piątek, 18 lipca 2014

"Szmaja" aparatczyk

   Wieczny aparatczyk. Miał do mnie żal, że pisałem tak o nim w Gazecie Wrocławskiej. Dla znajomych - „Szmaja”. Ksywa niewyszukana, bo od nazwiska. Prawa (a właściwie lewa) ręka liderów lewicy od końcówki PRL przez całą III RP do dziś. Przetrwał Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i Leszka Millera, przetrwa zapewne i Janusza Olejniczaka.

 
  Normalną pracą raczej się nie shańbił. Rodowity wrocławianin, już podczas studiów w tutejszej Akademii Ekonomicznej zaangażował się w działalność w ruchu młodzieżowym. Był m.in. przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, kierownikiem Wydziału Organizacyjnego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, sekretarzem generalnym Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ministrem obrony narodowej, a także pełniącym obowiązki ministra spraw wewnętrznych i administracji. Obecnie jest wicemarszałkiem Sejmu.

   Fizycznie misiowaty, przypomina JFK (Johna Fitzgeralda Kennedy’ego). I wydaje się pozować na niego choćby tą niezmienną, chłopięcą grzywką. Sympatyczny w sposobie bycia, bynajmniej nie bucowaty. Niezwykle zrównoważony.

   Potrafił sobie zbudować wierny elektorat w jeleniogórsko-legnickim okręgu wyborczym (w Sejmie jest już po raz siódmy). On sam w tzw. terenie robi tylko dobre wrażenie, resztę załatwiają za niego współpracownicy z jego licznych biur poselskich.

   Ma amatorskie sukcesy w grze w tenisa. Interesuje się nie tylko biernie także piłką ręczną i koszykówką.

   Taki jest mój subiektywny portret mamuta dolnośląskiej polityki - Jerzego Szmajdzińskiego.
 
12.2007