Ponieważ
ma szwagra Andrzeja Bułata, który w 1991 był redaktorem naczelnym „Gazety
Robotniczej” – Staszek stał się dziennikarzem. A pracę w tej redakcji zaczął od
afery z komiksem - o tyle nietypowym, że nie rysunkowym, lecz
fotograficznym.
Działo
się to w czasach, kiedy „Gazeta Robotnicza” nie była już organem prasowym
upadłej PZPR, lecz spółdzielnią dziennikarską z Bułatem jako jej prezesem. Piątkowy
„Magazyn Tygodniowy GR” wciąż sprzedawał się w nakładzie ponad pół miliona
egzemplarzy. Co prawda sukces czytelniczy nie szedł w parze z reklamowym, ale
jeszcze w 1992 spółdzielnia odnotowywała znaczące zyski. Wtedy jednak
zarząd - celowo lub wskutek nieudolności - szybko doprowadził do
poważnych strat, inwestując kupę pieniędzy w kontrowersyjny pomysł wydania
fotograficznego komiksu autorstwa Drozdowskiego.
Działania
sterników spółdzielni (powtarzam za książką pt. „Media i władza” pod redakcją
Piotra Żuka, za zamieszczoną tam publikacją „Wolna prasa w niewoli” autorstwa
dziennikarzy ukrytych pod pseudonimami Beata Kowalska i Adam Nowak) miały
wszelkie znamiona nielegalnego wyprowadzania pieniędzy z firmy. Sporą częścią
budżetu przy produkcji komiksu były bowiem rekwizyty (samochód, meble) i
kostiumy (markowa odzież), których nie rozliczono, lecz przekazano w wieczyste
użytkowanie ekipie realizatorskiej i wykonawcom. Wówczas ten rodzaj finansowych
nadużyć nie był jeszcze procederem dobrze znanym organom ścigania. Natomiast
przeciwnicy takiego stylu gospodarowania spółdzielczą kasą nie wpadli na
pomysł, by za niegospodarność złożyć na swego prezesa obywatelskie doniesienie
do prokuratury.
Tymczasem
komiks okazał się bublem, którego mało kto chciał kupić. Zdecydowana większość
nakładu zaległa w magazynie i aby nie pomnażać strat o systematycznie rosnące
koszty składowania, przekazano w końcu tę makulaturę do przemielenia na papier
toaletowy.
Nieszczęsny
komiks okazał się gwoździem do trumny: spółdzielnia dziennikarska popadła w
poważne długi. Wówczas jej kierownictwu z Bułatem na czele udało się wmówić mi
i innym szeregowym członkom, że jedynym ratunkiem przed całkowitą likwidacją
„Gazety Robotniczej” będzie powołanie spółki z niemieckim wydawcą Verlagsgruppe
Passau jako głównym udziałowcem. Co też się stało. Bawarscy kapitaliści
przejęli redakcję niemal za bezcen.
W
2002 Drozdowski awansował na redaktora naczelnego „Gazety Wrocławskiej”.
Poprzednio, już po wpadce z komiksem, był w niej głównie dziennikarzem
sportowym o - trzeba to przyznać - encyklopedycznej znajomości
tematyki, którą się zajmował.
W
2004 Drozdowski miał nadzieję - zresztą nie tylko on - że „komisarz”
z centrali wydawnictwa Polskapresse Julian Beck namaści go na szefa organizowanego
wówczas „Słowa Polskiego – Gazety Wrocławskiej. Został jednak skutecznie
wydymany przez Agnieszkę Niczewską, robiącą karierę „po trupach” potencjalnych
konkurentów.
W
2005 Drozdowski założył we Wrocławiu tygodnik „Piątek”, obejmując funkcję jego
redaktora naczelnego. Po bodajże ośmiu wydanych numerach tytuł padł.
W
2007 Drozdowski odnalazł się w Warszawie, gdzie został pełniącym obowiązki
redaktora naczelnego „Super Expressu”. Obecnie jest pierwszym zastępcą
redaktora naczelnego tego tabloidu, który pod jego rządami zanotował wzrost
czytelnictwa.
Drozdowski
trafił tam zapewne za protekcją Jacka Czynajtisa - wiceprezesa zarządu i
dyrektora handlowego spółki Murator, wydającej m.in. „Super Express”. Żadni z
nich szwagrowie. Tyle tylko, że kilka lat wcześniej Drozdowski został
nominowany na szefa „Gazety Wrocławskiej”, gdy wydawnictwem przy tej redakcji
kierował właśnie Czynajtis. Zwyczajni kumple, po prostu.
Prywatnie
normalny Staszek jest facetem nader sympatycznym i można się z nim sensownie
dogadać. Kiedy jednak ktoś lub coś go wnerwi, dostaje ataku wścieklizny i wtedy
lepiej unikać bezpośredniego kontaktu. Taki doktor Jekyll i mister Hyde…
04.2008
04.2008