czwartek, 6 listopada 2014

Pracowite niedziele

   W „Gazecie Robotniczej” pracowałem na ogół przez okrągły tydzień. Przyzwyczaiłem się, że niedziela to normalny dzień roboczy. Wówczas szczególnie dwoili się i troili koledzy z działu sportowego. Ale i reporterzy z „mojego” działu miejskiego byli bardzo zajęci.

   Teoretycznie dzień wolny miałem w sobotę. W praktyce wtedy też spędzałem mnóstwo czasu na obsłudze imprez. Tego dnia jednak nie trzeba było wracać szybko do redakcji. I jeśli gospodarze zapraszali np. na jakiś bankiecik po imprezie - korzystało się z okazji.

   W niedzielę szczególnie ciężko, dobrych kilkanaście godzin, od rana do wieczora, pracowałem w „Panoramie Dolnośląskiej”. Był to wprawdzie tygodnik, ale drukowany w poniedziałek i sprzedawany od wtorku. W niedzielę zamykało się numer. A gros tekstów trafiało do mnie - sekretarza redakcji - na ostatnią chwilę. Doping w postaci próśb i gróźb często bywał nieskuteczny. Maruderzy zawsze znajdowali jakieś usprawiedliwienie swoich opóźnień.
 
03.2008