Odpowiadam
z pewnym zażenowaniem, bo wolałbym o nim milczeć. To wynalazek Andrzeja
Bułata, gdy ten prezesował spółdzielni dziennikarskiej „Gazeta Wrocławska” i
miał największy wpływ na obsadę kluczowej – pełnionej dotychczas przez siebie –
funkcji w redakcji.
Mielcarski
pojawił się w naszym środowisku właściwie znikąd. Wiedzieliśmy tylko, że miał
jakieś związki z happeningową Pomarańczową Alternatywą oraz z ruchem Wolność i
Pokój.
Nie
był zawodowym dziennikarzem. Brak profesjonalizmu nadrabiał arogancją. Dostał
naturalną, z racji swojego wyglądu, ksywę „Łysy”. Został zdymisjonowany wkrótce
po upublicznieniu przez tzw. życzliwych kompromitujących go zdjęć z alkoholowej
libacji w miejscu pracy.
Podobno
Mielcarski był zdolnym specem od biznesu reklamowego. Nie potwierdzam, nie
zaprzeczam. Tylko po cholerę z kogoś takiego zrobiono redaktora?! I to od razu
naczelnego…
05.2008