Po niedawnym rozwodzie Kazimierza
Marcinkiewicza z Isabel oboje „zakochani na zawsze” nie szczędzą sobie
złośliwostek. Upubliczniane szczegóły dają pewność, że oni ze sobą się nie
nudzili i kłócili się regularnie. On recenzuje ją jako leniwą awanturnicę, ona
jego – jako zakłamanego nieudacznika. Oboje nie ukrywają, że w kryzysie ich
miłości możliwy był już tylko – nawet gdy mieli siebie w zasięgu wzroku i uszu
– wzajemny kontakt esemesowy.
Przypomniałem sobie, że kiedyś o tzw.
cichych dniach z Lechem Wałęsą wspominała niedyskretnie jego Danuśka. Dochodziło
między nimi do tego, że mieszkając w jednym domu komunikowali się jakiś czas za
pośrednictwem mejli.
Ja po 41 latach znajomości z żoną wciąż
porozumiewam się z nią jak Adam z Ewą na początku rodu ludzkiego, bez
wspomagania technicznego...