Moja Mama, całe swe życie zawodowe związana
ze służbą zdrowia, pracowała w 1953 w szwalni nieistniejącego już szpitala
chorób zakaźnych przy ul. Piwnej we Wrocławiu (obecnie jest tam przyklasztorne,
prywatne przedszkole zgromadzenia sióstr świętej Jadwigi). Również tego dnia
zabrała mnie tam ze sobą. Bawiłem się w pobliżu jej maszyny do szycia, w
otoczeniu innych krawcowych. Na radiową wieść o zgonie Stalina, wszystkie nagle
spoważniały. W ich oczach pojawiły się łzy i nawet przerażenie.
Kilka lat później Mama wyjaśniła mi,
dlaczego ona wraz z koleżankami właśnie tak – spontanicznie, bez przymusu –
zareagowały. Z jej słów wynikało, że – jak to dziś interpretuję – były ofiarami
komunistycznej propagandy. Święcie wierzyły, że Stalin to jedyny obrońca pokoju
na świecie, gwarantujący Polakom ich bezpieczeństwo. Zwłaszcza na tzw. ziemiach
odzyskanych, gdzie przybysze szczególnie obawiali się powrotu Niemców...