niedziela, 27 kwietnia 2014

Męczennik za niewiarę

   Dobry zwyczaj - nie pożyczaj. Nie będziesz śmiertelnym wrogiem nieuczciwego dłużnika.

   Polski szlachcic Kazimierz Łyszczyński, w młodości jezuita, a pod koniec życia podsędek (urzędnik sądowy), pożyczył duże pieniądze sąsiadowi Janowi Brzosce. Ten zamiast zwrócić dług, wykradł wierzycielowi rękopis jego traktatu filozoficznego „De non existentia Dei” (O nieistnieniu Boga) i doniósł na heretyka komu trzeba.

  W roku 1689 liczący wówczas 55 lat Łyszczyński został skazany za ateizm na karę śmierci. Kat ściął mu toporem głowę podczas publicznej egzekucji na Rynku Starego Miasta w Warszawie.

  Biskup Andrzej Załuski opisał kaźń Łyszczyńskiego tymi słowy: „Wyprowadzono go na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę, która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór, został pochłonięty przez płomienie, które miały przebłagać Boga, jeżeli w ogóle za takie bezeceństwa można Boga przebłagać".

   Dziś (27.04.2014), w dniu awansowania polskiego papieża z błogosławionego na świętego, pomyślałem  obrazoburczo o losie Łyszczyńskiego. I o naszym - ponoć świeckim i neutralnym światopoglądowo - państwie, w którym nie ma miejsca na choćby jeden publiczny pomnik ku czci tego męczennika za niewiarę...

04.2014