piątek, 5 czerwca 2015

Znajomy znajomemu nierówny, czyli c'est la vie (fejsbukowe)!

    Jeden z moich kolegów jeszcze z lat chłopięcych napisał na swoim fejsbukowym profilu, że ma na nim 114 znajomych (w tym – dodam – dziewięciu wspólnych), a tylko dwóch spełniło jego prostą (wystarczyło kliknąć „udostępnij”) prośbę o powielenie ogłoszenia o sprzedaży elektrycznego skutera inwalidzkiego w celu pozyskania pieniędzy na operację. Rozczarowany tak nikłym odzewem, strawestował puentę bajki Ignacego Krasickiego „Przyjaciele”.

   Rozumiem rozgoryczenie kolegi, ale znajomym się nie dziwię. Widocznie wolą udawać, że na profil proszącego w ogóle nie zaglądają.

   Z tymi fejsbukowymi „znajomymi” to zresztą często zwyczajna ściema. Ja np. otworzyłem okienko z nimi dopiero 11.03.2015, gdy w kolejce do „potwierdzenia” było równo 30 proszących (niektórzy czekali prawie pięć lat). Do dziś, w ciągu niespełna trzech miesięcy, dołączyło 33 kolejnych. Przy czym nadal trzymam się zasady: nikogo sam nie zapraszam, ale też nikomu nie odmawiam.

   Pamiętam, że pierwszego nieznanego mi kandydata na znajomego – Roberta Romana Romanowicza – zapytałem, skąd my się znamy. Odpowiedział, że był czytelnikiem moich publikacji dziennikarskich. Potwierdziłem naszą znajomość. Wkrótce jednak RRR sam, jako dotychczas jedyny, wykasował się z mojego profilu.

   Przestałem więc głupio pytać i odtąd potwierdzam znajomość z każdym, kto się zgłosi. Policzyłem: spośród 63 osób na aktualnej liście, nie znam lub nie kojarzę co najmniej 24…