Dwa akty zgonu osób, bez których nie zaistniałbym na tym świecie…
Mój ojciec, Aleksy Kłykow, urodzony 26.04.1905 w Słupcy, zmarł 24.07.1987 w Łodzi. Miał więc wtedy ponad 82 lata. Nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Najprawdopodobniej po prostu starość.
Nie przeżył mojej matki Haliny Kłykow, mimo że jej zgon nastąpił w wieku niespełna 66 lat. Urodzona 11.05.1927 w Łodzi, zmarła 8.04.1993 we Wrocławiu. Nigdy nie zapomnę, jak towarzyszyłem jej w przeddzień śmierci, gdy, cała opuchnięta, była transportowana karetką z mieszkania przy ul. Zaporoskiej (tuż przy pl. Powstańców Śląskich) do szpitala na Brochowie. Podłączona tam do kroplówki, nazajutrz już nie żyła. Wykończyły ją torbiele. Nawet leżąc, narzekała na potworne bóle.
Ojciec, starszy od matki o ponad 22 lata, w dniu swojej śmierci był… wdowcem. A to dlatego, że przeżył swoją drugą żonę Kazimierę (jej nazwisko rodowe: Wszelaka). Pamiętam, że gdy odwiedzałem ich czasem w mieszkaniu przy ul. Kaszubskiej we Wrocławiu, on przedstawiał mi ją jako swą gosposię. Z pewnością była znacznie młodsza od mojej rodzicielki!
Matka umierała jako rozwiedziona. Po rozstaniu z Aleksym miała kilku partnerów życiowych, w tym Tasiosa Cyterokisa (Greka z pochodzenia) i Józefa Kalwasińskiego (ojca mojej siostry Ani).
Z aktów zgonu rodziców wynika, że moimi babciami i dziadkami byli: ze strony matki - Stanisława Sagiejewska i Michał Cieniewski, a ze strony ojca - Otylia Jędrzejewska i Bazyli Kłykow. Nie dane mi było poznać nikogo z tej czwórki.
Jeszcze jeden ważny szczegół. Ojciec zawsze był Kłykow, matka po ślubie z nim - też Kłykow. Ja natomiast w akcie urodzenia jestem Adam Kłyków. Skąd ta kreseczka nad „o”? Ponoć to rezultat spolszczania obco brzmiących nazwisk w pierwszych latach po II wojnie światowej.
01.2008
01.2008