piątek, 14 listopada 2014

Od apetytu do dobrobytu

   Nie lubię czytać o kuchni, pisać o niej - tym bardziej. Pewnie dlatego, że nie jestem obżartuchem. Brak brzucha grubasa dowodem. Nie posiadłem kulinarnych talentów. Choć ugotować wodę bez przypalenia, a nawet usmażyć jajecznicę potrafię. Jem, co mi się zaproponuje. No, może z wyjątkiem szpinaku.

   W nakazowo-rozdzielczym PRL-u miałem zdecydowanie większy apetyt. Np. na samą myśl o ptasim mleczku czy chałwie czułem się głodniejszy niż byłem. W wolnorynkowej RP słodyczy pod dostatkiem, tylko kupować - a ja jakoś nie mam nań ochoty. Podobnie jak na pomarańcze czy arbuzy. Kiedyś owoce te smakowały mi bardziej.

   Nie ma to jak markowa herbatka i dobrze wypieczona bułka z prawdziwym masłem. Dla mnie wciąż zestaw delikatesowy!
 
03.2008