niedziela, 9 listopada 2014

"Tusk" znaczy "kłyk", czyli "kieł"

   Jestem więcej niż pewien, że Donald Tusk nie sprawi, „aby polskie ludzie taplali się w cudzie”, jak na melodię „Jożina z bażin” śpiewają zgrywusi z kabaretu „Pod Wyrwigroszem”. Nie mam nadmiernego zaufania do premiera, który obstawia się - że poprzestanę na znanych mi osobiście politykach z Dolnego Śląska - wicepremierem Grzegorzem Schetyną i przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewem Chlebowskim, a marginalizuje ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego.

   Moje resztki sympatii dla obecnego szefa rządu biorą się głównie stąd, że mamy podobne… nazwiska. Bo co po angielsku „tusk”, a po rosyjsku „kłyk” - to po polsku „kieł”.

   Nie jestem natomiast aż takim wrogiem premiera z kaszubskim rodowodem, by mu - jak robią to niektórzy adwersarze - wypominać, że po kaszubsku „tusk” znaczy „burek”. Zwłaszcza że dowcipkowanie z nazwisk uważam za coś w wyjątkowo złym guście.
 
03.2008