poniedziałek, 10 listopada 2014

Ty łosiu!

   Mój wyjątkowo (?) zły gust pozwolił mi zareagować rozbawieniem na wiadomość o niefarcie, jaki spotkał wrocławskiego polityka Platformy Obywatelskiej o nazwisku Łoś. Andrzej Łoś. Gdyby nazywał się np. Kowalski, pewnie przeważyłoby współczucie. Co najwyżej popisałbym się wówczas smutną refleksją, że każdy jest kowalem swego losu.

   Andrzej Łoś najpierw został marszałkiem województwa dolnośląskiego, a następnie posłem. Prawo jednak nie pozwala łączyć obu funkcji.

   Łoś mógł, ale nie musiał zrezygnować z gwarantowanego na całą kadencję miejsca w Sejmie. Miał przecież demokratyczne poparcie swoich wyborców i niezadowoleni z niego partyjni koledzy (wyrażali pretensje, że zebrał za mało głosów) mogli mu „skoczyć”. Dał się jednak namówić i dobrowolnie zrzekł się mandatu parlamentarzysty. A po kilku miesiącach nie chciał, ale musiał złożyć dymisję ze stanowiska szefa urzędu marszałkowskiego. W tym przypadku nie miał już nic do gadania, poza użalaniem się nad sobą. Autokratycznie zdecydował za niego wszechwładny kadrowy PO Grzegorz Schetyna, który na mieszanie w personalnych układach zawsze znajduje czas.

   Wyautowanego Łosia (Andrzeja) i jemu podobnych o innych, mniej „kojarzących się” nazwiskach jakoś mi nie żal. Kto bowiem wdeptuje w polityczne, bardzo grząskie bagno, musi się liczyć z ubłoceniem, a nawet ufajdaniem.

   A za tytułowego „Ty łosiu!” serdecznie Pana Łosia przepraszam. Wstyd mi za siebie.
 
03.2008