Jestem więcej niż pewien, że Donald Tusk nie sprawi, „aby polskie ludzie
taplali się w cudzie”, jak na melodię „Jożina z bażin” śpiewają zgrywusi z
kabaretu „Pod Wyrwigroszem”. Nie mam nadmiernego zaufania do premiera, który
obstawia się - że poprzestanę na znanych mi osobiście politykach z Dolnego
Śląska - wicepremierem Grzegorzem Schetyną i przewodniczącym Klubu
Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewem Chlebowskim, a marginalizuje
ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego.
Moje
resztki sympatii dla obecnego szefa rządu biorą się głównie stąd, że mamy podobne…
nazwiska. Bo co po angielsku „tusk”, a po rosyjsku „kłyk” - to po polsku
„kieł”.
Nie
jestem natomiast aż takim wrogiem premiera z kaszubskim rodowodem, by mu -
jak robią to niektórzy adwersarze - wypominać, że po kaszubsku „tusk”
znaczy „burek”. Zwłaszcza że dowcipkowanie z nazwisk uważam za coś w wyjątkowo
złym guście.
03.2008