Dwie anegdoty o znajomych dziennikarzach, którzy przypadkowo mają takie same
jak ja imię i inicjał nazwiska.
W młodości jednym z moich najbliższych kolegów był Adam Kilian, specjalizujący
się w tematyce gospodarczej. Utrwaliła się o nim opinia, że do napisania
artykułu na każdy temat wystarczą mu rocznik statystyczny i wiadro wody.
Niespecjalnie natomiast fraternizowałem się z Adamem Karolczukiem, uprawiającym
dość specyficzną reporterkę. O nim z kolei mówiono, że czytając
jego publikacje można prześledzić, w których knajpach bywał, z niemal
każdej bowiem wracał do redakcji z tekstami o niezjadliwym żarciu, o kelnerze
dopisującym do rachunku datę swego urodzenia itp. krytyką gastronomicznych
patologii.
12.2007
12.2007