Trudno
mi się było do Becka przyzwyczaić. Zwłaszcza że miewał dość specyficzne
preferencje tematyczne, czego doświadczałem jako redaktor kolumn z
wiadomościami z kraju i ze świata. Uwielbiał np. czytać wszystko o królowej
Wielkiej Brytanii Elżbiecie II. Nie ukrywał wtedy rozanielenia. Źle natomiast
przyjmował choćby wzmianki o żonie ówczesnego prezydenta RP - Jolancie
Kwaśniewskiej. Nazywał ją przy mnie (ani bracie, ani swacie) „głupią babą”.
Zaskoczył
wszystkich w redakcji, gdy raz polecił mi przerobić gotową już stronę i
umieścić na czołówce wcale tego dnia nie najważniejszy materiał o Tomaszu
Lisie. Ten znany dziennikarz telewizyjny został wówczas zawieszony w pracy w
TVN m.in. dlatego, że był wysoko notowany we wstępnych sondażach potencjalnych
kandydatów na nowego prezydenta RP. Wyprzedzała go tylko - tak się jakoś
złożyło - Jolanta Kwaśniewska. Nie uniknąłem nazajutrz pytań
niezorientowanych kolegów, czemu zrobiłem Lisowi kampanię wyborczą. „Szef
kazać” - wyjaśniałem im pół żartem, pół serio.
Czasem
odpowiadało mi poczucie humoru Becka, choć wyglądało ono w pewnych sytuacjach
na powtarzalne. Np. kiedy wchodził spóźniony na nasiadówki redakcyjnego
kolegium, miał zwyczaj pytać na powitanie: „Cośmy już zdążyli uchwalić”.
Panta
rhei… Tomasz Lis na prezydenta w 2005 jednak nie kandydował, zdążył natomiast zaliczyć
także Polsat i wrócić do telewizji publicznej. Jolanta Kwaśniewska też
zrezygnowała ze startu w tych wyborach i stała się osobą prywatną. Julian
Beck - człowiek pozornie nie do zastąpienia - trzy lata po
niepodzielnych rządach we wrocławskich dziennikach został zdymisjonowany
zarówno z funkcji wiceprezesa Polskapresse, jak i redaktora naczelnego
„Dziennika Łódzkiego”. I tylko Elżbieta II, niczym jedyny symbol trwałości, jak
królowała, tak miłościwie panuje (a może raczej damuje?) nadal.
05.2008