Andrzej
Łoś najpierw został marszałkiem województwa dolnośląskiego, a następnie posłem.
Prawo jednak nie pozwala łączyć obu funkcji.
Łoś
mógł, ale nie musiał zrezygnować z gwarantowanego na całą kadencję miejsca w
Sejmie. Miał przecież demokratyczne poparcie swoich wyborców i niezadowoleni z
niego partyjni koledzy (wyrażali pretensje, że zebrał za mało głosów) mogli mu
„skoczyć”. Dał się jednak namówić i dobrowolnie zrzekł się mandatu
parlamentarzysty. A po kilku miesiącach nie chciał, ale musiał złożyć dymisję
ze stanowiska szefa urzędu marszałkowskiego. W tym przypadku nie miał już nic
do gadania, poza użalaniem się nad sobą. Autokratycznie zdecydował za niego
wszechwładny kadrowy PO Grzegorz Schetyna, który na mieszanie w personalnych
układach zawsze znajduje czas.
Wyautowanego
Łosia (Andrzeja) i jemu podobnych o innych, mniej „kojarzących się” nazwiskach
jakoś mi nie żal. Kto bowiem wdeptuje w polityczne, bardzo grząskie bagno, musi
się liczyć z ubłoceniem, a nawet ufajdaniem.
A
za tytułowego „Ty łosiu!” serdecznie Pana Łosia przepraszam. Wstyd mi za
siebie.
03.2008