Komorowskiego od dawna uważam za niewybrednego
smakosza humoru koszarowego. Dopuszczającego np. nazywanie kobiet „kaszalotami”
(komplementował tak bynajmniej nie swą żonę, lecz duńskie żołnierki).
Ostatnio jednak krotochwilny Komorowski,
goszcząc w Japonii, stanowczo przeszarżował. Zwiedzając ichniejszy parlament, podczas
robienia pamiątkowych fotek z gospodarzami, wyglądał jak po degustacji sake,
tytułował „szogunem” szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego – generała Stanisława
Kozieja, a na dokładkę w pewnym momencie stanął na siedzisku (krześle? fotelu? ławie?)
spikera izby jak na wycieraczce obuwia.
Ups, obciach nieprawdopodobny! Dobrze (?)
chociaż, że prezio Bronek nie zdjął butów, bo byłoby go nie tylko widać i
słychać, lecz zapewne również – excuse-moi – czuć...