sobota, 24 stycznia 2015

Pierwszy hazard

   Hazardzistą jestem umiarkowanym. Lubię ryzyko, ale bez przekraczania granic zdrowego rozsądku. A zaczynałem w dzieciństwie od gry, którą nawet nie potrafię nazwać. Mogę natomiast opisać.

   Rozmieniało się pieniądze na jak najdrobniejsze nominały i szukało równie nadzianego forsą kolegi. Następnie na przemian rzucaliśmy monety z wysokości pępka na ziemię, podkręcając je nieco. Wszystko zgarniał do swojej kieszeni ten, który pierwszy choćby minimalnie nakrył jeden pieniążek drugim. Raz w puli było kilkadziesiąt groszy, raz - nawet kilka złotych. I tak w kółko, przeważnie aż do ogołocenia z gotówki przeciwnika (albo siebie). I do podliczenia, ile się wygrało (lub przegrało) np. oranżad w proszku.

07.2008