Obudziłem się 10.12.2014 o trzeciej nad ranem i już nie
mogłem zasnąć, bo zacząłem myśleć, co rodzinka powinna mi zagrać na… moim
pogrzebie, po uprzednim spopieleniu. Inspiracją było niedawne pożegnanie również
skremowanego aktora Stanisława Mikulskiego, który identycznie jak wcześniej kardiochirurg
Zbigniew Religa, zamiast księdza i pieśni religijnych, zażyczył sobie
świeckiego celebranta i „What a wonderful world” Louisa Armstronga.
Po obudzeniu się żony, zakomunikowałem jej
wolę odtworzenia na swoim pogrzebie „Do kołyski” Dżemu. Ślubna – skądinąd muzykolog
– zareagowała… śmiechem. Bynajmniej nie dlatego, że w tekście wybranego utworu jest
też coś o Bogu, w którego nie wierzę. Poważniej przyjęła życzenie alternatywne,
by puścić przez głośnik „In memoriam” Steve Hacketta. Jak nagram na płytkę, to usłyszę
w zaświatach.
12.2014