czwartek, 11 grudnia 2014

Co mi zagrać na pożegnanie

   Obudziłem się 10.12.2014 o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć, bo zacząłem myśleć, co rodzinka powinna mi zagrać na… moim pogrzebie, po uprzednim spopieleniu. Inspiracją było niedawne pożegnanie również skremowanego aktora Stanisława Mikulskiego, który identycznie jak wcześniej kardiochirurg Zbigniew Religa, zamiast księdza i pieśni religijnych, zażyczył sobie świeckiego celebranta i „What a wonderful world” Louisa Armstronga.

    Po obudzeniu się żony, zakomunikowałem jej wolę odtworzenia na swoim pogrzebie „Do kołyski” Dżemu. Ślubna – skądinąd muzykolog – zareagowała… śmiechem. Bynajmniej nie dlatego, że w tekście wybranego utworu jest też coś o Bogu, w którego nie wierzę. Poważniej przyjęła życzenie alternatywne, by puścić przez głośnik „In memoriam” Steve Hacketta. Jak nagram na płytkę, to usłyszę w zaświatach.

12.2014