Teoretycznie
dzień wolny miałem w sobotę. W praktyce wtedy też spędzałem mnóstwo czasu na
obsłudze imprez. Tego dnia jednak nie trzeba było wracać szybko do redakcji. I
jeśli gospodarze zapraszali np. na jakiś bankiecik po imprezie -
korzystało się z okazji.
W
niedzielę szczególnie ciężko, dobrych kilkanaście godzin, od rana do wieczora,
pracowałem w „Panoramie Dolnośląskiej”. Był to wprawdzie tygodnik, ale
drukowany w poniedziałek i sprzedawany od wtorku. W niedzielę zamykało się
numer. A gros tekstów trafiało do mnie - sekretarza redakcji - na
ostatnią chwilę. Doping w postaci próśb i gróźb często bywał nieskuteczny. Maruderzy
zawsze znajdowali jakieś usprawiedliwienie swoich opóźnień.
03.2008