Dziennikarskie dinozaury „Gazety Robotniczej” są zgodne, że koniec polskiego i
początek niemieckiego właścicielstwa tego dziennika po nastaniu III RP to w
dużej mierze zasługa ówczesnego redaktora naczelnego Andrzeja Bułata i jego
szwagra Staszka Drozdowskiego.
Obaj za redakcyjne pieniądze zrealizowali swój świetny - w ich mniemaniu - pomysł wydawniczy, reklamowany jako pierwszy w naszym kraju komiks
fotograficzny (te rysunkowe cieszyły się wówczas dużą popularnością). Jednak
zamiast dochodowego sukcesu, była finansowa klęska. Zabrakło - drobiazg - czytelników,
a ściślej: oglądaczy. Niemal cały nakład zalegał najpierw w kioskach, potem w
magazynie, aż w końcu został przemielony na makulaturę, bo samo przechowywanie
bubla też dodatkowo kosztowało.
Gazeta popadła w długi i groziła jej nawet likwidacja. Jedyną szansą na ratunek
stała się stopniowa prywatyzacja tego tytułu prasowego, co też nastąpiło.
12.2007
12.2007