wtorek, 1 lipca 2014

Jak stałem się towarzyszem

   Gdy zostałem kierownikiem „Gazety Robotniczej” na nowo utworzone województwo jeleniogórskie, miałem m.in. obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach Egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pod przewodnictwem I sekretarza Stanisława Cioska. Podobnie zresztą jak redaktorzy naczelni tygodnika „Nowiny Jeleniogórskie”: najpierw Staszek Pelczar, potem Adaś Pierzchała. Ponieważ my, dziennikarze, członkami egzekutywy nie byliśmy – nie mieliśmy na tym forum prawa głosu, mogliśmy tylko przysłuchiwać się obradom. I musieliśmy wychodzić z sali przed ostatnim, najciekawszym punktem porządku dziennego - „sprawy różne” (czytaj: personalne).
  
   Siedzieliśmy w narożniku, przy najmłodszym członku egzekutywy, komendancie jeleniogórskiej chorągwi ZHP, Czarku Wikliku. Razem z nim tworzyliśmy małą „lożę szyderców”, komentując między sobą przebieg debat. Wiklik wkrótce przestał być czynnym działaczem harcerskim, a stał się dziennikarzem. I to wcale nietuzinkowym.

   Na egzekutywie zapanowała konsternacja, gdy po jakimś czasie tworzący ją towarzysze zorientowali się, że ja jestem… bezpartyjny. Wcześniej zakładano a priori, że skoro szefuję oddziałowi partyjnego organu prasowego, to z pewnością do PZPR należę.

   Po tym odkryciu „nie swojego” wśród „samych swoich”, dla świętego spokoju zapisałem się (pardon: wstąpiłem) gdzie było trzeba. I do dziś się z tego nie wyspowiadałem. O czym donoszę wszelakim oszołomom - tropicielom komuny. A który z nich sam jest bez grzechu, niechaj… (patrz Biblia).

12.2007