Wieczny aparatczyk. Miał do mnie żal, że pisałem tak o nim w „Gazecie Wrocławskiej”.
Dla znajomych - „Szmaja”. Ksywa niewyszukana, bo od nazwiska. Prawa (a
właściwie lewa) ręka liderów lewicy od końcówki PRL przez całą III RP do dziś.
Przetrwał Aleksandra Kwaśniewskiego, Józefa Oleksego i Leszka Millera, przetrwa
zapewne i Janusza Olejniczaka.
Normalną pracą raczej się nie shańbił. Rodowity wrocławianin, już podczas
studiów w tutejszej Akademii Ekonomicznej zaangażował się w działalność w ruchu
młodzieżowym. Był m.in. przewodniczącym Zarządu Głównego Związku
Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, kierownikiem Wydziału Organizacyjnego
Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, sekretarzem
generalnym Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Klubu
Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ministrem obrony narodowej, a
także pełniącym obowiązki ministra spraw wewnętrznych i administracji. Obecnie
jest wicemarszałkiem Sejmu.
Fizycznie misiowaty, przypomina JFK (Johna Fitzgeralda Kennedy’ego). I wydaje
się pozować na niego choćby tą niezmienną, chłopięcą grzywką. Sympatyczny w
sposobie bycia, bynajmniej nie bucowaty. Niezwykle zrównoważony.
Potrafił sobie zbudować wierny elektorat w jeleniogórsko-legnickim okręgu
wyborczym (w Sejmie jest już po raz siódmy). On sam w tzw. terenie robi tylko
dobre wrażenie, resztę załatwiają za niego współpracownicy z jego licznych biur
poselskich.
Ma amatorskie sukcesy w grze w tenisa. Interesuje się nie tylko biernie także
piłką ręczną i koszykówką.
Taki jest mój subiektywny portret mamuta dolnośląskiej polityki - Jerzego
Szmajdzińskiego.
12.2007