym łagodnym sposobem bycia bynajmniej nie kojarzył się z zawodowym zakapiorem.

   Tymczasem ten - jak sam mi o sobie opowiadał - zakompleksiony i chorowity chłopak z prowincjonalnych Słubic z czasem stał się - to już moje określenia - niezwykłym supermenem: komandosem, survivalowcem, globtroterem. Miałem szczęście, że nie musiałem się przekonywać na własnej skórze o jego sprawności i sile.

   Bryl był osobistym uczniem twórcy taekwondo, koreańskiego generała Choi Hong Hi. Po zdanym u niego egzaminie w 1979 w Kanadzie, został pierwszym mistrzem tej sztuki walki z Europy Wschodniej. Współorganizował Polską Organizację Taekwondo. Pełnił w niej funkcję prezesa do spraw szkoleniowych, wychował wielu znakomitych zawodników i trenerów.

   Autor podręczników „Taekwondo: koreańska sztuka samoobrony” i „Skuteczna samoobrona”. Twórca BAS-3, profesjonalnego systemu walki w kontakcie bezpośrednim dla wojskowych specgrup i policyjnych antyterrorystów. Założyciel Centrum Szkolenia Specjalnego - pionierskiego w naszym kraju prywatnego ośrodka kształcenia uzbrojonych służb ochroniarskich. Także mistrz kalaki – filipińskiej sztuki walki pałkami, bronią białą i wręcz.

   A przy tym żaden z Bryla ograniczony umysłowo osiłek, to bowiem także facet porządnie wykształcony. Absolwent trzech uczelni: Uniwersytetu Wrocławskiego (gdzie zrobił doktorat z socjologii), Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (gdzie był też wykładowcą) i Uniwersytetu im. Łomonosowa w Moskwie (studiował tam filozofię).
 
03.2008

środa, 12 listopada 2014

Sekretarka dziennikarką

   W 1978 razem ze mną pracę w oddziale wojewódzkim „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze zaczynała Bożenka Bryl. Ja jako kierownik placówki, ona jako sekretarka. Przyjechała z rodzinnych Słubic do Jeleniej Góry na studia. Skończyła miejscową filię wrocławskiej Akademii Ekonomicznej. Trafiła do redakcji i już w niej została. Z czasem dostała etat dziennikarski i awansowała (nie bezpośrednio po mnie, ale jednak) na szefową oddziału. Okazała się dobrym fachowcem. Moja szkoła – chciałoby się rzec pół żartem, pół serio.

03.2008

wtorek, 11 listopada 2014

Ty "Kłykwo"!

   Pro domo sua, pro domo mea: moje nazwisko też bywa tworzywem do żartów. Z niektórych sam się śmieję, np. z wymyślonej przez moją Ewę „Kłykwy”; inne co najwyżej toleruję, np. powtarzanego przez znajomego dziennikarza Tomka Kędzię „Kłykacza” (jest taka ryba).

   Nie każdy miał szczęście, jak jeden z moich redakcyjnych kolegów, urodzić się w rodzinie Serafinów i na dodatek zostać Bogusiem. Sławiący Boga anioł - ładne, prawda?

   A wracając jeszcze do łosia, tego przez małe „ł”. Zwierzę to może nie wygląda najinteligentniej, ale jakież ono jest sympatyczne!

   No to pojechałem po bandzie… Kłykwa, dość tych żenujących skojarzeń!
 
03.2008

poniedziałek, 10 listopada 2014

Ty łosiu!

   Mój wyjątkowo (?) zły gust pozwolił mi zareagować rozbawieniem na wiadomość o niefarcie, jaki spotkał wrocławskiego polityka Platformy Obywatelskiej o nazwisku Łoś. Andrzej Łoś. Gdyby nazywał się np. Kowalski, pewnie przeważyłoby współczucie. Co najwyżej popisałbym się wówczas smutną refleksją, że każdy jest kowalem swego losu.

   Andrzej Łoś najpierw został marszałkiem województwa dolnośląskiego, a następnie posłem. Prawo jednak nie pozwala łączyć obu funkcji.

   Łoś mógł, ale nie musiał zrezygnować z gwarantowanego na całą kadencję miejsca w Sejmie. Miał przecież demokratyczne poparcie swoich wyborców i niezadowoleni z niego partyjni koledzy (wyrażali pretensje, że zebrał za mało głosów) mogli mu „skoczyć”. Dał się jednak namówić i dobrowolnie zrzekł się mandatu parlamentarzysty. A po kilku miesiącach nie chciał, ale musiał złożyć dymisję ze stanowiska szefa urzędu marszałkowskiego. W tym przypadku nie miał już nic do gadania, poza użalaniem się nad sobą. Autokratycznie zdecydował za niego wszechwładny kadrowy PO Grzegorz Schetyna, który na mieszanie w personalnych układach zawsze znajduje czas.

   Wyautowanego Łosia (Andrzeja) i jemu podobnych o innych, mniej „kojarzących się” nazwiskach jakoś mi nie żal. Kto bowiem wdeptuje w polityczne, bardzo grząskie bagno, musi się liczyć z ubłoceniem, a nawet ufajdaniem.

   A za tytułowego „Ty łosiu!” serdecznie Pana Łosia przepraszam. Wstyd mi za siebie.
 
03.2008

niedziela, 9 listopada 2014

"Tusk" znaczy "kłyk", czyli "kieł"

   Jestem więcej niż pewien, że Donald Tusk nie sprawi, „aby polskie ludzie taplali się w cudzie”, jak na melodię „Jożina z bażin” śpiewają zgrywusi z kabaretu „Pod Wyrwigroszem”. Nie mam nadmiernego zaufania do premiera, który obstawia się - że poprzestanę na znanych mi osobiście politykach z Dolnego Śląska - wicepremierem Grzegorzem Schetyną i przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewem Chlebowskim, a marginalizuje ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego.

   Moje resztki sympatii dla obecnego szefa rządu biorą się głównie stąd, że mamy podobne… nazwiska. Bo co po angielsku „tusk”, a po rosyjsku „kłyk” - to po polsku „kieł”.

   Nie jestem natomiast aż takim wrogiem premiera z kaszubskim rodowodem, by mu - jak robią to niektórzy adwersarze - wypominać, że po kaszubsku „tusk” znaczy „burek”. Zwłaszcza że dowcipkowanie z nazwisk uważam za coś w wyjątkowo złym guście.
 
03.2008

sobota, 8 listopada 2014

Kategorycznie zabraniam

   Dziennikarzom Jeleniogórskiego Ośrodka Prasowego szczególnie podpadł w tamtych czasach lekarz medycyny Artur Żebracki, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego. Pewnego razu doniesiono nam jego zarządzenie, adresowane do podwładnych: „Kategorycznie zabraniam udzielania wszelkiego rodzaju wywiadów związanych z WSZ przedstawicielom prasy, radia i telewizji. Możliwe jest to dopiero po otrzymaniu mojej pisemnej zgody”.

   Żebracki dał o sobie znać już wcześniej. Miał za złe jednej z pracownic szpitala, która głosując na posłów w lokalu wyborczym spełniła prośbę reportera i wypowiedziała się do gazety na temat bolączek służby zdrowia.

   W wydrukowanym felietonie zarzuciłem Żebrackiemu próbę tłumienia krytyki. Co niech będzie dowodem na to, że nawet w PRL-u można było bronić wolności słowa.
 
03.2008

piątek, 7 listopada 2014

Echa krytyki

   Jako szef oddziału „Gazety Robotniczej” w Jeleniej Górze miałem m.in. obowiązek uprawiania sprawozdawczości wewnątrzredakcyjnej na różne tematy.

   Trafiłem na archiwalną notatkę z przełomu lat 1979-1980, zatytułowaną: „Reakcja ma krytykę prasową w "Gazecie Robotniczej"”. Cóż ja tam donosiłem do wrocławskiej centrali?

   „Ogólnie oceniając, ostatnio obserwuję zanik reakcji na krytykę prasową. Nawet Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne nie wywiązuje się sumiennie z obowiązku ustosunkowania się do negatywnych publikacji. Inna sprawa, że nie próbujemy specjalnie ostrzyć piór na "dzieci do bicia", do których MPK trzeba zaliczyć. Widzimy bowiem obiektywne przyczyny niedomagań (w przypadku transportu pasażerskiego - brak taboru, części zamiennych, kierowców).

   Niepokoi reguła przemilczania krytyki przez jej adresatów, chyba że któryś z nich znajdzie w publikacji jakąś - przeważnie mało istotną - nieścisłość. Wówczas atakuje redakcję, omijając wszakże sedno sprawy.

   Często reakcją na krytykę jest obrażanie się na dziennikarza. Np. gdy napisze on, że pierwszym dziełem Zakładu Rewaloryzacji Starego Miasta są garaże. Skrytykowany nie szuka winnego budowlanego nonsensu u siebie, lecz w redakcji. A przecież autor notatki stwierdził tylko oczywisty fakt, którego nie wymyślił”.

   Itp., itd.
 
03.2008

czwartek, 6 listopada 2014

Pracowite niedziele

   W „Gazecie Robotniczej” pracowałem na ogół przez okrągły tydzień. Przyzwyczaiłem się, że niedziela to normalny dzień roboczy. Wówczas szczególnie dwoili się i troili koledzy z działu sportowego. Ale i reporterzy z „mojego” działu miejskiego byli bardzo zajęci.

   Teoretycznie dzień wolny miałem w sobotę. W praktyce wtedy też spędzałem mnóstwo czasu na obsłudze imprez. Tego dnia jednak nie trzeba było wracać szybko do redakcji. I jeśli gospodarze zapraszali np. na jakiś bankiecik po imprezie - korzystało się z okazji.

   W niedzielę szczególnie ciężko, dobrych kilkanaście godzin, od rana do wieczora, pracowałem w „Panoramie Dolnośląskiej”. Był to wprawdzie tygodnik, ale drukowany w poniedziałek i sprzedawany od wtorku. W niedzielę zamykało się numer. A gros tekstów trafiało do mnie - sekretarza redakcji - na ostatnią chwilę. Doping w postaci próśb i gróźb często bywał nieskuteczny. Maruderzy zawsze znajdowali jakieś usprawiedliwienie swoich opóźnień.
 
03.2008

środa, 5 listopada 2014

Kasa wypłaca

   Będąc etatowym dziennikarzem „Gazety Robotniczej”, odwiedzałem redakcyjną kasę dwa razy w miesiącu. Po wynagrodzenie zasadnicze i po wierszówkę. Mój całkowity dochód zawsze dość wyraźnie przekraczał średnią płacę krajową. Aby jednak tyle zarabiać, musiałem się porządnie napracować.

   Każda wydrukowana publikacja była wyceniana przez zwierzchników. Zanim szeregowy dziennikarz (funkcyjnych to nie dotyczyło) zaczął pomnażać konto wierszówkowe, musiał najpierw wykonać tzw. obowiązek (minimum wydajności) w ramach wynagrodzenia zasadniczego. Kierownicy natomiast mogli nic nie pisać i jeszcze przysługiwał im dodatek funkcyjny za organizowanie pracy i adiustowanie cudzych tekstów.

   Zatrudnieni w redakcjach Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego otrzymywali corocznie „trzynastki”. Po przekształceniach własnościowych te dodatkowe pensje zlikwidowano. Przestano też wypłacać nagrody jubileuszowe. Dostawało się je za okrągłe rocznice pracy, raz na pięć lat.

   Zdarzały się również nagrody uznaniowe za najlepsze - zdaniem szefów - teksty. A poza tym „należało się” po kilka bezpłatnych gazet na co dzień, bon towarowy na święta bożonarodzeniowe i paczka dla każdego małego dziecka dziennikarza na mikołajki.
 
03.2008

wtorek, 4 listopada 2014

Wakacje w Szwajcarii Saksońskiej

   Ocalał „Dziennik zajęć”, który dostałem, do wypełnienia sprawozdawczą treścią, z Kuratorium Oświaty i Wychowania w Jeleniej Górze, jako wychowawca 15-osobowej grupy dzieci w wieku od 11 do 16 lat, z którymi od 29 lipca do 10 sierpnia 1985 przebywałem w Pionierhaus Sebnitz im Ferienzentrum Hohstein, w ramach wakacyjnej wymiany młodzieży między Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną. Dokument ten pozwala mi na odtworzenie szczegółów.

   Miałem pod opieką 9 dziewcząt i 6 chłopców w ogóle przedtem się nie znających, zamieszkałych w Jeleniej Górze (3) oraz w Brzeźniku, Dłużynie Dolnej, Gryfowie, Kowarach, Lipie Jaworskiej, Lubaniu, Łodzi, Łomnicy, Olszynie, Piechowicach, Wleniu i Zgorzelcu. Łączyło ich jedno: pochodzili z rodzin członków Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych. Pięcioro harcerzy, pozostali - niezrzeszeni. W rubryce: „Ocena końcowa” postawiłem im 8 piątek, 4 czwórki i 3 trójki.

   Pobyt przebiegał według programu przygotowanego przez gospodarzy z NRD. Podróż pociągiem z Jeleniej Góry do Drezna (trwającą około czterech godzin) i z powrotem oraz zorganizowane nam wycieczki (m.in. kilkakrotnie na kąpielisko w Hohnstein, po Szwajcarii Saksońskiej od Bastei do Rathewalde, do galerii obrazów w Zwingerze w Dreźnie, do zamków hrabiny Cosel w Stolpen i Augusta III Mocnego w Pillnitz, do twierdzy Koenigstein, do Domu Pioniera w Sebnitz, statkiem „Karl Marx” z Pirny do Bad Schandau, no i na zakupy gdzie się tylko dało) oceniłem na 5, pogodę - na 4, a zakwaterowanie (pokoje kilkuosobowe, bez wygód), wyżywienie (jednodaniowe obiady, na ogół niesmaczne) i warunki sanitarne (brak łazienek, ciepła woda tylko przy jednej umywalce) - na 3.

   Kilka cytatów z „Dziennika zajęć”:

   „Obóz odwiedzili towarzysze w Komitetu Okręgowego Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności z Drezna. Zachowaliśmy się [my, wychowawcy] pryncypialnie, narzekając jedynie na pogodę. Fakt, że integracja obu grup polskich [naszej i z Piechowic] oraz jednej z NRD była spontaniczna i wzorowa, bez reżyserii starszych”.

   „Szef ośrodka zachowywał się jak przysłowiowy pies ogrodnika, nie pozwalając zrywać gnijących na drzewach czereśni i wiśni [inni pracownicy ośrodka pozwalali]”.

   „Dzieci żegnały się, płacząc. "Fajnie było" - komentowały. Na granicy żadnych problemów z WOP-istami i celnikami. Najwięcej chyba przewoziliśmy słodyczy”.

   W „Dzienniku zajęć” o tym ani słowa, ale z wakacji w Hohnstein, miejscowości z malowniczym zamkiem na wysokiej skale, zapamiętałem ponadto kręcącą się koło mnie młodą Niemkę, zamieszkałą w sąsiedztwie naszego obozu. Wyglądała na tzw. łatwą zdobycz, była jednak zdecydowanie nie w moim guście. Zastanawiam się teraz, czy nie miałem przypadkiem tzw. plastra w postaci agentki Stasi. Możliwe.
 
03.2008

poniedziałek, 3 listopada 2014

Miałem napisać monografię "Piwnicy Świdnickiej"

   ”Oczywiście w tym informacyjnym tekście nie sposób napisać o wszystkim. Nie można jednak pominąć faktu, że za sprawą red. Adama Kłykowa „Piwnica [Świdnicka]” doczeka się wkrótce własnej monografii” - to fragment publikacji Romualda Nadera w jednym z numerów tygodnika „Wiadomości” na początku lat 70. XX wieku.

   Niestety, inicjatywa ta zaczęła się i skończyła na etapie gromadzenia dokumentacji o historii i współczesności podziemnej części wrocławskiego Ratusza, gdzie we wnętrzach dawnej piwiarni powstał „klub młodzieży pracującej”. Na urzeczywistnienie pomysłu napisania monografii po prostu zabrakło mi czasu.
 
03.2008

niedziela, 2 listopada 2014

Wstydliwy Oscar

   Pierwszy swój znaczniejszy tekst, nie w rubryce listów czytelników do redakcji, lecz jako normalną publikację prasową, zobaczyłem w druku w popołudniówce „Wieczór Wrocławia” w 1967 - na cztery miesiące przed wygraniem konkursu dziennikarskiego „Gazety Robotniczej”. Był to artykuł o genezie festiwali filmowych w Wenecji, Cannes i Moskwie oraz o narodzinach statuetki znanej powszechnie jako Oscar.

   Przytoczyłem jedną z wersji, że autorką nazwy tej nagrody jest znakomita aktorka Betty Davis. Zrobiła to z przekory wobec swego pierwszego męża, który tak bardzo się wstydził swego drugiego imienia Oscar, że na wizytówkach przedstawiał się: „Harmon O. Nelson”.

   Pamiętam, że radość z zobaczenia swego dzieła w gazecie mieszała się z pewnym rozczarowaniem po zauważeniu redakcyjnych skrótów i poprawek. O ile później zrozumiałem dopuszczalność zamiany Oscara na Oskara, o tyle do dziś nie rozumiem zamiany Harmona na „Karmona i Davis na Dawis.
 
03.2008

sobota, 1 listopada 2014

Skojarzenia fizyczne

   Nic na to nie poradzę: ilekroć widzę Bogdana Zdrojewskiego, onegdaj prezydenta Wrocławia, obecnie ministra kultury - tylekroć zauważam jego podobieństwo (podkreślam, że wyłącznie fizyczne!) do pewnej powszechnie znanej, ale zarazem jednoznacznie negatywnej postaci historycznej. Gdybym ja był reżyserem filmowym, a on - aktorem, z pewnością obsadziłbym go w roli Adolfa Hitlera.

   Inne automatyczne skojarzenie miałem wówczas, kiedy na forum publicznym zaistniał o ileś tam kilogramów młodszy przywódca „Solidarności”, późniejszy prezydent RP Lech Wałęsa. Wystarczyło go wtedy troszeczkę ucharakteryzować i wypisz, wymaluj - Józef Stalin.
 
02.2008