Nie wszystko, co dziennikarz napisze, ukazuje się w druku pod jego imieniem i
nazwiskiem. W moim przypadku najczęściej, zwłaszcza pod krótszymi tekstami,
podpisywałem się pseudonimem.
Początkowo - tylko łatwo rozpoznawalnym (kłyk).
Wkrótce nastąpił dłuższy okres, w którym niemal codziennie potrafiłem sam
zapełniać swoimi informacjami na różne tematy całą stronę w gazecie. Wtedy
poszerzyłem repertuar sygnatur o (k-w) i (ada), by czytelnicy mieli wrażenie
redagowania kolumny przez przynajmniej parę osób.
Później występowałem już niemal wyłącznie pod bardziej zaszyfrowanym (pro).
Wziętym od pierwszych liter rodowego nazwiska mojej żony.
Z rzadka decydowałem się też na (ak). Przy czym akurat takim samym skrótem kończyło
swoje publikacje kilku innych redakcyjnych kolegów, mających identyczne
inicjały swojego imienia i nazwiska.
12.2007