Tego domu we Wrocławiu dawno już nie ma. Stał przy alei Słowackiego 19, na rogu
z też już nieistniejącą ulicą Kujawską. Obecnie tutaj, naprzeciw gmachu Urzędu
Wojewódzkiego, w sąsiedztwie mostu Grunwaldzkiego, jest plac Społeczny.
To miejsce, gdzie z chłopaka wyrastałem na mężczyznę. Gdzie starszy od nas,
dzieciaków, Zbigniew Paryżak pozwalał nam, cherlawym kandydatom na kulturystów,
korzystać ze swojej piwnicznej siłowni. Gdzie na trawniku graliśmy do upadłego
gumowymi (o skórzanych mogliśmy pomarzyć) piłkami, które niekiedy pękały pod
kołami przejeżdżających w pobliżu samochodów. Gdzie na skwerkowej ławce
pocałowałem pierwszą dziewczynę o imieniu Józka (jak ona miała na nazwisko? - nie mogę sobie przypomnieć), broniącą się przed moimi zalotami… ślinotokiem.
Gdzie straciłem cnotę z Alą N. (jej nazwisko oczywiście pamiętam). Gdzie
kolegowałem się z Teosiem Rosjanem, zafascynowanym Beatlesami i fizycznie nawet
podobnym do Ringo Starra. Gdzie za postrach podwórka robił Krzysiek
Gaworski, zawsze gotów do bitki o cokolwiek. Gdzie najbardziej charakterystyczną
postacią był Kazio paralityk, który swe kalectwo podobno zawdzięczał rodzicom,
Świadkom Jehowy, przeciwnym operacji z transfuzją krwi. Gdzie w kiosku przy
przystanku tramwajowym z samego rana kupowałem „Gazetę Robotniczą”, by móc już
przy śniadaniu poczytać znane mi co najmniej w przeddzień, bo przez siebie
napisane, informacje. Gdzie zachodziłem od kuchni do restauracji „Pod Złotą
Kaczką”, by kupować za półdarmo zupę na wynos. Gdzie na rozległym placu od
czasu do czasu instalował się cyrk albo lunapark…
Ech, „to se ne vrati” - jak powiadali starożytni Amerykanie!
02.2008