Pod publikacjami prasowymi podpisują się - nazwiskiem lub pseudonimem - ich autorzy. Nie zawsze jednak są oni jedynymi winowajcami błędów, zauważonych dopiero po wydrukowaniu.
Teoretycznie każdy napisany przez dziennikarza tekst powinien być przeczytany przed wydrukowaniem co najmniej przez dwóch redaktorów i korektora. Ich obowiązkiem jest wyłapać pomyłki i nanieść poprawki.
W praktyce bywa różnie. Wbrew pozorom, nie byłem zadowolony, gdy np. moje felietony niekiedy trafiały na łamy gazety bez uważniejszego przeczytania ich przez kogokolwiek po drodze, w redakcji bowiem miałem opinię piszącego „czysto”, czyli takiego, po którym nie trzeba nic adiustować.
W konsekwencji zdarzały się niedoróbki i nieścisłości. Pół biedy, gdy było to „l” zamiast „ł” lub podobna literówka, jeśli nie zmieniała ona znaczenia jakiegoś wyrazu, nie czyniąc choćby „sadu” z „sądu”. Gorzej, gdy w felietonie o Iraku przejęzyczyłem się i zamiast „Bagdad” napisałem „Belgrad”. Wiadomo skądinąd, że najtrudniej robić korektę własnego tekstu - można go czytać wielokrotnie, a mimo to przeoczyć ewidentnego kiksa.
Do niniejszych wynurzeń zainspirowało mnie znalezione w starych papierach „Wyjaśnienie” z 1985, w którym przepraszam księdza parafii ewangelicko-augsburskiej w Jeleniej Górze-Cieplicach Alfreda Neumanna za nazwanie go „pastorem”. Podczas rozmowy ze mną ksiądz Neumann, mówiąc o sobie, ani razu nie użył słowa „pastor”, i ja to w napisanym wywiadzie z nim w pełni uszanowałem. Skąd więc awantura po wydrukowaniu publikacji? Ano stąd, że jeden z korektorów, bez konsultacji z autorem, przekraczając swoje kompetencje służbowe, nazwał protestanckiego duchownego po swojemu, co prawda zgodnie z definicją słownikową, ale niezgodnie z nomenklaturą obowiązującą już wówczas w polskim Kościele luterańskim.
01.2008
01.2008