Do
szefowskiego kompletu brakowało im sekretarza redakcji. Kogoś z dużym
doświadczeniem zawodowym. Zaproponowali tę funkcję mnie, mimo że wcześniej nie
utrzymywałem z nimi żadnych bliższych kontaktów towarzyskich i byliśmy ze sobą
na „pan”. Wiedzieli, że od kilku tygodni, po pożegnaniu się ze „Słowem
Polskim-Gazetą Wrocławską”, jestem „do wzięcia”.
-
To być może robota tylko na parę miesięcy - uprzedzili lojalnie. - Albo
uratujemy tytuł, albo polegniemy razem z nim.
Zdecydowałem
się na to ryzyko bardziej ze względu na chęć współpracy z cenionymi Wełyczką i
Medekszą, niż z powodów materialnych.
Wydawca
bowiem szukał oszczędności gdzie się dało i obcinał nie tylko wynagrodzenia.
Reglamentował nawet bezpłatne numery „Panoramy Dolnośląskiej”, przydzielając
zatrudnionym w niej dziennikarzom po jednym egzemplarzu nieomal za
pokwitowaniem.
Niestety,
nie pomogło drukowanie coraz liczniejszych „tekstów sponsorowanych”, czyli
publikacji, które pozorując informacje dziennikarskie de facto są
reklamami. Niewiele dał także najbardziej kontrowersyjny pomysł pozyskania
dotacji z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, za
umieszczanie na paginach kolumn - m.in. sportowych - logo
symbolizujące człowieka na wózku inwalidzkim.
W
efekcie naszej „akcji ratunkowej” koszty wydawania „Panoramy Dolnośląskiej”
wyraźnie zmalały, ale nadal byliśmy zdani na łaskę i niełaskę głównego
mecenasa, politycznie powiązanego początkowo z Sojuszem Lewicy Demokratycznej,
a następnie - po wyborach parlamentarnych - z Prawem i Sprawiedliwością.
Po 9 miesiącach mojej pracy w tym tygodniku został on zlikwidowany, oficjalnie
z przyczyn ekonomicznych.
07.2008