Jakże trudno pogodzić osobistą znajomość z politykiem i pisanie o nim z
dziennikarską uczciwością… Przykładem Jan Chaładaj, absolwent Akademii
Ekonomicznej we Wrocławiu, działacz ruchu młodzieżowego w tym mieście, później
m.in. wiceminister gospodarki.
W kampanii wyborczej do Sejmu w 2001 bardzo zabiegał u mnie o publicity.
Chociaż kandydował na posła z pozycji lidera listy koalicji Sojuszu Lewicy
Demokratycznej i Unii Pracy we Wrocławiu - obawiał się prestiżowej porażki ze
startującą z dalszego miejsca Hanną Gucwińską z miejscowego zoo. Co prawda
niegdyś też był związany z Dolnym Śląskiem, ale teraz miał etykietkę tzw.
spadochroniarza spod Warszawy (mieszka w Komorowie po sąsiedzku z piosenkarką
Natalią Kukulską i jest ojcem chrzestnym jej syna - też
Jasia). Ostatecznie w wyborach udało się mu z Gucwińską nieznacznie
wygrać, mandat zresztą zdobyli oboje. Z rozmiarów zwycięstwa nie mógł być
zadowolony, jednak odetchnął z ulgą.
A potem, gdzieś w połowie kadencji, zdarzyła się głośna afera z głosowaniem
Chaładaja w Sejmie „na cztery ręce”, za siebie i nieobecnego sąsiada. - Dałem
dupy - przyznawał dosadnie poniewczasie. Musiałem o jego głupiej wpadce
(został przyłapany na podwójnym głosowaniu w sprawie, w której takie oszustwo
nie miało żadnego wpływu na wynik) pisać wielokrotnie. W rezultacie nasze
kontakty urwały się.
12.2007