Jeden z moich kolegów jeszcze z lat
chłopięcych napisał na swoim fejsbukowym profilu, że ma na nim 114 znajomych (w
tym – dodam – dziewięciu wspólnych), a tylko dwóch spełniło jego prostą
(wystarczyło kliknąć „udostępnij”) prośbę o powielenie ogłoszenia o sprzedaży
elektrycznego skutera inwalidzkiego w celu pozyskania pieniędzy na operację.
Rozczarowany tak nikłym odzewem, strawestował puentę bajki Ignacego Krasickiego
„Przyjaciele”.
Rozumiem rozgoryczenie kolegi, ale znajomym
się nie dziwię. Widocznie wolą udawać, że na profil proszącego w ogóle nie
zaglądają.
Z tymi fejsbukowymi „znajomymi” to zresztą
często zwyczajna ściema. Ja np. otworzyłem okienko z nimi dopiero 11.03.2015,
gdy w kolejce do „potwierdzenia” było równo 30 proszących (niektórzy czekali prawie
pięć lat). Do dziś, w ciągu niespełna trzech miesięcy, dołączyło 33 kolejnych. Przy
czym nadal trzymam się zasady: nikogo sam nie zapraszam, ale też nikomu nie
odmawiam.
Pamiętam, że pierwszego nieznanego mi
kandydata na znajomego – Roberta Romana Romanowicza – zapytałem, skąd my się
znamy. Odpowiedział, że był czytelnikiem moich publikacji dziennikarskich. Potwierdziłem
naszą znajomość. Wkrótce jednak RRR sam, jako dotychczas jedyny, wykasował się
z mojego profilu.
Przestałem więc głupio pytać i odtąd
potwierdzam znajomość z każdym, kto się zgłosi. Policzyłem: spośród 63 osób na aktualnej
liście, nie znam lub nie kojarzę co najmniej 24…