Może
to głupie, ale ja rzeczywiście przez pewien czas czułem się niedowartościowany,
że nigdy nie próbowano mnie werbować na tajnego współpracownika PRL-owskich
służb specjalnych. Ki diabeł? - zastanawiałem się, usiłując rozwiązać
zagadkę tego braku zainteresowania.
Przypuszczam, że esbecy nie mieli po prostu dogodnej okazji do nawiązania ze
mną bezpośredniego kontaktu. Tak się bowiem złożyło, że ja w tamtym ustroju ani
razu nie wyjeżdżałem do tzw. państw kapitalistycznych, z czym najczęściej
wiązały się wymuszone kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa, zazwyczaj konieczne
podczas starań o paszport. W kraju natomiast jako niezmotoryzowany abstynent,
nie bijący rodziny i nie tylko jej, nie mogłem stać się obiektem szantażu, np.
po spowodowaniu jakiegoś wypadku drogowego po pijanemu, czy domowego skandalu
na trzeźwo.
11.2007
11.2007