Jednak nawet legitymacja prasowa nie wystarczała podczas obsługi wizyt
politycznych VIP-ów z najwyższej półki, w tym prezydentów i premierów. Aby
zbliżając się do nich na wyciągnięcie ręki uniknąć bolesnych reakcji
bezpardonowych ochroniarzy (czy jak kto woli: borowików albo goryli), trzeba
było sobie przypiąć lub zawiesić załatwiany wcześniej specjalny identyfikator z
nazwami imprezy i redakcji, swoim imieniem i nazwiskiem, a niekiedy także z
osobistym zdjęciem.
02.2008